Person of Interest, znalazłam cię

person-01

Trzy litery: wow. Innymi słowy, są seriale, które potrafią zaskakiwać praktycznie każdym pojedynczym odcinkiem. Person of Interest dołącza u mnie do takich właśnie seriali, bo jak słowo daję, w trakcie połykania dwóch całorocznych sezonów naraz ani razu nie przeszło mi przez myśl słowo „nuda”. Wręcz przeciwnie, każdego kolejnego praktycznie nie mogłam się doczekać.

Ci, którzy śledzą mój profil na Facebooku na pewno wiedzą, że za Person of Interest postanowiłam zabrać się dosyć impulsywnie, nie tylko dlatego, żeby nadrobić dobry, polecany tytuł, ale i wypełnić lukę pomiędzy skończeniem Warehouse 13 i początkiem nowego sezonu jesiennego – w końcu jakiś serial trzeba sobie codziennie dawkować. Miałam pewne wątpliwości, czy uda mi się w niecałe trzy tygodnie obejrzeć 45 standardowych odcinków, ale wątpliwości te szybko uleciały jak plastikowa reklamówka na wietrze, bo oto historia pana Reese’a i pana Fincha wciągnęła mnie bez reszty praktycznie od pierwszego odcinka. A w zasadzie może nie sama historia – w każdym razie nie od razu – ale sami panowie. W Person of Interest udała się bowiem cała masa rzeczy, ale żadna z nich w takim stopniu, jak para głównych bohaterów.

Trzeba zacząć od tego, że Person of Interest przynależy do gatunku, któremu najlepiej pasuje określenie near-fi (popularyzowane ostatnio przy okazji Orphan Black – o, patrzcie, znowu ja o Orphan Black). Fabuła skupia się bowiem na Maszynie, komputerowym supersystemie w tajemnicy zbudowanym dla rządu, który obserwuje obywateli Stanów Zjednoczonych w celu prewencji ataków terrorystycznych. Skomplikowane algorytmy pozwalają Maszynie wykryć przestępców zanim uda im się zrealizować swoje plany, ale jej filtry nie ograniczają się wyłącznie do aktów terrorystycznych. Maszyna widzi wszystko, w tym przestępstwa dotyczące najzwyklejszych ludzi. Problem w tym, że rząd nie uznaje tych przestępstw za warte interwencji. Z tego powodu twórca Maszyny, geniusz komputerowy Harold Finch (Michael Emerson), wiedziony wyrzutami sumienia rekrutuje byłego agenta CIA, Johna Reese’a (Jim Caveziel), do pomocy w ratowaniu „nieistotnych” ofiar przemocy. Mając do dyspozycji jedynie numer ubezpieczenia społecznego, panowie Reese i Finch wkraczają do akcji ilekroć Maszyna wskaże im kolejne zagrożenie – bez względu na policję, która bezskutecznie próbuje deptać im po piętach.

Nie zdziwiłabym się, gdyby w tym miejscu ktoś z Was powiedział „procedural”, machnął ręką i nigdy do tematu nie powrócił. Nie ma się co oszukiwać, Person of Interest proceduralem jest. Oparty na „numerze tygodnia” schemat jest jednak w bardzo sprytny sposób maskowany pod postacią niekonwencjonalnych scenariuszy, które z każdej sprawy potrafią zrobić mieszankę niepowtarzalną. Dzięki częstym zwrotom akcji i wyrywającym się wzorcom pomysłom, nie ma tu dwóch takich samych motywów – choć z pozoru mogą się takie wydawać – a jeśli nawet po czasie można zacząć przebieg wydarzeń przewidywać, na scenę wkracza kolejna zaleta: świetnie prowadzone wątki osobiste. Pan Reese i pan Finch zaczynają ze sobą pracować na zasadzie wzajemnego porozumienia, ale to nie oznacza, że z dnia na dzień stają się swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Obserwowanie drobnych kroczków, jakie oboje poczyniają w kierunku opartej na zaufaniu relacji jest iście fascynujące, między innymi dlatego, że nigdy nie można spodziewać się odkrycia kolejnego kawałka układanki. Zręczny sposób przemycania w dialogach jednej czy drugiej wskazówki niejeden raz okazuje się znacznie ciekawszy niż sam dominujący w odcinku wątek, choć i tutaj parokrotnie można się zdziwić. A piszę o tym wszystkim dlatego, że sama za proceduralami nieszczególnie przepadam (z wyjątkiem dwóch czy trzech typowych przykładów), uwierzcie zaś, że Person of Interest do typowości daleko.

person-02

Ale przy bohaterach trzeba się zatrzymać na dłużej, bo jak wspomniałam, to właśnie oni – wespół z tajemniczą Maszyną, o której więcej za moment – stanowią najsilniejszy trzon tego serialu. Jako pierwszego poznajemy Reese’a – zmęczonego byłego agenta wywiadu, który błąka się po Nowym Jorku bez wizji i celu. W chwili, które j odnajduje go Finch, nadając jego egzystencji ponownego znaczenia, zmienia się w innego człowieka: absolutnie pewnego swoich bojowych umiejętności, który z niewzruszonym wyrazem twarzy chętnie przeczyści ulice z niebezpiecznych indywiduów. Nieustraszony, niezłomny, absolutnie w swoim fachu najlepszy, jest tak samo zabójczo skuteczny, jak i odpowiednio tajemniczy. Nic dziwnego, skoro dręczą go demony przeszłości. Mimo niedostępnej powierzchowności i bezpardonowych metod, Reese to jednak człowiek o silnym poczuciu sprawiedliwości, któremu dobro bliskich mocno leży na sercu. Wszystko to idealnie brzmi jak opis pierwszego lepszego udręczonego herosa, ale Person of Interest potrafiło zrobić z niego postać tak samo sztampową, jak i niesamowicie zabawną, a w rezultacie zwyczajnie wciągającą.

Przede wszystkim, wcielający się w Reese’a Jim Caveziel to po prostu anioł zesłany scenarzystom z nieba. Nie wyobrażam sobie nikogo innego, kto z taką gracją potrafiłby najpierw w pojedynkę zniszczyć narkotykowy kartel, a zaraz potem na spokojnie sypnąć uroczo kiczowatą kwestią. Styl bycia Reese’a, bezkompromisowy i poważny na zewnątrz, a dla widza wyraźnie humorystyczny i przerysowany, a przede wszystkim maniera, w jakiej akcentuje swoje wypowiedzi, we wspaniały sposób pokazują, że szpiegowsko-thrillerowa konwencja Person of Interest to spotkanie dramatów cichej wojny z komiksem o niepokonanych superbohaterach. Humor nie jest tu czymś, w co serial celuje z założenia, ale traktowanie swojego bohatera z przymrużeniem oka – tak jak wyraźnie puszczają je do nas scenarzyści – jasno dają do zrozumienia, że pomimo trudnych tematów Person of Interest jest przede wszystkim tworem rozrywki. Jim Caveziel idealnie wyczuł właściwą pomiędzy tymi dwiema skrajnościami równowagę , w związku z czym bez trudu udaje mu się zaskarbić sympatię. Ja wpadłam pod jego urok momentalnie – zresztą fakt, że wygląda tak samo zabójczo, jak zabójcze są jego metody, z całą pewnością mi w tym nie przeszkodził.

Drugim strzałem w dziesiątkę jest naturalnie postać Fincha i zarazem odgrywający jego rolę Michael Emerson. Zaczyna się tu powoli wynurzać wzór, ale to bardzo dobrze, bo w Person of Interest aktorzy zostali dobrani do ról w sposób perfekcyjny. Niezapomniany jako wiecznie knujący Ben z Zagubionych, Michael Emerson wciela się tym razem w postać równie „creepy”, ale w tym cieplejszym tego słowa znaczeniu. Finch, multimilioner o niespotykanych zdolnościach hakerskich, to człowiek szalenie inteligentny, diabelnie sprytny i niezwykle skryty. Nienaganne maniery, jakimi się posługuje, utrudniają stwierdzenie chociażby prostego faktu, czy jest to jego sposób na ukrywanie swoich prawdziwych emocji, czy też zachowanie całkowicie naturalne. Tak czy inaczej, subtelna gra Micheala Emersona wyraźnie zdradza, że pod tą warstwą znajduje się wrażliwy człowiek. Nieokreślony wypadek z przeszłości odebrał Finchowi pełną władzę w nodze i szyi, zmuszając go do poruszania się w bardzo charakterystyczny sposób, a sam jego wygląd – ponownie, wyborny casting – od razu wywołuje uczucia zarówno współczucia, jak i podejrzliwości. Finch jest tu bowiem postacią najbardziej tajemniczą – Reese’owi kilkanaście odcinków zajmuje poznanie chociaż kawałka jego nie-profesjonalnej strony – ale uknute wokół niego wątki są zaiste bardzo intrygujące. Dość powiedzieć, że w ciągu dwóch aktualnie istniejących sezonów można odkryć zaledwie skrawek jego niezwykłej historii, a wierzcie mi, serial tak umiejętnie wywija tym wątkiem na prawo i lewo, że przy każdym kolejnym elemencie układanki byłam tak samo zaciekawiona, jak przy pierwszym.

person-04

Panowie Reese i Finch we dwójkę stanowią więc świetnie uzupełniający się duet – Reese nie wyszedłby cało z połowy ryzykownych sytuacji bez komputerowej opatrzności Fincha, i vice versa – a ich znajomość w dość niezauważalny sposób przeradza się z czasem w opartą na przyjaźni głęboką relację. Jakkolwiek skuteczni nie są jednak we dwójkę, stają się jeszcze bardziej efektywni mając wsparcie lokalnego oddziału policji. Jednym z ich pomocników zostaje skorumpowany detektyw Lionel Fusco (Kevin Chapman), którego Reese paskudnie szantażuje w zamian za drobne przysługi. Poznawszy jednak smak czynienia dobra, Fusco szybko zaczyna zauważać, że szemrane interesy sprzedajnych funkcjonariuszy być może nie były najtrafniejszym pomysłem na życie. Nie wyzbywając się swojego szorstkiego, zgryźliwego i ironicznego usposobienia, rozpoczyna powolną drogę ku jako-takiej rehabilitacji, która to wzięła mnie za serce dokumentnie. Naprawdę nie przesadzę mówiąc, że Fusco błyskawicznie stał się moim ulubieńcem, o którego życie i zdrowie drżałam za każdym przejawem rychłego niebezpieczeństwa. To przy okazji świetna postać-komentator, który niejednokrotnie – i bezskutecznie – przedstawia sprawy z bardziej trzeźwej perspektywy, podkreślając nieprawdopodobną konwencję serialu, a na dodatek wyraźnie podkręcając jego cięższe, bardziej dramatyczne elementy. Pozwolę sobie zdradzić, że największy szok w Person of Interest przeżyłam właśnie z powodu Fusco – a przy wszystkich niespodziewanych zwrotach akcji mających miejsce w głównym wątku, to powinno mówić dużo.

Mimo to, o wiele bardziej złożoną postacią jest pani detektyw Carter (Taraji P. Henson), której silny kręgosłup moralny za sprawą Reese’a i Fincha staje w otwartym konflikcie z systemem, w którego zasadność głęboko wierzy. Pojawienie się dwójki bojowników sprawiedliwości w pierwszej chwili odczytuje jako zagrożenie dla społeczeństwa, ale wydarzenia, w których stanie się udziałem, zmuszą ją do niechętnej zmiany perspektywy. Od tego momentu Carter będzie się zmagać z ciągłymi wątpliwościami, które nie raz i nie dwa ukażą jej niezbadane terytoria swoich możliwości. I ta ścieżka przemiany postaci pani detektyw jest jednym z najmocniejszych punktów serialu – prowadzona rozsądnie, w niespiesznym tempie, z odcinka na odcinek pozwalając dostrzec kolejne warstwy jej charakteru, a więc umożliwiając nam płynne wejście i tym samym zrozumienie jej sytuacji. Teoretycznie, można przewidzieć, w jakim kierunku potoczy się jej wątek, ale nawet po prawie dwóch sezonach Carter wciąż potrafiła mnie zaskoczyć. Warto też zwrócić uwagę na samą kreację jej postaci – czarnoskóra pani detektyw to świetna specjalistka w swoim fachu, odważna i nieuginająca się pod ciężarem presji, ale jednocześnie wrażliwa kobieta, opiekuńcza matka i wierna przyjaciółka. Na pozór wszystko w jej postaci jest typowe i skonstruowane na nie lubianych przeze mnie stereotypach, ale nawet jeśli, to żaden z nich w wyraźny sposób nie dominuje – wręcz przeciwnie, każdy element osobowości Carter w autentyczny sposób dodaje jej wiarygodności jako takiej a nie innej ludzkiej istoty. Po prostu, to kobieta wykonująca swoją pracę najlepiej jak umie, wychowująca swojego syna najlepiej jak umie, i próbująca odnaleźć sens w chaosie najlepiej, jak umie – ni mniej, ni więcej.

Przy okazji warto też wspomnieć, że Person of Interest ustrzega się jednego z najbardziej zabójczych wątków w proceduralach, mianowicie romansowego. Nie ma tu potencjału na prowadzenie miłosnych gierek, a choć całkiem szybko bohaterowie poznają specjalistkę od „zarządzania kryzysami”, wszelkie flirty ograniczają się do subtelnych – i naprawdę zabawnych – sugestii. Specjalistkę nietrudno też polubić, ale nie ma się co obawiać, że serial zmieni klimat. Przyjaźnie, sojusze, kwestia cienkiego zaufania i prób wzajemnego zrozumienia się to tutaj najbardziej istotne tematy osobiste, w których na miałkość – a już tym bardziej romantyczną – miejsca naprawdę nie ma.

person-05

Wspomniałam więc o postaciach, wspomniałam o klimacie, wspomniałam o dramatach, humorze i niekonwencjonalnych sposobach prowadzenia wątków, teraz zaś wspomnę o Maszynie, a raczej drażliwym temacie, którego serial za jej pomocą z wyczuciem dotyka. Po pierwsze, mamy tu jeden z najbardziej kontrowersyjnych wątków nowoczesnego świata, czyli granice, do jakich nie posunie się rząd w celu ochrony kraju przed atakami terrorystycznymi – czymś, co w Stanach Zjednoczonych odczuwalne jest z wyjątkową siłą. Zbudowana przez Fincha Maszyna ma za cel wykrywać jednostki, których działania doprowadzą do ataku. W gestii człowieka – przeciwnie niż Maszyna odczuwającego emocje – należy jednak zdecydowanie, co z uzyskaną informacją zrobić. W serialu wielokrotnie przewija się więc kwestia, że to nie Maszyna jest zła, ale ludzie, którym została przekazana – i faktycznie, niektórzy bohaterowie do szpiku kości przesiąknięci są taką nikczemnością, że krew w żyłach wrze jak opętana. Ale czy nie jest tak, że bezpieczeństwo kraju wzrosło? I z drugiej strony, czy powstrzymywanie terrorystów naprawdę usprawiedliwia te bezduszne decyzje? Choć serial nie mówi tych rzeczy wprost, dostatecznie wyraźnie widać, po której stronie woli się opowiadać. Być może to błąd, być może powinien przekroczyć tę granicę, ale nawet jak na ogólnodostępną telewizję jest to wątek, obok którego trudno przejść obojętnie. Zresztą, temat ten nie dotyczy wyłącznie Maszyny, ale o tym zachęcam przekonać się samemu.

Druga sprawa: co to właściwie znaczy, że ktoś jest „istotny”? Dla rządu, Maszyna wypluwa numery jednostek zagrażających bezpieczeństwu narodowemu, ale bohaterom podaje namiary na zwykłych, szarych obywateli, którzy najczęściej wplątują się w sprawy przerastające ich możliwości. Rząd traktuje ich jak pyłek na wietrze, ale każda strata zawsze kogoś dotyczy. Fincha słusznie skłaniają do działania wyrzuty sumienia, bo fakt, że uratowane życie nie ma znaczenia w wielkim obrazie całości nie oznacza przecież, że można je spisać na straty. To poczucie moralnego obowiązku jest właśnie tym, co odróżnia ludzi dobrych od złych. Bardzo lubię w Person of Interest ten motyw, bo ukazuje, że dobrowolne narażanie się dla dobra innych to cecha charakteru, a nie sposób na życie. Choć jest to oczywiście znaczniej bardziej skomplikowane niż się wydaje.

No i trzecia sprawa: kontrola. Nielegalna dokumentacja życia każdego pojedynczego obywatela to jeden z największych współczesnych koszmarów, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, Person of Interest uderza więc w bardzo wrażliwą nutę. Jednak jak już wspomniałam, stara się odwrócić uwagę od złego kierując się na dobre – w końcu to właśnie taka inwigilacja umożliwia bohaterom ratowanie żyć. Serial unika tym samym naprawdę ciężkich zagadnień, ale jednocześnie wcale nie pozwala tak po prostu wzruszyć ramionami. Dla mnie to zaś bardzo wygodne wyważenie motywów, bo ani nie przeszkadza mi czerpać z tej historii rozrywki, ani zapomnieć, że w głębi gra toczy się o znacznie większą stawkę.

Tymczasem w nadchodzącym 3. sezonie pojawi się jeszcze aktualny wątek: sztucznej inteligencji. I nie mam wątpliwości, że Person of Interest przedstawi nam niezwykle interesującą wersję wydarzeń.

person-06

Wady. Czy w tym serialu są jakieś wady? Jak to zwykle bywa, zdarzają się odcinki czasem lepsze, czasem gorsze – aczkolwiek zawsze z jakimś asem w rękawie – ale tak naprawdę poza z lekka komiksową konwencją i wynikającą z niej koniecznością przymknięcia oka na pewne uproszczenia, nie zanotowałam niczego, co by mi w znaczącym stopniu przeszkadzało. Przy kilku pierwszych odcinkach narzekałam nieco na dialogi, ale po kilku niesamowitych zwrotach akcji, kiedy serial rozkręcił się dobre, zupełnie już o tym zapomniałam. Inaczej mówiąc, Person of Interest to jeden z tych seriali, w którym albo uda się wszystko, albo nie uda się nic. Wystarczy raz zaakceptować przyjętą konwencję, a doszukiwanie się problemów stanie się bezcelowe. Oczywiście, można też powiedzieć, że serial marnuje swój potencjał, przedkładając proceduralne zagadki kryminalne nad demaskowanie rządowych agencji, ale taki już urok ogólnodostępnych stacji telewizyjnych w USA. Tak czy inaczej, ze swych założeń – takich, jakie są – wywiązuje się znakomicie, so I rest my case.

Ale wracając jeszcze do plusów – wybaczcie, nie mogę się powstrzymać – na szczególną uwagę zasługuje również wysoka jakość realizacji. Kryminał sensacyjny i thriller szpiegowski w jednym, Person of Interest jest doskonale nakręcony pod niemal każdym względem. Dynamiczne sceny akcji przeplatają się z klimatycznymi ujęciami „okiem” Maszyny, choreografia walk pokazuje się od jak najlepszej strony, a zdjęcia, montaż i muzyka (Ramin Djawadi, jeśli to coś komuś mówi) jak nic nawiązują do największych produkcji dużego ekranu. Nie będę ukrywać, że jestem tym absolutnie zachwycona, bo mam wielką słabość do filmowych technikaliów.

Co na koniec? Zaraz się pewnie okaże, że większość z Was już za Person of Interest przepada od dawna – znaczy, wiem, że większość z Was już za Person of Interest przepada od dawna – ale dla zasady niech podsumuję, że to serial niesamowicie wciągający, z kompletem charyzmatycznych postaci, utrzymany w unikalnej konwencji i poruszający bardzo aktualne tematy. Jestem w dużym stopniu przekonana, że jeśli raz go odnajdziecie, to już go z rąk nie wypuścicie.

 

  • harpijka

    Lubię czytać trafne rzeczy o piosenkach, które znam :) Kto się nie przekona po Twoim wpisie do serialu, ten… ogląda zupełnie inne rzeczy ;)

  • Tores-

    Dodałam do listy do obejrzenia, jak tylko skończę „Lie on me” :) Brzmi bardzo smakowicie, lubię procedurale, o ile mają nie plastikowych bohaterów.

  • Seji

    „Trzeba zacząć od tego, że Person of Interest przynależy do gatunku, któremu najlepiej pasuje określenie near-fi (popularyzowane ostatnio przy okazji Orphan Black – o, patrzcie, znowu ja o Orphan Black)”

    O fantastyce bliskiego zasięgu przeczytałem w pierwszej połowie lat 90., bodaj w Feniksie. Sam termin jest zapewne jeszcze starszy.

    Serial bardzo, bardzo fajny, choć miewa słabsze momenty i odcinki villain of the week. Co mnie najbardziej interesuje, to jak twórcy wybrną z niespodzianki PRISM i NSA – nagle zamiast technothrillera dostaliśmy serial dokumentalny. ;)

    • Do niedawna nie spotkałam się z „near-fi” zupełnie nigdzie, ale to pewnie dlatego, że fantastykę oglądam, a nie czytam ;)

      • Ziuta

        Właściwie SF zaczęło się od near-fi, a dopiero potem odpłynęło w daleką przyszłość (upraszczam, ale tak mniej więcej to było).

  • Person of Interest to jeden z moich ulubionych seriali dlatego ciesze się, że go obejrzałaś i opisałaś ;) Wcale nie przeszkadza to, że jest proceduralem bo umiejętnie są prowadzone większe wątki. Też miałem wrażenie tej komiksowości o której piszesz i w tym aspekcie serial jest lepszy od Arrow. Bardziej czuć klimat walki o sprawiedliwość i łatwiej pogodzić się z przerysowanymi bohaterami i akcją.

    Jedyny zarzut jaki miałem po pierwszym sezonie to mało kobiecych bohaterek i jak na zawołanie w S02 wielka poprawa i dwie aktorki dołączają do głównej obsady. Mam nadzieje, że przez najbliższe dwa lata poziom serialu nie spadnie.