Once Upon a Time poprzeplata, trochę zimy, trochę lata

once-upon-a-time-snow

Nie mam już pojęcia, co myśleć o tym serialu. Po obejrzeniu trzeciego odcinka zrobiłam sobie dłuższą przerwę, bo ilość sztuczności, umowności i drewniactwa – już na samym początku serii – była dla mnie zbyt przytłaczająca. Przy większości scen musiałam sobie powtarzać, że to tylko serial i że w zasadzie mogę sobie wyobrazić, że postacie są fajniejsze niż oddają to aktorzy, a braki w scenariuszu dopowiedzieć sobie gdzieś na uboczu. Ostatecznie przecież fabuła jest ciekawa i świeża. Skuszona więc chęcią sprawdzenia, co w tej fabule stanie się dalej, kolejne trzy odcinki obejrzałam już większym lub mniejszym ciągiem. I wtedy coś sobie uświadomiłam – że choćbym chciała, ani nie mogę dalej jeździć po Once Upon A Time ile wlezie, ani też z czystym sumieniem zacząć go nagle chwalić. Chwalić nie ma czego, jeździć nie ma po czym… Ja nie rozumiem.

Oczywiście przejaskrawiam i przesadzam. Problem polega bowiem na tym, że w Once Upon A Time widzę i wady, i zalety – które zachodzą na siebie tak bardzo, że praktycznie wzajemnie się neutralizują. W porównaniu do zalet, wady mogę marginalizować – w porównaniu do wad, zalety są niewystarczające. Robi się z tego błędne koło, a ja tkwię w samym środku i nie wiem, w którą stronę patrzeć. Niniejszym chciałabym więc napisać, co jest na tak a co jest na nie, a potem pewnie i tak nie dojść do żadnych zadowalających wniosków, a serial tak czy inaczej oglądać dalej. Ot, ćwiczenia na mózg.

[Spoilery, spoilery, spoilery] W swoim poprzednim wpisie o Once Upon A Time zaczęłam od pojechania po wadach, bo były dla mnie tak oczywiste, że praktycznie mogłyby stanąć sobie obok i śmiać mi się prosto w twarz. Tym razem zacznę od zalet – choć może lepiej nazwać je tym, co mi się w tym serialu mimo wszystko podoba. Na pewno podoba mi się koncepcja i tajemnica. Widać, że twórcy opracowali spójną historię, a wątki są ze sobą powiązane i do czegoś ostatecznie prowadzą. Mam nadzieję, że nie zaczną się nagle odcinki „z kosmosu”, które wprowadzą wątek całkowicie nie pasujący do elementów tej układanki. Na razie jestem w stanie przyjąć, że twórcy doskonale wiedzą, co i jak chcą osiągnąć, i mają wszystko doskonale rozplanowane. To mi się podoba.

Podoba mi się, że każdy z bohaterów jest odwzorowaniem swojego bajkowego odpowiednika, a wszystko to podkreślają smaczki, takie jak wilczy breloczek Czerwonego Kapturka czy nazwisko Jiminy Cricketa – Hopper. Niby nic, a genialne. Podoba mi się też, że historie wszystkich postaci są związane z knującym na prawo i lewo Rumpelstiltskinem (nie jestem w stanie napisać jego imienia bez przeklejania go z innego źródła). Bardzo ciekawi mnie, jaką w tym wszystkim rolę pełni pan Gold – póki co miesza na prawo i lewo z jedynie odrobinę mniejszą oczywistością, a na pewno większą subtelnością. Mam wrażenie, że stara się zakręcić wszystkim i przedłużać moment poznania prawdy tak długo, jak się da, czekając – i czając się – aż ktoś popełni jakiś drogo kosztujący błąd (obstawiam Złą Królową). Ugrał układ z Emmą, więc co go powstrzyma przed ugraniem układów z innymi? Intrygujące.

Coraz bardziej podoba mi się postać Śnieżki/Mary Margaret. Na początku sądziłam, że nie będę mogła znieść jej dobroci i łagodności, ale jej podejście wobec zachowania Davida – gdzie twardo się opierała, myślała rozsądnie i zachowała przytomność umysłu – bardzo mi zaimponowało. Nie okazała się słabą i naiwną duszyczką, która da się zmanipulować, bo ktoś tak chce. Ogromnie mnie też ucieszyło, że twórcy dali jej zdrowy charakter i we właściwej chwili podsunęli doktora Whale’a – z tego wątku może być takie zamieszanie, że aż miło.

Przyznam się, że podobają mi się zaskakujące „mashupy” – mieszanie wątków z różnorodnych źródeł. Król Midas to raczej nie ta bajka, ale czemu nie? Dzisiejszy autorzy mają ogromne zaplecze do wykorzystania, i pod warunkiem, że umiejętnie się z niego korzysta, można powołać do życia niesamowite historie – przekręcone na piątą stronę, po trochu znajome, po trochu nowe, ale przede wszystkim ciekawe (żeby daleko nie sięgać, idealnym tego przykładem tego są Star Wars). Król Midas nie był postacią ważną, był postacią tła, ale dodał pikanterii i przywołał mi uśmiech na twarzy. Oby takich fajnych dodatków było więcej.

A idąc tropem zaskoczeń – zasadniczo się nie spodziewałam, że Książę z Bajki nie okaże się tym, za kogo się go brało. Zaliczyłam wręcz facepalma, bo powinnam była się tego spodziewać :P Jako gracz RPG uwielbiam jechanie na schematach, a brat bliźniak to przecież klasyk nad klasykiem.

W temacie zalet i fajności to w sumie wszystko. Fabuła, tajemnica i smaczki są więc w Once Upon A Time bardzo fajne, ale niestety, zgrzytów zębami nie jestem w stanie powstrzymać. Przede wszystkim fatalne aktorstwo. Emma w wykonaniu Jennifer Morrison jak mi się nie podobała, tak nie podoba mi się dalej, a za każdym razem, jak ma coś powiedzieć, zrobić czy odegrać, muszę włączać siły swojego umysłu i odegrać to w swojej głowie drugi raz – lepiej i bardziej przekonująco. Umowność tego serialu – fakt, że muszę się „umawiać”, że dane sceny są ok – nie przestaje mnie męczyć i irytować. To samo tyczy się generowanych komputerowo przestrzeni tła. Są tak oczywiste, że oczy bolą. Nie widzę tego, nie czuję, że jestem razem z postaciami w wystawnych pałacowych komnatach. Once Upon A Time kompletnie tego nie sprzedaje, a widziałam na tyle dużo seriali fantastycznych, by różnicę dostrzec w mgnieniu oka (już nie wspominając o publikowanych w necie zdjęciach z „planu”). Jeśli mają kontynuować na takim poziomie, to chyba lepiej byłoby narysować komiks.

Jeszcze przy aktorstwie – czy tylko ja mam wrażenie, że bajkowy Rumpelstiltskin jest okropnie przerysowany? Nie mam nic do umiejętności Roberta Carlyle’a, bo uwielbiam go, co już nawet wspominałam, ale niestety nie jest w stanie przekonać mnie jego kreacja tej postaci. Ciągle mam wrażenie, że Rumpelstiltskin śmieje się w nieodpowiednich momentach i wykonuje gesty zupełnie pozbawione sensu, machając rękami w sposób, który zupełnie do niczego nie służy. Czasem nawet jego mowa wydaje mi się przesadzona, zupełnie niepotrzebna. Bardzo mi szkoda takich odczuć, bo to mimo wszystko najbardziej interesująca postać w całej tej historii, ale niestety Rumpelstiltskin jest dla mnie po prostu sztuczny i na siłę udziwniony.

Mówiąc o bohaterach, dwa słowa o Henrym. Przestaję rozumieć zachowanie tego dzieciaka. Ok, uważa, że jego przyrodnia matka jest Złą Królową, która rzuciła okrutną klątwę na wszystkich mieszkańców swojego królestwa. Nie lubi jej, chce od niej uciec, chce uratować miasteczko i żyć długo i szczęśliwie z Emmą. No to dlaczego mówi o tym wprost? Dlaczego rozpowiada na prawo i lewo, że wszyscy są pod działaniem klątwy? Po to, żeby jego matka doskonale wiedziała, co się dzieje? A skoro zachowała swoje wspomnienia (co już niejednokrotnie zostało w serialu udowodnione), doskonale wie, co w takim razie powinna zrobić. Przygotować się, by powstrzymać uwolnienie klątwy. Przeszkadzać Emmie, przeszkadzać innym, zdobywać sojuszników, pozbywać się wrogów, etc. Po to, żeby w chwili ostatecznej rozgrywki pstryknąć tylko palcami i powiedzieć „wara”. Gdyby Henry był sprytniejszy, zachowałby te informacje dla siebie i planował swoją rewolucję po cichu, po cichu, przez Emmę, pomagając innym przypomnieć sobie swoje prawdziwe „ja”. I ja rozumiem, że to dziesięciolatek – i może też nawet nie wiedzieć, że jego matka wie, że on wie – ale mógłby chociaż przyjąć jakieś bezpieczne założenia. Skoro dzieciak ma świadomość, co jest stawką, nawet jeśli jest tylko dzieciakiem powinien działać ostrożniej. Czegoś mi tu brakuje – i znowu muszę się umawiać.

Przeszkadzajek dalej – brak mi zwracania uwagi na szczegóły. Nie mogę tego teraz potwierdzić, ale naprawdę wydaje mi się, że drewniane lalki z odcinku o Jiminym Crickecie, które leżały w antykwariacie pana Golda, w następnym odcinku zmieniły pozycję. To oczywiście pryszcz, ale gdyby go nie było, nie zwróciłabym na niego uwagi. Szczegóły jednak dotyczą się również kostiumów. Oszczędność strojów niektórych postaci jest, cóż, zauważalna. Pojedyncza suknia córki Midasa w dwóch osobnych scenach rozłożonych w czasie była dość… niepoważna. Tak samo brak halki w sukniach Kopciuszka – przecież tam powinny być tony warstw. I w porządku, to świat bajkowy, nie oparty na żadnym okresie historycznym, ale nie chciałabym do końca serialu mieć wrażenia, że po prostu ubrali współczesnych bohaterów w kostiumy rodem z tandetnych wypożyczalni na karnawał.

Przeszkadza mi też rzecz, która na jeden jedyny odcinek przestała być wadą, a stała się ogromną zaletą – jednak tylko po to, by zaraz zabić ją w zarodku. Mianowicie wątek miłosny. Brakowało/brakuje mi wątków miłosnych. Owszem, jest Mary Margaret i jej dwóch (mam nadzieję) kandydatów, ale nie wybija się to na żaden pierwszy plan. Za mało i za bardzo na uboczu. Zatem gdy nastąpił odcinek z szeryfem przyznającym się do uczuć wobec Emmy, byłam wniebowzięta. Wtedy chyba nawet przełożyłam jakiś inny ciekawszy serial, żeby szybciej obejrzeć Once Upon A Time. To był dla mnie najlepszy odcinek, jaki do tej pory powstał. Nawet dało się trochę odczuć tych emocji, wreszcie coś się ruszyło. Byłam przeszczęśliwa wyobrażając sobie, do czego to zmierza. A potem szeryf przestał istnieć i z wątku teraz zostaną nici. Tutaj moje odczucia są już bardzo osobiste – zabili mi moją ulubioną postać! – aczkolwiek w żadnym wypadku nie dorzucę uśmiercenia szeryfa do wad jako takich. To wydarzenie jest doskonałym narzędziem do rozbudowania dalszych relacji w serialu i uważam je za bombę. Niesamowicie podkręciło napięcie, pokazując widzom rozwiązanie niemal w zasięgu ręki. Przypomniał sobie, pamiętał, uwolnił się – ale przecież nie może być tak łatwo. W moim odczuciu scenarzyści rozwiązali to świetnie i brawa im za to. Ale strasznie strasznie będzie mi brakować tej postaci. Boję się wręcz, że Once Upon A Time już takiego napięcia w moim przypadku nie powtórzy. Musi się komuś kibicować, a to szeryfowi kibicowałam najbardziej. Gdy go nie ma… pozostaje mi chyba liczyć na cudowne bajkowe wskrzeszenie. Którego w zasadzie się nie spodziewam…

I co na koniec. Na pewno, że oglądam dalej. Jestem ciekawa dalszego rozwoju spraw i zwyczajnie chcę zobaczyć, jak to się wszystko skończy. Chciałabym jednak móc powiedzieć, że ten serial lubię. Na razie, nawet pomimo wymienionych zalet, Once Upon A Time jedynie oglądam. Daleko mu do poziomów seriali, które traktuję jako mniej poważne i które własnie za tą mniejszą powagę sobie cenię (Pan Am, Hart of Dixie, Hawaii Five-0, Rookie Blue, etc.). Może właśnie w tym problem – że nie wiem, jak ten serial traktować, poważnie czy nie. Sądząc po nazwiskach twórców i obiecujących zapowiedziach, nastawiłam się na nowe LOST-y, które zawiodły mnie już w przedbiegach. Może Once Upon A Time wymaga ode mnie jeszcze dłuższego okresu inkubacji – może za kilka odcinków wreszcie coś się urodzi, coś, co ostatecznie przymknie mi oczy na wady. W końcu chcę jednak oglądać dobry serial, a nie udawać, że oglądam dobry serial. Szkoda tylko polegać wyłącznie na „możach”. Ostatecznie, z dwojga złego – rezygnacji czy oglądania  – póki co wybieram to drugie.

  • W większości się z tobą zgadzam – ten serial jest nie wiadomo jaki. Niby razi sztucznością, ale jego klimat urzeka. Niby bajkowa opowieść, a jest sporo tragicznych wydarzeń. Niby ma się go dość, a i tak włącza się kolejny odcinek by zobaczyć co dalej.
    Nie zgadzam się tylko w sprawie Jennifer Morrison. W House i HIMYM była najbardziej irytującą aktorką i życzyłem jej żeby jak najszybciej opuściła te seriale. Tutaj natomiast jej rola bardzo mi się podoba. Owszem jest jakieś „ale” ale tym razem plusy przewyższyły nad minusami.

  • Ja zaczęłam oglądać w tym samym czasie Once Upon a Time i Grimm, OUAT ma o wiele lepiej zagraną główną bohaterkę :). Wydaje mi się, że ta rola jest dość trudna, tak naprawdę Jennifer operuje w pustce emocjonalnej- na początku jej postać zostaje wrzucona do całkiem obcego środowiska i musi sobie radzić.
    Natomiast Henry… hm, mam wrażenie, że dzieciak nas jeszcze zaskoczy. Że to całe naiwne i dziecinne paplanie o mamie złej czarownicy wcale takie naiwne nie jest.
    Chyba za dużo gram ostatnio w nWod ;)