Outcasts: Wygnany serial

outcasts

Science-fiction to gatunek, któremu bardzo ciężko przebić się w serialowym świecie. Już na samym starcie musi wbijać się w niszę – widownię, do której sci-fi samo w sobie przemawia. W obrębie tego gatunku widzom musi pasować tło fabularne (kosmiczne wojsko? przygody na statku? podróże w czasie? – tu znów odpada pewien procent), a całość powinna być okraszona wiarygodnymi efektami specjalnymi i wizualnymi (dodatkowe ryzyko dla twórców – finansowe). Opowiadana historia musi być niezwykła i wciągająca, żeby z odcinka na odcinek serial nie tracił widzów – trudno w sci-fi opierać się na schemacie „morderca/potwór tygodnia”, o ile ten morderca i ten potwór nie są wyjątkowo dobrze przedstawieni. Jeśli nie są wyjątkowo dobrze przedstawieni, nikt się nie nabierze. Najlepiej też, żeby galeria bohaterów zadowalała wszystkich, a logika kierująca światem tłumaczyła się sama przez się.

Wszystko to pięknie i ładnie, jednak ostatnio odnoszę coraz większe wrażenie, że science-fiction w serialach upada nie z winy twórców, którzy zrobili coś „źle”, ale z powodu „fanów” gatunku.

Od parunastu miesięcy na bieżąco czytam komentarze, uwagi i recenzje dotyczące emitowanych w danym momencie tytułów, a to pozwoliło mi dojść do jednego wniosku: serialowi fani sci-fi są według mnie wyjątkowo wybredni. A to za mało walk, a to za dużo dramatów, a to efekty nie takie, a to kosmici głupi, a to brak logiki, a to coś, a to coś, a to coś. Przestaje mnie już dziwić, że kolejny serial sci-fi zostaje skasowany, a fala niezadowolenia z braku seriali sci-fi rośnie. Odpowiednie wyważenie elementów, które trafią do gustu ogółu (fabuła, bohaterowie, setting, klimat, wiarygodność, intryga, wszystko) jest chyba jakimś mistycznym, nieistniejącym bytem, którego wszyscy pragną, ale każdy w innej formie. Seriali sci-fi jest niewiele, a gdy powstają nowe, ludzie rzucają się na nie ze wszystkimi swoimi upragnionymi oczekiwaniami, a potem nie umieją przełknąć faktu, że nie dostali dokładnie tego, czego oczekiwali. Za przykład niech posłuży Stargate Universe – nowoczesna i odświeżona wersja znanej i lubianej serii, która została zdjęta z anteny, bo hardcorowi fani klasycznych Stargate’ów, wyczekujący nowej odsłony swojego ulubionego serialu, nie zaakceptowali braku „klasyczności”. W dużym skrócie. I właśnie ten problem – z zaakceptowaniem – chciałabym przedstawić bliżej na przykładzie serialu, który moim zdaniem został niezasłużenie skazany na wygnanie. Mowa o brytyjskim Outcasts z 2011 roku.

Akcja Outcasts rozgrywa się na planecie Carpathia, na której założona została pierwsza ziemska kolonia, kilkutysięczne miasto o nazwie Forthaven. Kolonia ta stanowi ostatnią nadzieję ludzkości po nuklearnej wojnie, która zdewastowała Ziemię – nadzieję zarówno na przetrwanie, jak i rozpoczęcie wszystkiego od nowa. Jej losy śledzimy z perspektywy osób u władzy – prezydenta i szefowej ochrony (Liam Cunnigham, Hermione Norris), członków miejscowych sił porządkowych i ekspedycyjnych (Daniel Mays, Amy Manson, Ashley Walters), a także przybyłego wraz z nowym transportowcem VIP-a z własnymi planami wobec przyszłości koloni (Eric Mabius). Najpoważniejszym wyzwaniem, z jakim przychodzi im się zmierzyć, nie okazuje się jednak wyłącznie sama planeta – choć bez wątpienia nie należy do najbezpieczniejszych. Wróg czai się zarówno poza granicami Forthaven, jak i wewnątrz.

Outcasts był reklamowany jako serial dramatyczny, a motywem przewodnim miał być nowy początek, szansa na to, by nie popełniać tych samych, katastrofalnych błędów. W premierowym odcinku do Carpathii zbliża się pierwszy transportowiec z nowymi kolonistami na pokładzie. Bohaterowie – ci, którzy przez wiele lat budowali na planecie nowy dom – z niecierpliwością oczekują świeżych twarzy i bliskich, których musieli zostawić na Ziemi. Wraz z nimi przybywają nadzieje, że to, co stworzyli, nie pójdzie na marne. W trakcie wszystkich ośmiu 60-cio minutowych odcinków bohaterowie będą jednak stawiani przed trudnymi faktami, które zachwieją ich wiarą i motywacjami, zmuszając do ponownego zastanowienia się, o co właściwie walczą. Celowo jednak piszę, że serial „był” i „miał być” – celowo dlatego, że oczekiwania wobec „serialu sci-fi o kolonistach” starły się w krwawej walce z dramatem, jaki był zapowiedziany, a z walki tej dramat nie wyszedł zwycięsko.

I tutaj pojawia się problem akceptacji. Spragnieni akcji fani gatunku nie zostawili na Outcasts suchej nitki, krytykując go za nudę, bezsensowność, nieciekawych bohaterów, kiepski scenariusz, wolne tempo i mało interesującą fabułę. Z odcinka na odcinek, w komentarzach, uwagach i recenzjach czytałam tylko o tym, że już nie mogą wytrzymać, że po co to oglądają, że jak kolejny odcinek będzie tak głupi, to przestaną, i w ogóle jaki to ma sens, itd. W efekcie, już po pięciu odcinkach Outcasts został przesunięty z godzin największej oglądalności na późne niedzielne noce, a wieść o skasowaniu została ogłoszona dzień po emisji finału.

A tymczasem – to jest serial dramatyczny. Opowieść o losach niewielkiej grupki ludzi wrzuconych do życia w nowych warunkach i pragnących stworzyć wszystko od początku, nie powtarzając tych samych błędów. Gdzie lepsze tło do takiej historii, jak w niedalekiej przyszłości, w której błędy popełnione przez ludzkość doprowadziły do wyniszczenia Ziemi? Inna planeta jest tutaj tylko miejscem akcji. Zagrożenie ze strony nieznanego – motywem pchającym bohaterów do podejmowania takich a nie innych decyzji. Tajemnice przeszłości – punktem zwrotnym w dotychczasowym postrzeganiu rzeczywistości. Prawda, coś takiego można powiedzieć o każdym serialu, każdej innej historii opowiedzianej za pośrednictwem każdego innego medium, ale w tym przypadku (i zapewne w wielu innych) do tego sprowadza się cały problem. Do błędu w odbiorze, do błędnego założenia od samego początku. Do wybujałych oczekiwań. Słysząc coś takiego jak „nowy serial science-fiction”, w ludziach otwiera się obraz jakiegoś niedoścignionego ideału. Każdy chciałby, żeby nowy tytuł był jak coś – jak ulubiony serial sprzed lat, jak wymarzona adaptacja książki, jak odcinkowa wersja udanego filmu. Outcasts zaś nie został zaakceptowany, bo fani tego „jak” nie odnaleźli w nim wszystkiego, co im się wyobraziło. Dla miłośników sci-fi było w nim za mało sci-fi (a, przypuszczalnie, dla fanów seriali dramatycznych sci-fi było w nim za dużo). Myślę, że gdyby serial od początku oglądało się z odpowiednim nastawieniem, jego losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Tym bardziej, że im dalej rozwijała się fabuła, akcja nabierała tempa, a zawiązując się wątki umiejętnie podkreślały rosnące napięcie.

Dużym zarzutem wobec Outcasts była na przykład za duża ilość rozmów – często nieciekawych i ciężkich do strawienia. Czytałam nawet, że skoro to kolonia na obcej planecie, to ludzie na pewno mają więcej do roboty niż rozmawianie o tym, co się stało. Jeśli jednak spojrzeć na serial takim, jakim jest, wszystko wchodzi na swoje miejsce. To nie jest opowieść o przetrwaniu w nieprzyjaznych warunkach, ale o ludziach, którzy są stawiani przed trudnymi moralnymi wyborami. Jeżeli dla kogoś brzmi to jak „nuda”, to czy jest to wina serialu?

Jednak kwestia akceptacji dotyczy również czegoś innego. Przy komentarzach często natykałam się na narzekania na brak spójności świata przedstawionego. Że to „niemożliwe”, że coś jest „głupotą”, „zmyślonym” i „niedorzecznym” wymysłem. Ale… to trochę tak, jakby wytykać Gwiezdnym wrotom poruszanie się po kosmosie przez gwiezdne wrota. Albo obcym istotom, że są takie obce. Albo że są napędy umożliwiające podróż szybszą od światła i podróże w czasie. Albo – z drugiego bieguna – że mag posługuje się magią. Jeśli nie umie się zaakceptować konwencji danego świata, to jaki jest sens w ogóle oglądać science-fiction/fantasy? Jasne, może to naiwne myślenie, idealistyczne i wyśnione, ale – niespodzianka – działa. Daje mi możliwość cieszenia się historią, czerpania rozrywki stamtąd, gdzie ona jest – w przeciwieństwie do usilnego doszukiwania się jej tam, gdzie wcale nie musi być. Mnie na przykład zupełnie nie interesuje, w jaki sposób działają napędy warp, tunele czasoprzestrzenne, bronie laserowe czy narkotyzowanie się w celu przejścia na inny poziom świadomości. Interesuje mnie historia i to, jak wydarzenia oddziałują na bohaterów. Co się będzie działo, niekoniecznie jak się będzie działo. Dokładnie takie samo podejście mam do RPG – mechanika jest dla mnie kompletnie nieistotna, ważne, by wciągnęła mnie fabuła. Może więc, gdyby widzowie Outcasts odpuścili sobie czepianie się detali i zaakceptowali wydarzenia takimi, jakie są – zamiast ciągle życzyć sobie czegoś innego, czegoś bardziej odpowiadającego ich wyobrażeniom – oglądałoby im się znacznie lepiej. To samo zresztą tyczy się całego ogółu gatunku.

Nie próbuję tutaj przekonywać, że Outcasts jest serialem wybitnym i że trzeba go obejrzeć, ani też że spodoba się każdemu (to już zdążyłam podkreślić) i że polecam go całym sercem. Z mojej wypowiedzi bije dużo goryczy, bo postawa „fanów” ogromnie mnie rozczarowała. Uważam, że serial został potraktowany niesprawiedliwie i przez tą niesprawiedliwość brutalnie poderżnięto mu gardło. Polecam za to przekonać się samemu, czy na to zasłużył.

I na koniec, słowem ogólnego podsumowania – znów idealistycznie – w science-fiction i fantasy trzeba czasem przyjmować rzeczy na wiarę; akceptować przedstawiane pomysły, rozwiązania i konwencje, i umieć skupić się na tym, co jest ważne. To w końcu też historie o ludziach – znacznie bardziej niż o technologiach, innych światach i kosmitach. Nie sądzę, żeby istniało coś takiego jak „idealne” sci-fi, gdzie wszystkie elementy są w stu procentach zgodne z prawami fizyki, logiczne i trzymające się kupy. Według mnie to nie o to chodzi. Chodzi za to o umiejętność czerpania przyjemności z opowiadanej historii bez względu na dziury w konstrukcji świata. Fani sci-fi są już o ten krok do przodu przed nie fanami sci-fi, że pociąga ich sama wizja przyszłości. Chciałabym tylko przeczytać kiedyś recenzję, która nie krytykuje sci-fi za… bycie sci-fi. W końcu to przecież i tak fikcja.

  • „Odpowiednie wyważenie elementów, które trafią do gustu ogółu (fabuła, bohaterowie, setting, klimat, wiarygodność, intryga, wszystko) jest chyba jakimś mistycznym, nieistniejącym bytem, którego wszyscy pragną, ale każdy w innej formie.”
    Ten mistyczny serial istniał i nazywa się Firefly :P