Lubię, więc oglądam. Jeśli w jakiś sposób da się bardziej dokładnie określić, dlaczego oglądamy seriale, to proszę mi powiedzieć, pochylę głowę. Lubimy coś, więc oglądamy o tym serial. Żadna z tego rocket science. Ale dzisiaj jestem w nastroju na zakrzywianie rzeczywistości, więc zrobię na odwrót i powiem: oglądam, więc lubię. Bo nie samą fabułą w serialach człowiek żyje.

Oczywiście, uwielbiam swoje seriale za (prawie) wszystko, co mają mi do zaoferowania. Światy, bohaterów, pomysły, twisty, romanse, niespodzianki – to taki standard, kto tego nie uwielbia. Zatapiam się w to i karmię się tym na co dzień i jestem przez to zadowolonym popkulturowo człowiekiem. Ale im dłużej ogląda się seriale – a ja oglądam je już tak długo, że nawet nie pamiętam, kiedy to się zaczęło – tym bardziej wychodzą na jaw ich dodatkowe zalety. Małe przyjemności, które mogą nie mieć nic wspólnego ze śledzeniem losów ulubionych bohaterów w ulubionych rzeczywistościach, ale które dodają temu hobby smaku. Dziś więc o takich serialowych przyjemnościach, które wychodzą na jaw właśnie przez to, że oglądamy. Zatem powiedzcie, my fellow geek people, czy też uwielbiacie, kiedy…

… leci świetna czołówka i nigdy jej nie przewijacie? Nie ma nic lepszego niż dobry kawałek muzyki w dobrej oprawie wizualnej, a czołówki serialowe łączą wszak jedną pasję z drugą. Bez względu na to, czy mowa o 30-sekundowej sekwencji, 1-minutowej piosence czy aż 2-minutowych kolosach, dobra czołówka to idealny start serialu i zacny przedsmak nadchodzącej zabawy. Niektórych wręcz nie tylko nie przewijam – ach, Gra o tron, The Walking Dead, Hell on Wheels – a wręcz sama podśpiewuję. Takie intro The Big Bang Theory od pewnego momentu dawało mi więcej frajdy niż sam serial.

… w gościnnej roli pojawia się ulubiony aktor? Oczywiście wiadomo, że najfajniej, kiedy ulubiony aktor pojawia się w roli głównej, ale te gościnne niespodzianki – najlepiej te, których nikt się nie spodziewa, tak jak hiszpańskiej inkwizycji – w cudowny sposób potrafią podnieść człowiekowi adrenalinę. Ten wspaniały moment najczęściej przewija się podczas oglądania starszych seriali. Jakież wtedy można odkryć wspaniałości! Dowiedzieć się na przykład, że Romo Lampkin, zanim został królem Czyśćca, wpadł jeszcze do Whedonverse.

… ogląda się serial hurtem? A skoro przy starszych serialach jesteśmy, nie ma to jak wciągnąć jeden sezon w tydzień. Albo w kilka dni. Albo w jeden. Zaraz po przeczytaniu zekranizowanej książki. Nie ma substytutu, który zastąpiłby to uczucie „bez czekania”, tego natychmiastowego zaspokojenia ciekawości – w końcu nie po to się serial ogląda, żeby odstawiać go na półkę. Choć ma to swoje minusy – zlewanie się sezonów w jedno i zapominanie faktów chief among them – to i tak kipię z radochy mając przed sobą TYLE oglądania.

… ogląda się serial detalem? Ale co jak co, oglądanie odcinków tydzień po tygodniu, jak im bóg nakazał, ma jednak sporo sensu. Ten dreszczyk emocji, kiedy jeden odcinek kończy się na mocnej nucie, a następny dopiero za kilka dni! Ach, jak się wtedy można przywiązać do serialu i chcieć oglądać go czy słońce, czy deszcz (tłum. czy dobry, czy zły). Oczywiście, czekanie to nie problem, kiedy codziennie ma się do obejrzenia inny odcinek innego serialu, ale liczy się zamysł.

… drugi odcinek rozwija wątki z pilota? Pilot sobie, a serial sobie – sytuacja bardzo częsta. A to postać, która odgrywała w pilocie jakąś charakterystyczną rolę, znika w koszu na śmieciu, a to jakiś wątek zostaje porzucony, albo jakiś klimat odrobinę zmieniony, i tak dalej. Powody zza kulis są dosyć zrozumiałe, ale jest jeszcze druga strona medalu: że dopiero kolejne odcinki pokazują, na co serial właściwie stać. Wywalenie tego, dodanie tamtego, i nagle świetnie zapowiadający się serial robi się jeszcze bardziej świetnie zapowiadający się. Win-win.

… kolejne sezony zmieniają klimat? Nigdy bym nie przypuszczała, że quasi-proceduralny serial o naukowych eksperymentach gone wrong przeobrazi się w opowieść o alternatywnych rzeczywistościach i walce z okupantem, a opowieść o domu lalek w ciężkie postapo o kontroli ludzkości. Właśnie. Uwielbiam, kiedy z sezonu na sezon serial ewoluuje i zmienia oblicza, tak, że jego podstawowe założenie jest później ledwie rozpoznawalne. O czym za kilka sezonów będą Agents of S.H.I.E.L.D. albo jak jeszcze zmieni się Person of Interest? Nie mogę się doczekać, żeby się dowiedzieć!

… w dalszych sezonach serial wraca do korzeni? Ale to jest chyba jeszcze lepsze: kiedy serial zmienił się tak bardzo (zwłaszcza na lepsze), że drobny powrót do startowych charakterystyk jest zabawnym skokiem w bok, takim lekkim, radosnym szturchnięciem „patrz, znam to!” Jak się wtedy może człowiek radośnie wzruszyć.

… kiedy oczekuje się zmian w kolejnym sezonie? Uwielbiam ten moment – szczególnie przy oglądaniu serialu hurtem – gdy kończy się jeden sezon i zaczynam się zastanawiać, co zmieni się w kolejnym. Ktoś dostanie nową fryzurę? Do obsady dołączy nowy bohater? We wroga wcieli się znana twarz? Będzie nowa wersja czołówki? Oczekiwanie na te drobne poprawki i małe nowości jest niemal tak samo ekscytujące jak oczekiwanie na dalszy rozwój fabuły.

… kiedy nowa postać okazuje się fajniejsza od starej? Gdy oglądam serial i okazuje się, że jedna postać odchodzi a na jej miejsce wejdzie inna, zawsze kręcę nosem. Nawet, kiedy zabieram się do oglądania hurtem nowego serialu i na Wikipedii widzę, że gdzieś nastąpi zmiana obsady, od razu jest mi źle. Lubię się przywiązać do jednej postaci i basta. Ale kiedy zdarza się przypadek, że nowy bohater okazuje się znacznie fajniejszy, ciekawszy i głębszy niż myślałam, to wtedy jest podwójnie super.

… kiedy skasowany serial okazuje się po stokroć wart oglądania? Firefly.

To jak? Uwielbiacie?

  • Nigdy nie przewijam openingu do POI, z oczywistych względów, bo każdy jest inny. Moim ulubionym jest ten w drugim sezonie, do odcinka, w którym po raz pierwszy pojawia się Shaw, bo on nawet nie zdąży się zacząć, a już The Machine stwierdza: Screw it, dziś opowiem wam inną historię na dobranoc i zaczyna się odcinek.

  • Izulkowa

    Zacznijmy od tego, że zaczęłam piszczeć jak głupia widząc Crowleya (reaguje tak chyba na wszystko co związane z Supernatural… przemilczmy to może ^^). Zgodzę się chyba ze wszystkim co zawarłaś w tym poście. Czołówka? Chociażby durna pioseneczka z HIMYM wiecznie mi siedzi w głowie ^^ A na ulubionych aktorów, którzy gościnnie występują w jakiś innych serialach, zawsze reaguje przesadnym entuzjazmem (chociażby znów wracając do Crowleya, bo akurat przyszedł mi do głowy… Mark Sheppard gościnnie w Doctorze Who albo White Collar, i od razu szczerze się jak głupia, nic nie poradzę ^^). A wkręcenie w nowy serial ZAWSZE kończy się u mnie oglądaniem hurtem odcinków… lepiej się nie przyznaje ile zajęło mi obejrzenie ośmiu sezonów Supernatural. No i ten szok, kiedy nowa postać okazuje się…. całkiem w porządku. Po 10 Doctorze, miałam chwilową żałobę (mam słabość do Tennanta nic nie poradzę) i stwierdziłam, że na pewno nie polubię 11… myliłam się oczywiście ^^

  • rob

    co do melodii to ja tak mam z seriami z l80 jak drużyna A czy knight rider albo miami vice czy airwolf a jeszcze fajniej jak melodia z takiego filmu pojawia się w zupełnie innym filmie czy serialu :)

  • Misiael

    Nie chcę zabrzmieć jak snobistyczny dupek (choć znając mnie, tak się właśnie stanie), ale co wy wiecie o muzyce z czołówek seriali…?

    W takich serialach jak Doctor Who czy Power Rangers cudowne jest, gdy pojawia się jakaś postać sprzed X lat, która odgrywała główną rolę w intrydze sprzed, dajmy na to dekady i nagle powraca, choćby na moment, budząc nostalgiczny poryw serca. Jak Sarah Jane z DW albo Tommy, który po wieloletniej absencji powraca jako mentor dla nowego pokolenia Power Rangers. To jest dopiero niepowtarzalne uczucie.

    • Goonie

      Zaczynając od misiów… Trudno mi się nie zgodzić z całością tego posta ;)
      Dodałbym natomiast, że skasowane seriale (dotyczy to tych naprawdę dobrych) przynajmniej dla mnie mają nieco większą wartość od tych, które szczęśliwie dobiegły swojego naturalnego końca. Otóż zawsze się zastanawiałem jak wyglądałby drugi sezon SAAB, lub co działo by się dalej w Jerycho oraz w co wyewoluowałby ostatecznie Firefly (nie licząc treści wniesionych przez późniejsze „Serenity”). Często łapię się na myśleniu o tym, czego efektem jest częstsze oglądanie tychże seriali, no i jest jeszcze ciekawy temat do gdybania ze znajomymi przy piwie ;)

  • Pingback: Sakiewka #10 | Sakwan()

  • Cathia

    Ile ja fajnych seriali odkryłam, idąc po aktorach, którzy grali w nich chociaż w jednym odcinku… No dobra, przyznaję się bez bicia, idąc tropem Marka Shepparda :D (btw, Crowley to Król Piekieł, nie Czyśćca :)).
    I tak – kocham oglądać czołówki, chcę, by wszystkie seriale je miały!!!!