PlayStation, miłości moja

playstation

[KGB: #1] Z początkiem września, z inicjatywy Salantora z Bobrowni, ruszyła zacna inicjatywa dla blogerów piszących o grach: Karnawał Graczy Blogerów. W skrócie, założeniem jest comiesięczne pisanie tekstów na zadany growy temat (po szczegóły odsyłam do linka). W związku z tym, że tematem inauguracyjnym jest „Moja growa edukacja” – nieskromnie dodam, że miałam z tym coś do czynienia – pomyślałam, że to świetna okazja napisać, dlaczego tak właściwie oddałam duszę Playstation.

Słowem ostrzeżenia – chociaż nie wiem, czy to ostrzeżenie, skoro już mnie znacie – tekst będzie obejmował dosyć długi okres historyczny, a więc będzie rozwlekły i zawierający skomplikowane zdania, a meritum znajdzie się pewnie gdzieś pośrodku lub na dopiero koniec. Zdaję sobie sprawę, że mogłabym napisać coś krótszego, ale że ja o grach pisać lubię bardzo – i rozwlekle – a nie miałam jeszcze okazji w pisemny sposób zgłębić swojej growej historii, okazję tę perfidnie wykorzystam więc na maksa. Kto chce, niechaj czyta, kto nie chce, niech nie czyta, jak balsam – ktoś się pyta? – moje growe opowieści.

Proces oddawania duszy Playstation następował stopniowo. W jednym z pierwszych świadomych roków mojego istnienia, rodzice zrobili mnie i mojemu bratu fantastyczny prezent: kupili nam Atari. Nie pamiętam, jaki mieli w tym cel – wszak trudno było się z tego niezgrabnego pudła czegokolwiek wyedukować – ale nigdy nie zapomnę wielogodzinnych posiedzeń z zaprzyjaźnioną bandą przy Henry’s House. Wiem, że na Atari wszyscy grali w Zorro – i ja też dokładnie w Zorro grałam – ale magia gry o zmniejszonym dzieciaku, który musi stawić czoła gigantycznym szczoteczkom do zębów i butom zamierzających zgnieść go na miazgę, była o wiele bardziej wciągająca niż włażenie do studni i… już nie pamiętam, co się robiło po wejściu do studni. Diabelnie trudna i zdrowo skomplikowana, Henry’s House była pierwszą grą, która zwróciła moją uwagę na potęgę elektronicznej zabawy. Przejście pojedynczego etapu wymagało nie lada pomyślunku – pamiętajcie, że się miało wtedy znacznie mniej lat – a najeżone pułapkami, przyprawiających o gęsią skórkę dźwięków i nad wyraz dokładnie odwzorowanych przedmiotów miejsce akcji wciągało na długie godziny tak klimatem, jak i rozgrywką. Pewnie dlatego tak lubię dzisiaj horrory. I choć tak naprawdę już nie wiem, czy kiedykolwiek zasiadłam za sterami Henry’s House osobiście, zamiast tego gorączkowo śledząc i „pomagając” w graniu mojemu bratu i sąsiadom, satysfakcja z pokonywania przeszkód była dla mnie tak samo istotna. W ten właśnie sposób zostałam wprowadzona do zupełnie nowego świata, w którym sterowanie poruszającymi się ludzikami dawało poczucie kontroli nad rzeczywistością, a rozwiązywanie wirtualnych zagadek było nagrodą samo w sobie. To niesamowite uczucie pogłębiło się później z trzykrotnie, kiedy moi rodzice trafili z kolejnym prezentem w kolejną dziesiątkę. Otóż dostaliśmy z bratem Pegasusa.

growa-historia-01

O rany, jakie to było piękne. Do dziś pamiętam te pełne nadziei, promienne wypady do krakowskiego Jubilata, gdzie na ostatnim piętrze, na stanowisku z komputerami, ułożone rządkiem uśmiechały się do spragnionego gracza żółte kartridże z kolorowymi naklejkami. Jakże ja się cieszyłam wybierając sobie nowy – Aladdin, Little MermaidTeenage Mutant Ninja Turtles 3, Big Nose the Caveman, kurczę, Arkanoid. Ale najlepszy i tak był zestaw 99999 in 1, dołączony na starcie do egzemplarza konsoli. To właśnie przy nim ja i mój brat nauczyliśmy się na pamięć każdego etapu Contry, graliśmy na 99-ciu życiach w Super Mario Bros, mknęliśmy się po kuchennych stołach w Micro Machines, czy ścigaliśmy się na sam szczyt lodowej góry, wyłamując dziury w piętrach wielkim eskimoskim młotkiem w Ice Climber. Contra i Ice Climber to były nasze ulubione gry, w które godzinami mogliśmy tłuc z tak samo wielkimi uśmiechami na ustach. Czy to tworząc zgrany zespół, czy nieustannie podkopując pod sobą dołki, spędziliśmy przy Pegasusie chyba połowę swojego dzieciństwa. Ominął nas Commodore, ominęła nas Amiga, ale gdy już podrośliśmy i nasz Pegasus w tajemniczych okolicznościach zniknął w odmętach niepamięci, zagrywaliśmy się w Sunset Riders i Golden Axe na automatach. Do dziś pamiętam ciasny lokal niedaleko naszej szkoły, w których chmara dzieciaków z żetonami w kieszeniach szklistymi oczami wpatrywała się w kolorowe przygody na ekranie wielkiego, brzydkiego pudła. Ilekroć udawało mi się dorwać do sterów, wracało to ożywiające uczucie, że to ja, własnoręcznie, mogę czegoś dokonać, i jeszcze fantastycznie się przy tym bawić (nie ma porównania z „dokonywaniem” dobrych ocen w szkole). Niedługo później nastąpił kolejny przełom – i choć tutaj chronologia zaczyna mi się rozmywać, po datach obstawiam, że jako pierwszy trafił do mnie oryginalny Tomb Raider na PC.

Mogę nie pamiętać, co było pierwsze, ale z całą pewnością pamiętam kserówki pełnego opisu przejścia, które czytałam bratu podczas gdy on biegał Larą po jaskiniach, ruinach i zabytkach. Nie miałam wtedy odwagi zagrać sama – Tomb Raider był tak przełomowy graficznie i gameplayowo, że z miejsca uznałam ją za zbyt trudną na moje nieśmiałe siły. Rzecz jasna, głupia byłam, o czym rychło przekonałam się, kiedy brat z jakiś powodów nigdy nie dotrwał końca. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce i w ten sposób uczyniłam z Tomb Raidera  pierwszą grę na świecie, jaką od samego początku do samego końca przeszłam siedząc przed ekranem całkowicie sama. Nie muszę chyba mówić, jak wielce byłam z siebie dumna – i to był ten największy rodzaj dumy, narodzony z czystej, od niczego nie uzależnionej chęci sprawdzenia swoich sił. Chciałam tę grę przejść dla siebie, więc to zrobiłam. To było wielkie, niesamowite, orzeźwiające i niezapomniane. Załapałam, że dotychczas czułam tylko namiastkę potęgi i mocy – a teraz otworzyłam sobie drzwi do zaczarowanej krainy, w której nic nie mogło mnie powstrzymać. Ale tak naprawdę mój growy świat eksplodował jeszcze później, kiedy brat zaczął przynosić do domu pożyczonego od kolegi PSX-a.

tr-1996

Zupełnie nie pamiętam, od czego zaczął się mój szał na PSX-a. Czy pierwszą grą, jaką brat włożył do napędu był Tekken 3? Resident Evil 2? Soul Reaver? Metal Gear Solid? W plecaku, w którym znosił coraz to inne cuda przewijały się wszystkie najpopularniejsze wówczas tytuły – oczywiście piraty – ale moją uwagę momentalnie przyciągnęła tylko garstka. Jak widać, każdy z tych tytułów to zupełnie inna para kaloszy. Bijatyka, survival horror, mroczne „tombraiderowskie” TPP, skradanka, pozycje na pozór nie mające ze sobą wiele wspólnego. Ale to właśnie one uświadomiły mi, że pokonywanie wirtualnych przeszkód to bynajmniej nie jedyna atrakcja, jaką gry mogą mi zaoferować. Zanim zorientowałam się, o co chodzi, już połknęłam fabularnego bakcyla i nagle czytanie fanfików o Ling Xiaoyu stało tak samo fascynujące, jak kopanie za jej pomocą tyłków bratu i jego kolegom (nie zawsze, niestety, ale często). Więź, jaką poczułam względem bohaterów Resident Evil 2 ma się dziś lepiej niż kiedykolwiek (jestem obecnie po wielkim maratonie Residentów), a choć w Metal Gear Solid grał wyłącznie mój brat, dzielnie wisiałam mu nad plecami zachwycając się filmowymi sekwencjami i śliniąc się do dalszego rozwoju fabuły. Gry z pożyczanego przez brata PSX-a pokazały mi ni mniej, ni więcej, że poza dokonywaniem rzeczy, mogę je jeszcze razem ze sterowanymi przeze mnie postaciami przeżywać. W chwili, w której zdałam sobie z tego sprawę zrozumiałam, że odkryłam hobby na dobre i na złe.

I tak, podczas gdy mój brat na ślepo zagrywał się w Grand Theft Auto i Tony Hawk’s Pro Skater, ja sięgnęłam dalej – zaczęłam kupować magazyny o grach konsolowych, nie posiadając konsoli. W moim pokoju co miesiąc lądowały nowe egzemplarze „Neo”, potem razem z „Neo Plus” – z racji ogromnej sympatii do ekipy „Secret Service”, które czytałam wcześniej, nie sięgnęłam nigdy po inne konsolowe pisma. To właśnie w „Neo” po raz pierwszy usłyszałam o czymś takim, jak Final Fantasy VII – grze ponoć tak wyjątkowej, przełomowej i genialnej, że cała moja growa istota rwała się do niej z utęsknieniem szczeniaczka skomlącego do matki. Niestety, osoba nie posiadająca własnej konsoli mogła sobie o Final Fantasy VII tylko pomarzyć. Marzyłam tak jeszcze rok, i jeszcze trochę, dowiadując się o niej wszystkiego, co zostało w Polsce napisane – łącznie ze spoilerami – aż pewnego razu w którymś z moich pism konsolowych znalazła się zapowiedź Final Fantasy VIII. Nowa gra, nowe miejsce akcji, bohater, który był tak niezwykłym egzemplarzem protagonisty – małomównym, niekoleżeńskim, zamkniętym w sobie – że natychmiast mnie sobą oczarował. Jeszcze nigdy nie widziałam w grach czegoś tak nietypowego i dla mnie, ówczesnego towarzyskiego odludka, tak pociągającego. Chciałam, musiałam, w Final Fantasy VIII zagrać. Tylko ten brak konsoli… Na całe szczęście Square postanowiło zrobić światu niespodziankę i wydać ósemkę na PC. Wiecie co? Szalałam z radości. Nie pamiętam, jak długo zbierałam od babci kieszonkowe, żeby drżącymi rękami kupić w końcu grę, na którą czekałam odkąd tylko poznałam magię szarego pudełka od Sony. Otworzenie opakowania, włożenie płytki do napędu i odpalenie instalacji odprawiłam prawie jak rytuał, w zasadzie modląc się, żeby gra mi na komputerze poszła. I gdy to zrobiła, wszystkie Tomb Raidery, Soul Reavery i nawet Tekkeny szybko straciły znaczną część swojego uroku.

ff8-psx

Możliwość zagrania i samo zagranie w Final Fantasy VIII – już nie wspominając o jej własnych zaletach – to jedno z moich najsilniejszych growych wspomnień, w zasadzie nawet decydujące o dalszym kierunku rozwoju tego hobby. Niedługo później pecetową ścieżką podążył Capcom, dzięki któremu mogłam przeżyć tę radość ponownie przy Resident Evil 3, ale ten growy raj na ziemi z bardzo prostej przyczyny rychło dobiegł końca – skończyły się pecetowe konwersje. Nastąpiła dziura, tęsknota, i kilkanaście miesięcy wypełnionych obiema częściami Baldur’s Gate, pierwszym Icewind Dalem oraz nigdy nie ukończonym Planescape Tormentem. W komputerowe RPG zagrywałam się bez reszty – mój brat uznawał je za głupie, bo przecież nic się w nich nie dzieje, ale ja wsiąkałam w te światy, te historie i te mechaniki z radością dziewczynki, która dostała na urodziny kucyka. Wciąż jednak, nieustannie i niecierpliwie, wzdychałam do powoli odchodzącego ze sceny PSX-a. Na zagranie w Final Fantasy IX, które pojawiło się w międzyczasie, musiałam poczekać jeszcze kilka lat, na nowy, mocniejszy komputer. Tymczasem ratowałam się emulowanymi Pokemonami, Tactics Ogre: The Knights of Lodis, Lunar Legend i innymi pozycjami na Gameboya i Gameboya Advance, które nieprzerwanie udowadniały mi, że tak wspaniałe gry i tak fascynujące gatunki jak jRPG dostępne są tylko na konsolach. Ale potem – potem z nieba spadła mi tym razem babcia, która spełniła moje marzenie kupując mi tą upragnioną, wymarzoną i wyśnioną konsolę. Tak poznałam Playstation 2, na którą z uśmiechem zerkam sobie nawet w tej chwili.

Moją pierwszą grą na Playstation 2 był Soul Calibur II – do tej pory jedna z moich ulubionych serii – ale dopiero w święta Bożego Narodzenia zrozumiałam, jak wielką miłością żywiłam to czarne pudełko. Rytuał włożenia do napędu płytki z Final Fantasy X był dla mnie chyba bardziej namaszczony od pamiętnej chwili z pecetowską wersją ósemki. Oszałamiające możliwości nowej konsoli, wtedy nawet nie tak późno po premierze, wyświetlające te dziesiątki magicznych filmów, animacji, muzyki i dialogów były z początku nie do ogarnięcia. Final Fantasy X bardziej oglądałam, niż w nią grałam, tak byłam zachwycona jej wyglądem. Wkrótce w dziesiątkę zagram ponownie w odświeżonej wersji na PS3, ale muszę Wam powiedzieć, że ja się wtedy praktycznie popłakałam – moja konsola, moja Final Fantasy, ledwo mogłam w to uwierzyć. Przeszłam dziesiątkę, przeszłam dziesiątkę-dwójkę, potem wpadłam pod absolutny urok dwunastki, która dziś zajmuje wśród moich finalowych ulubieńców miejsce na szczycie, w międzyczasie dorobiłam się też lepszego komputera i tak zapoznałam się z dziewiątką i pozostałymi tytułami wydanymi na ówczesne przenośne konsole (w tym w dwie cudowne części Golden Sun). Zaabsorbowana serią Squaresoftu, niemal z klapkami na oczach, informacje o konkurencyjnej konsoli Microsoftu zanotowałam gdzieś kątem oka i nigdy nie uznałam, że wydawane na nią gry są warte mojego zainteresowania. Ma pewno nie, kiedy nie były Finalami – grami, które ukazały mi spektakularne światy, wyrazistych bohaterów i piekielnie satysfakcjonującą mechanikę, bez których Playstation byłoby tylko bezdusznym pudełkiem do grania.

growa-historia-02

Niestety, niedługo po tym czasie nastąpiła długa, około siedmioletnia przerwa, kiedy owego fabularnego bakcyla przeniosłam w inną, pokrewną, przestrzeń – tekstowe przygody na forum do grania w RPG. Praktycznie nieograniczone możliwości snucia opowieści i tysiące zachwycających światów zawładnęły mą wyobraźnią tak skutecznie, że zamiast zasiadać do pada, zasiadałam do klawiatury i pisałam, pisałam, nic, tylko pisałam. Ten okres wspominam jednak równie ciepło, zresztą musiało coś w nim być, skoro na wieść o nadchodzącym Playstation 3 poczułam tylko lekkie ukłucie zazdrości. Żeby nie pogrążyć się w żałości wynikającej z braku dostępu do nowych tytułów, na własne życzenie odcięłam się od świata gier video. W rezultacie na dzisiejszą wojenkę konsolową patrzę ze sporym dystansem, bo sama w niej nigdy nie uczestniczyłam. Choćby się waliło i paliło, nie mam cienia wątpliwości,  która konsola zasiądzie wkrótce w moich czterech kątach. Tymczasem możecie mi wierzyć, że zakupienie Playstation 3 tak blisko końca obecnej generacji to decyzja, której nie żałowałam i nie żałuję ani przez chwilę. Powracanie do świata tytułów z lat młodzieńczych to zaprawdę magiczne doświadczenie – dziś własnoręcznie zasiadam na przykład do tak długo zaległego Metal Gear Solid – i jeśli tylko macie okazję przeżycia czegoś podobnego, z miejsca zachęcam, zróbcie to. Wprawdzie nie ma to już nic wspólnego z oddawaniem duszy Playstation, ale zaufajcie, źle Wam nie życzę.

Zatem, tak to się właśnie zaczęło i tak trwa po dziś dzień. Lada moment dokonywać będę kolejnego konsolowego zakupu od Sony, PS Vita, które wygrało batalię z Nintendo 3Ds na dokładnie tych samych zasadach, co wcześniej z PC – przez wzgląd na Final Fantasy. Wyszło też pewnie, że jestem osobą straszliwie wrażliwą i przywiązuję jak głupia do przedmiotów, ale nie wyobrażam sobie grać w te wszystkie wirtualne cuda i nie czuć odrobiny miłości do sprzętu, który mi to umożliwia. Czy na wozie, czy pod wozem, czy z lepszymi specyfikacjami, czy z gorszymi, czy droższa, czy tańsza, czy „lepsza”, czy „gorsza”, Playstation pozostaje więc konsolą, której, prosto mówiąc, pozostanę wierna. I aż mi się łezka w oku zakręciła, gdy przeczytałam sobie ten tekst od początku.

 

  • pikselPOP

    Ahhhhh, te przerwy. Dobrze jest jednak wrócić, nie uważasz?

    Od siebie dodam tylko, że omijając 16-bitowce straciłaś bardzo dużo znakomitej jakości platformówek. Warto powrócić, najlepiej oczywiście na oryginalnych sprzętach, ale od biedy nawet emulatory dadzą radę. A jak będziesz kiedyś w Łodzi przejazdem, to zapraszam na partyjkę na SNES, Amidze czy SMD ;-)

    • Platformówki mnie już dzisiaj, szczerze mówiąc, nie kręcą tak jak kiedyś, choć nie powiem, przy jakieś okazji chętnie odświeżyłabym sobie kilka staroci, w które się dawniej zagrywałam ;)

      Za to powrót do grania po tylu latach to coś pięknego – nie minęło kilka miesięcy, a już czułam się jakbym się z grami nigdy nie rozstała. To związek na całe życie ;)

  • Ech… czuje sie mocno poszkodowany bo tak sie złożyło że żadnej konsoli na stałe w domu ni e mailem (i nadal nie mam)…no, może jeśli cd32 uznać za konsole to byłby ten wyjątek. Z drugiej strony miałem za to komputery mocno egzotyczne o których inni nawet nie słyszeli, coś za coś. Oj będę miał co nadrabiać na emeryturze ;)

    • Co prawda konsola nie zając, nie ucieknie, ale do emerytury uciekną Ci dziesiątki świetnych gier. Po latach przerwy już bym się z konsolą rozstać absolutnie nie potrafiła ;)

  • Pingback: KGB #1 - Grande Finale - Bobrownia()

  • Pingback: Gracze, którzy boją się kobiet? - Bobrownia()