Once Upon a Time potrzebował krwiożerczych syren

Im dłużej człowiek słyszy, że dawniej nielubiany serial wraz z premierą nowego sezonu zbiera nagle wiele pozytywnych opinii, odzywa się w człowieku prowadząca do piekła ciekawość. Nie jestem pewna, czy zabrała mnie ona właśnie tam, bo wprowadzona w 3. sezonie Nibylandia faktycznie okazuje się miejscem, w którym magia Once Upon a Time może się wreszcie zadomowić.

Nie miałam w planach nadrabiać tego serialu. Zeszłoroczny finał śródsezonu, którego motywem przewodnim było „dobro zawsze zwycięża zło” wymęczył mnie tak niemiłosiernie, że gotowa byłam, pardon my French, wymiotować tęczą. Gdy teraz, po ekspresowym nadrobieniu 16-tu odcinków przyglądam się tej recenzji, aż mnie zastanawia, czy potrzebne mi było tyle nerwów. Być może to efekt znieczulicy po nadrobieniu dwóch innych tytułów, Arrow i Revolution, być może niespodziewanie dobry drugi odcinek Once Upon a Time in Wonderland pokazał mi, że ta seria może jeszcze zaskoczyć, a być może po prostu potrzebowałam nabrać dystansu – dosłownie i w przenośni. W każdym razie skończyło się tak, że przez zaległe odcinki przeszłam w miarę bezboleśnie, skupiając się na zaletach i generalnie ignorując wady. I muszę powiedzieć, że cztery pierwsze odcinki nowego sezonu były jak na razie warte zachodu.

Gdybym chciała streścić, ile złych rzeczy znalazło się w 2. sezonie, musiałabym zmienić tytuł tego tekstu. Warto jednak przypomnieć, że ilość dram rodzinnych, w których nie połapałaby się najdłuższe telenowele, sekretne spiski potajemnych kochanków i prawie zupełny zastój w ewoluowaniu postaci stały się już pod koniec naprawdę męczące. Skłamałabym jednak utrzymując, że nie dawałam ponosić się wyobraźni scenarzystów, którzy z bajkowych motywów jak zwykle robili co chcieli. Belle ratująca życie Robin Hoodowi, Jaś, ten od magicznej fasoli, kobietą o czarnym sercu, Baelfire lądujący u Wendy i składający z siebie ofiarę mrocznemu Piotrusiowi Panowi, no i na dokładkę doktor Frankenstein, postać z zupełnie innej bajki, którego obecność sugeruje znacznie szerszą rzeczywistość niż się wydawało. Pomijając aktorstwo, którego drętwość już nawet przestałam zauważać, efekty, które nie poprawiły się ani o jotę i scenariuszowy bałagan, który, no cóż, trzeba było przełknąć, 2. sezon miał swoje momenty – ale przede wszystkim pokazał, że Once Upon a Time wciąż miał szansę być lepszym serialem. Może wystarczyło w niego tylko trochę uwierzyć.

Jednak jeszcze zanim pojawiły się krwiożerce syreny, demoniczny Piotruś Pan i pogrążona w wiecznym mroku wyspa, która nie ma w sobie nic z bezpiecznego ciepła Storybrooke, serial skręcił we właściwą stronę wprowadzając na scenę postać Kapitana Hooka. Przystojny łotr o sarkastycznym usposobieniu i odrobinie wrażliwości, bez której nie może się obejść żaden serialowy bad boy, Hook stał się nie tylko świetną odskocznią od irytującej powagi serialu (o baśniach), ale idealną przeciwwagą dla dwóch dotychczasowych postaci męskich. Szlachetny Książę i skonfliktowany Rumpelstiltskin różnią się, co prawda, jak ogień i woda, ale jednemu kibicować się nie da, a kibicowanie drugiemu jest trudne ze względu na ciągły brak zdecydowania. Gdy do akcji wkracza Hook, od razu wprowadza sobą lekkość, dystans i sporą dawkę humoru, której Once Upon a Time nawet nie wiedział, że potrzebuje. Jego luzacki styl bycia ubarwia nawet najbardziej przesłodzone dialogi, przez co wreszcie można w serialu zobaczyć odrobinę skrzenia. Odzywki pomiędzy nim a Księciem ubarwiają mi ostatnio każdy odcinek, już nie mówiąc o tym, że zmieniłam zdanie co do parowania go z Emmą. Jeśli do wyboru mam Hooka i Neala, to nawet nie ma o czym rozmawiać.

Piracki kapitan był więc pierwszym zwiastunem ewentualnych zmian, które po zawitaniu do tej historii mogły ją w końcu ożywić. Gdy akcja tej przeniosła się do Nibylandii, właśnie tam zaczęły uwidaczniać się najciekawsze zmiany w serialu. Wyrzucenie bohaterów ze swojej strefy bezpieczeństwa nagle poskutkowało szybszą akcją, zmiana big bada z miotającej się z własnym sumieniem Złej Królowej na pozbawionego skrupułów Piotrusia Pana wprowadziła długo oczekiwaną świeżość, a sama konstrukcja odcinków zmieniła klimat serialu na bardziej ciągły i przygodowy, którego na próżno szukać w granicach Storybrooke. Jednak słowem, które nasuwa mi się tu najmocniej, jest zwyczajnie „mroczniejszy”. Wydaje się, że Once Upon a Time obrał wreszcie ścieżkę, w której szczęśliwe miłości i cukierkowe historie może spotkać przykre zakończenie. Oby. Błagam.

Tak czy inaczej, na widok syren atakujących „Wesołego Rogera” w premierowym odcinku nowego sezonu aż podskoczyłam z radości, myśląc sobie, że scenarzyści wreszcie trafili w dziesiątkę. W końcu nietrudno było się bać, że zaproponują nam złagodzoną wersję wydarzeń, w której ktoś się nad kobietami-rybami zlituje zamiast strzelić do nich z armaty i podsmażyć kulami ognistymi. Wizji drapieżnych mieszkanek morskich głębin wzbudzających w bohaterach słuszną zgrozę w życiu bym się w tym serialu nie spodziewała, za bardzo przyzwyczaił mnie do prostych rozwiązań i całej tej gadki o dobroci serc. Oczywiście dobrze już wiadomo, że w tym sezonie pojawi się Ariel wraz ze swoim księciem, więc można się domyślać, że nie ominie nas jakiś słodki wątek miłosny, ale sama świadomość, że mała rudowłosa syrenka wywodzi się z rodu, które rozszarpuje ludzi na strzępy jest dziwnie pocieszająca.

Mordercze syreny były jednak tylko wstępem do krainy pełnej niebezpieczeństw, w której absolutne rządy sprawuje Piotruś Pan. Nie będę wnikać w kwestię, jak szalenie podoba mi się 1) wprowadzenie nowego wroga, 2) przerobienie klasycznej postaci dziecięcej na demonicznego tyrana, 3) obsadzenie w tej roli niesamowicie plastycznego Robbiego Kaya. Wspomniałam wcześniej, że już w 2. sezonie scenarzyści zaskoczyli nas lojalnościami niektórych baśniowych bohaterów, ale z Piotrusiem Panem to już się nie patyczkowali – i chwała im za to. W sieci zdążyłam się już natknąć na głosy oburzenia, że jak Once Upon a Time mógł zepsuć ludziom ukochaną historię z dzieciństwa, ale ja dla scenarzystów mam w tym względzie jedynie brawa. Taki krok musi świadczyć o pewnej odwadze – już nie mówiąc, że o wyobraźni – a odwaga to dokładnie to, czego życzyłam im tak długo, aż w końcu się zmęczyłam i serial sobie darowałam. Tym razem mam więc nadzieję, że skoro tak świetnie potrafią żonglować baśniowymi powiązaniami, może równie świetnie uda im się oddać nieprzewidywalną i złowieszczą naturę ich wersji Piotrusia.

W zasadzie mam jeszcze głębszą nadzieję na to, że Emma i spółka zostaną w Nibylandii na dłużej, bo tajemnicza wyspa ma w sobie pięć razy więcej klimatu niż jakakolwiek inna lokacja przedstawiona wcześniej w serialu, i z dziesięć razy więcej niż Storybrooke. Jak wspomniałam, pozbawienie bohaterów komfortu płynącego z przebywania na swoim podwórku dodało Once Upon a Time dreszczyku, który od razu wydobył ze scenariusza znacznie więcej smaku. Podoba mi się na przykład fakt, że Emma potrafiła tak zdecydowanie mówić o sobie i swoich uczuciach, że Regina pokazała mieszankę strachu, ale i niespodziewanego rozsądku, i że Śnieżka i Książę adresują ból związany z brakiem bycia przy swojej córce. Mam wrażenie, że na przestrzeni tych czterech odcinków zdarzyło się więcej niż przez cały 2. sezon, który niczego tak naprawdę nie popchnął do przodu. Oczywiście, wciąż popełniane są te same błędy, zapętlające te same historie w kółko i w kółko (Rumpelstiltskin, na ciebie patrzę), ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tym roku ta historia jeszcze mnie zaskoczy.

Ale tutaj można zdiagnozować kolejny problem: przytulne Storybrooke przytulnym Storybrooke, ale garstka bohaterów przeżywających ciągle te same lub prawie te same problemy niemal zarżnęła poprzedni sezon, któremu późniejsze wprowadzenie pary szpiegów-kochanków wcale nie pomogło. Jeśli fabuła uprze się nieustannie krążyć wokół tego samego, w końcu wszyscy uduszą się w kotle własnych dram i na tym etapie będzie to po prostu przykre. Tymczasem już na początku 3. sezonu dostajemy Dzwoneczka, upadłą, zgorzkniałą wróżkę, która niechętnie zgadza się udzielić bohaterom pomocy. Czy będę jedyną osobą na sali chcącą, by Dzwoneczek została w serialu na stałe? Wyraźne sugestie jakiejś burzliwej przeszłości z Hookiem, scysja z Reginą, serce zmienione w kamień z powodu osamotnienia na wyspie – wszystko to fantastyczne motywy, które przy odrobinie dobrej woli mogą przywrócić serialowi dawno zapomnianą świeżość. Już widać, że obecność byłej wróżki przyprawia dynamikę grupy odrobiną pieprzu, a wyobraźnia podpowiada mi całej mnóstwo możliwości dalszego jej rozwoju. Rok temu scenarzyści próbowali zrobić coś podobnego z Ruby, ale po pierwsze tak straszliwie nie mieli na nią pomysłu, a po drugie – przy całej mojej sympatii do Ruby – to bohaterka w gruncie rzeczy taka sama jak wszyscy. Z kolei Dzwoneczek, ze swoimi traumami, balansowaniem pomiędzy dobrem a złem i ciętym charakterkiem mogłaby wprowadzić do serialu mnóstwo nowej energii. Chcę, chcę, chcę.

A zatem – tak, cieszę się, że dałam Once Upon a Time szansę. Nie zaczęłam naiwnie wierzyć, że wszystko się teraz ułoży i będę żyć z tym serialem szczęśliwie, ale uwierzyłam, że to jeszcze nie był czas na definitywne stawianie na nim kreski. Choć to wciąż dopiero początek, poprawa w 3. sezonie jest wyraźna i, jak na ten serial, bardzo zaskakująca. Pytaniem otwartym pozostaje jedynie, czy te wszystkie moje „wydaje się” i „mam wrażenia” nie spalą na panewce. Ale jakby to powiedział Henry: I believe. Więc ok, mogę wierzyć. Na tym etapie nic mnie to już nie kosztuje.

 

  • Przejrzałem pobieżnie, by nie spojlować sobie zbytnio. Ale OUAT warto oglądać wg mnie dla jednej postaci Rumpelstilskim/MrGold. Jedyna postać która ma ręce i nogi według mnie, zarówno w świecie bajkowym jak i w świecie realnym. Mógłbym pisać na jego temat epopeje ale się powstrzymam;)

    • Dokładnie, Rumple to jedyny argument który przemawia za tym, by oglądać ten serial. W sumie cieszę się, że zamiast Fables powstało OUAT, bo jakby z tego genialnego komiksu zrobili taką pokrakę jak Once, tooo…

      • Kurcze, a ja Wam powiem, że dla mnie Rumpel tak, ale bardziej ze względu na Roberta Carlyle’a niż samą postać. Ta zaczęła mnie już dosyć męczyć ciągłym chwianiem się pomiędzy dobrem a złem. Jest to tak niestałe i naciągane, że już naprawdę nie dziwię się Nealowi, że nie chce mieć z ojcem nic do czynienia. Regina chwieje się podobnie, ale jest w tym jakoś bardziej konsekwentna. Rumpel jest świetny tylko wtedy, kiedy wychodzi jego zdecydowanie i charakter.

        • Mnie chodziło nie o rozwój postaci tylko jej zaprezentowanie, aktorstwo. Regina to momentami tak grała zbitego pieska albo wredną zimną sukę, że aż zacząłem się zastanawiać czy nie przeskakiwać fragmentów z nią.

          Niestety warsztat aktorski w tym serialu leży, wszystko jest przerysowane… pewnie w związku z tym, że to bajki baśnie i inne archetypowe postaci.