Once Upon a Time: W krainie bajek. Dla dzieci.

once-upon-a-time-sezon-1

[1×01] Nie powstrzymam się przed wtrąceniem kilku słów do dyskusji na temat nowego serialu około-fantastycznego, o którym głośno ostatnio w temacie. Robię to jednak głównie dlatego, że już po pięciu minutach miałam na twarzy jedno wielkie WTF, czyli w wolnym tłumaczeniu: to na serio jest ten świetny serial, którego tak strasznie wyczekiwano? Po kolejnych pięciu minutach już wiedziałam, że Once Upon a Time to rzeczywiście bajka – bajka zmuszająca widza do patrzenia na nią jako na metaforę, której prawdziwej wartości należy szukać głęboko pod powierzchnią. Oprawa wizualna, postacie i scenariusz tej wartości niestety nie zapewniają.

Bałam się tego pilota. Bałam się go obejrzeć, bo nie chciałam się zawieść. Pomysł połączenia dwóch rzeczywistości, a co najważniejsze – wplecenia elementu fantasy, który wielbię – od razu zawładnęły moją wyobraźnią, ale opisy fabuły wzbudzały we mnie rosnącą konsternację. Nie wyobrażałam sobie, w jaki sposób zostanie to ze sobą sensownie połączone. Główna bohaterka ma uratować baśniowe postacie, ale jak? Wszyscy mieszkańcy miasteczka nie wiedzą, że pochodzą z innego świata. Będą flashbacki? Wspomnienia? Sny? W jaki sposób te światy są ze sobą złączone? Jak będzie wyglądało prowadzenie fabuły? Jak oba wątki będą na siebie wpływały? I tak dalej, i tak dalej. Nie miałam pojęcia. Z każdym kolejnym newsem wydawało mi się to jeszcze bardziej dziwne i nierealne. Celowo nie oglądałam trailerów, filmików promocyjnych, czy wywiadów, nie chcąc psuć sobie niespodzianki – w końcu jej właśnie oczekiwałam. Niestety jakież było moje rozczarowanie, kiedy pierwsze sceny podarowały mi nie tylko epicki rozmach na miarę kreskówki dla dzieci – postacie są i coś się dzieje, szybko, najlepiej bez zbędnych wyjaśnień – stan emocjonalny bohaterów stłumiony niemal do zera i tak drewniane aktorstwo, że aż przykro było na nie patrzeć.

[Spoilery] Nie wiem, co się stało. Obejrzałam pierwsze sceny ze Śnieżką, Księciem i przerwanym ślubem, i tak naprawdę musiałam sobie wyobrażać – bo po postaciach tego nie zobaczę – że bohaterowie naprawdę się kochają, a Złej Królowej nienawidzą, bo chce im to odebrać. Ale czemu? Kim jest? Jaki ma z nimi związek? Skąd się wzięła? Skąd ma taką potęgę? Nic. Zamiast ciekawego zwrotu, czegoś, co podsyciłoby atmosferę, rzuciło jakąś marchewkę, dostajemy Jennifer Morrison, której kolejne kwestie rażą bezpłciowością i kompletnym brakiem ikry. Nudziło mnie samo słuchanie jej głosu. Nie wiem, na ile to wina scenariusza, a na ile zaangażowania aktorki (może jeszcze nie czuła roli?), ale zaliczyłam kompletną glebę w scenie jeszcze przed pojawieniem się Henry’ego. Emma dogania swoją „ofiarę”, następuje – w teorii – złośliwa wymiana zdań, po czym na pytanie „co ty właściwie wiesz o rodzinie?”, Emma napusza się, ja już oczekuję ciętej riposty, po czym słyszę pełne oburzenia: „Nic!” A to przecież sam początek serialu!

Dalej było jeszcze gorzej. Pojawia się Henry, sympatyczny i rezolutny dzieciak (mały to chyba najlepsza postać tego pilota, choć miałam nadzieję, że będzie nim Rrumpelstiltskin). Zaskoczenie Emmy można było odczytać po uniesieniu brwi, zrobieniu dużych oczu, i – o ile pamiętam – otworzenia ust. Nie chcę specjalnie wyzłośliwiać się na Jennifer Morrison, bo miałam o niej dosyć dobre zdanie, ale po prostu sama byłam zdziwiona, że czułam się zdziwiona… Oglądając dalej, bohaterka bez zbędnych problemów odwozi dzieciaka do domu, po drodze wymieniając kilka całkowicie suchych i bezbarwnych komentarzy. Sztucznością aż zgrzytało. Nie było tam żadnej chemii, żadnego luzu, żadnej naturalności, żadnego sensu. Przecież ta sytuacja aż się prosi o emocje – niepewność, zmieszanie, żal, poczucie winy, ciekawość, cokolwiek. Zamiast tego była zwykła pogawędka, w której żadna ze stron – a już na pewno nie Emma, dla której powinna to być totalna abstrakcja – nie czuje się przesadnie nieswojo. Nie chcę mi się wierzyć, że Emma ma być tak nijaka i dawać się ciągać od sceny do sceny, bo taką ma rolę. To nie jest bohaterka na miarę centralnej postaci serialu… Coś jest mocno, mocno nie tak.

Dobijając pilota dalej: przejścia pomiędzy dwoma światami wydały się mi wyjątkowo nietrafne. Oglądam scenę w jednym, nagle bach – jest drugi. Np. dziewięć miesięcy później. Może oglądałam już z tak negatywnym nastawieniem, że przestałam zwracać uwagę na szczegóły, może te przejścia rzeczywiście miały jakiś sens. Nie dostrzegłam. Ale będąc przy szczegółach: kto zrobił taką krzywdę Ginnifer Goodwin, czesząc jej obie wersje w tak paskudne fryzury? Jako Śnieżka ma na głowie przebrzydłe siano, jako nauczycielka wygląda jak nieszczęśliwa gotka. Kolejna rzecz, na którą muszę się „umówić”, udając, że tego nie widzę.

I nie mogę zapomnieć o efektach – przebrzydle sztucznych, straszliwie kiepskich i kompletnie psujących zabawę efektach.

O aktorstwie wolę się już nie wypowiadać – starczy powiedzieć, że końcowa scena z Robertem Carlylem, do którego mam całe mnóstwo zaufania po Stargate Universe, była najbardziej intrygującym i najbardziej pobudzającym ciekawość fragmentem tej 40-kilku minutowej katorgi. Bez wątpienia ta postać jest największym magnesem w kontekście przyszłych odcinków. I Henry. Jared S. Gilmore stworzył naprawdę fajnego i dającego się lubić dzieciaka. Chętnie się dowiem, o co właściwie biega z tą jego księgą.

Aż mi przykro, że tak tego pilota masakruję, ale powiem szczerze: naprawdę chciałam, żeby mi się spodobał. Koncepcja przypadła mi do gustu, oczekiwałam tylko porządnego wykonania. Wtedy wszelkie nielogizmy i tak by mnie nie obchodziły. Ale po obejrzeniu, choćbym chciała, nie potrafię zmusić się do lubienia. Będę oglądać dalej, bo ten pomysł naprawdę JEST fajny – ale niech stanie się jakiś bajkowy cud, niech jakaś wróżka machnie różdżką czy coś, i niech Once Upon a Time stanie się lepszy. Do kogo się takie życzenia wysyłało? Złotych rybek czy wróżek matek chrzestnych? A, nie. Do producentów, ekipy i obsady.

  • Anonymous

    Odnośnie fragmentu o Złej Królowej. Nie wiem skąd ci się pojawiły takie pytania. Nie czytałaś bajki o królewnie Śnieżce? Bez podstawowej wiedzy o bajkowym świecie odbiór serialu będzie utrudniony. Natomiast zgadzam się z częścią dotyczącą aktorstwa, oraz sztuczności scen Emma-Henry. Jednakże pilot mnie „kupił”, mam zamiar obejrzeć jeszcze przynajmniej dwa,trzy odcinki z nadzieją, że będzie lepiej.

  • Ja w zasadzie w ogóle nie chciałabym myśleć, że mogłabym ten serial skreślić, bo pomysł jest naprawdę świetny. Aż się prosi o smaczki, odniesienia, miksowanie konwencji; to jest worek pełen skarbów. Mam szczerą nadzieję, że będzie lepiej; trzymam za to kciuki.

    Co do znajomości baśni – ok, generalnie nie pamiętam, jak to dokładnie było. I przyznaję, masz tu sporo racji, my bad. Ale: to jest serial. W dodatku pilot. Pilot powinien zahaczać, intrygować, przyciągać. Once Upon a Time pojechało za to po skrótach i uproszczeniach, które niby wszyscy powinni znać. Z tego powodu pilot bardziej przypomina mi bajkę opowiadaną dzieciom na dobranoc – była sobie księżniczka, książę i zła królowa (…). Bajka – prosta, nieskomplikowana, łatwa do przyswojenia przez dziecko. Ale ten koncept jest zbyt ambitny, by pozostawać tylko bajką. Zawiodłam się, bo oczekiwałam naprawdę czegoś bombowego – takiej mieszanki, że mi włosy staną dęba. Pilot jest dla mnie zbyt suchy i wyprany z magii. Zbyt prosty. Zbyt zwyczajny. I sumie tyle…

  • Anonymous

    Ale może takie było założenie twórców. Zestawić ze sobą prosty, „naiwny” świat baśni ze złożonym światem realnym. Jakby nie patrzeć to powstał niezły kontrast, chociaż rozumiem, że niektórych widzów może to razić. Ja jeszcze, nie do końca wiem, czego oczekuję od tej produkcji i dlatego też łatwiej mi przymknąć oko na pewne niedociągnięcia.

  • Wiem, że ten wpis jest stary jak świat – ale chcę wyrazić moją radość, że znalazłam gdzieś tak rzetelne i dogłębne posty o OUAT. Mnie ten serial pokazała koleżanka w momencie, gdy miał dwa pełne sezony, zachęcając mnie jednym słowem: „baśnie”. Więcej nie było trzeba. Łyknęłam sezon w dwa dni. Bez zastrzeżeń. A teraz wracam, powtarzam, nadrabiam zaległości i rozkoszuję się światem nawiązań. Dlatego będę chętnie czytać Twoje wpisy, i pewnie dużo spamować ;)