Ostrzeżenie: ten tekst może zawierać śladowe ilości niepopularnej opinii. Otóż obejrzałam w końcu netfliksowego Daredevila i z całą pewnością mogę powiedzieć, że to coś, czego w ekranizacjach komiksów jeszcze nie widzieliśmy. Ale z drugiej strony, choć z całego serialu jestem bardzo zadowolona, wolałabym oglądać Agents of S.H.I.E.L.D.

Kontrowersyjny wstęp mam już za sobą, pora na sprostowanie. Przede wszystkim, zanim przystąpicie do czytania tego tekstu musicie wiedzieć dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że wcale nie będę umniejszać wartości Daredevila w świecie nowoczesnych komiksowych ekranizacji – to naprawdę dobry serial, w dodatku bardzo potrzebny dzisiejszej popkulturze, więc bez obaw, jestem jak najbardziej za. Jednak jak wiecie, są seriale, i są seriale (co zresztą tyczy się wszystkiego, bez względu, czy jest nakręcone, narysowane czy napisane). Dlatego więc drugą więc rzeczą, którą musicie wiedzieć, jest to, że bardzo często nie wyróżniam dzieł popkultury na lepsze i gorsze, tylko na takie, które podobają mi się bardziej lub mniej. Porównywanie dwóch pozycji w podobnym klimacie przychodzi oczywiście naturalnie; wtedy na tapetę bierzemy podejście do tematu, wykonanie, przekaz; patrzymy, co gdzie było pod jakim kątem zrobione lepiej. Przykład? Bardzo naturalnie porównuje się poszczególne sezony Power Rangers, bo choć każdy z nich opowiada inną historię utrzymaną w innym klimacie, konwencja oraz podstawowe założenia serialu pozostają te same. Ale co, jeśli do porównania mamy dwie pozycje teoretycznie powiązane ze sobą np. gatunkiem, ale różniące się od siebie jak ogień i woda?

Podam inny przykład. Pierwszy Alien to ciężki kosmiczny horror, którego gęsty, realistyczny klimat wylewa się z praktycznie każdej krawędzi ekranu. Z kolei następujący po nim sequel, Aliens, ze swoją militarystyczną konwencją i naciskiem na dynamiczność akcji, należy do zupełnie innej bajki. Obiektywnie patrząc, oba filmy są bardzo dobrymi produkcjami i oba cieszą się niesłabnącym uznaniem fanów. Jednak gdy dochodzi do porównywania, pojawia się problem – bo właściwie co porównywać? Różnice w stylistyce? Fakt, że gęsty horror jest lepszy od horroru akcji, lub na odwrót? Ale „lepszy” na jakiej podstawie? Oba filmy są tak odmienne w swoim fundamentalnym podejściu do tematu, że w zasadzie łączy je jedynie istnienie wspólnych postaci we wspólnym universum. To trochę tak, jakby porównywać jabłko i cebulę. Oba to produkty roślinne, okrągłe, można je obrać i zjeść. Ale to, że lubię sobie zjeść jabłko na drugie śniadanie, a cebulkę jako dodatek do mięska na obiad nie oznacza, że jedno jest w moim życiu lepsze od drugiego. Oznacza tylko, że jest kompletnie inne. I dokładnie ta inność pozwala mi wtedy zdecydować, co lubię bardziej. Częściej jem cebulkę niż jabłka, bo w pewnych sytuacjach po prostu bardziej mi smakuje.

Częściej oglądam również Aliens Camerona, bo militarystyczna otoczka wraz z wszystkim, co ze sobą niesie, już na starcie gwarantuje mi nieco więcej frajdy. Nie dlatego, że jest lepsza, tylko dlatego, że właśnie taką lubię bardziej.

Więc taka sytuacja. Dwa uwielbiane filmy science-fiction o podobnych założeniach, ale do „porównania” tylko na zasadzie prywatnych preferencji. I z drugiej strony dwa seriale na podstawie komiksów z jednej stajni, kręcone na dodatek pod wspólnym szyldem Marvel Cinematic Universe, ale jeden będący autentycznym dramatem o człowieku w pojedynkę wymierzającym sprawiedliwość, a drugi szpiegowskim serialem akcji o grupie tajnych agentów i ich próbach ochrony świata. Nie przypisuję ich do jednej i tej samej kategorii, bo to po prostu nie ma dla mnie sensu.

W tym momencie niektórzy z Was czekają na wyjaśnienie, że jak to pisać o Daredevilu i Agentach jako produkcjach utrzymanych na podobnym poziomie wykonania. Obie części Obcego to w końcu filmy zrealizowane z niezwykłym kunsztem i w sumie napisałam, że to obiektywnie dobre produkcje. Pewnie wszyscy się zgadzają. Domyślam się jednak, że powiedzenie tego samego o serialu Netflixa i produkcji ABC wywoła pewną konsternację, ale cóż – tak właśnie uważam. Uważam, że od pamiętnego odcinka „Turn, Turn, Turn„, a już na pewno od początku drugiego sezonu, Agents of S.H.I.E.L.D. zmienili się w zupełnie inny serial, pełen angażujących wątków, tak ogólnych, jak osobistych, ze zwiększoną dawką akcji i napięcia, prawdziwymi stawkami i skomplikowanymi relacjami, a co najważniejsze, z rzeczywistymi postaciami, które wyszły poza swoje kartonowe role. Możecie się ze mną nie zgadzać, może Wam ten serial po prostu nie odpowiadać – jak zaznaczałam, kwestia osobistych preferencji – ale obiektywnie patrząc, Agenci naprawdę wyprowadzili się na prostą i są w chwili obecnej jedną z najbardziej wzbudzających emocje produkcji w ramówce.

Skoro technikalia mamy już za sobą, wróćmy zatem do Daredevila. Myślę, że na początek muszę się przyznać, że za postacią Daredevila jakoś nigdy specjalnie nie przepadałam. Przeczytałam swego czasu jeden grubszy komiks – nie wiem, czy nie był to nawet The Man Without Fear z polskiej serii Mega Marvel – ale w tamtym okresie swojego dorastania byłam znacznie bardziej zafascynowana Batmanem i pewnie z tego powodu drugi samotny obrońca sprawiedliwości nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia. W każdy razie wiedziałam, w co wchodzę, zabierając się za serial, a ponieważ to Netflix – który wszem i wobec ogłaszał, że będzie to historia mroczna i dojrzała – moja ciekawość nie potrzebowała większej zachęty. Co z tego wynikło? Przede wszystkim, że tego Daredevila polubiłam bez żadnego wysiłku, a choć Batman i tak dawno przestał mnie fascynować, pozbycie się wszelkich wątpliwości co do postaci głównego bohatera już przy pierwszym odcinku uważam za sukces.

Oczywiście duża w tym zasługa Charliego Coxa (który dla mnie na zawsze pozostanie uroczym Tristanem Thornem z Gwiezdnego pyłu), który uczynił z Matta Murdocka bohatera żywego, naturalnego i prawdziwego, bez problemu dającego się polubić już po pierwszym czarującym uśmiechu. Jednak jego rola to jedynie objaw generalnego kierunku obranego przez całą produkcję – kierunku, który w moim odczuciu stanowi trzecią opcję w dzisiejszym ekranizowaniu komiksów o superbohaterach. Założę się, że w polskiej blogosferze już ktoś o tym napisał, ale ponieważ z reguły nie czytam recenzji seriali, których sama jeszcze nie widziałam, a mam zamiar, napiszę to dzisiaj po swojemu. Otóż nietrudno zauważyć, że dzisiejsze ekranizacje komiksowe podzieliły się trochę na dwa obozy: jeden reprezentowany przez nolanowską trylogię o Batmanie oraz obecne projekty związane z Supermanem, drugi przez stajnię Marvela ze swoim gigantycznym MCU i nowymi fazami filmów fabularnych. Jeden to mroczna, ultra-poważna próba urzeczywistnienia komiksów w formie ciężkich, dramatycznych historii, drugi to rozrywkowe, widowiskowe futurystyczne filmy akcji z elementami głębszych dramatów. Oczywiście są jeszcze X-Men, Fantastyczna Czwórka i dwie inkarnacje Spider-Mana, ale pod względem klimatu mieszczą się gdzieś pośrodku skali wymierzonej przez te dwa piony. Tymczasem Daredevil – nie. Daredevil wytoczył sobie zupełnie nową, dziewiczą ścieżkę, tworząc bardzo rzeczywistą – nie za poważną, nie za lekką – opowieść o człowieku, którego niezwykłe okoliczności umożliwiły walkę z niesprawiedliwością. Jeśli miałabym pokusić się o określenie Daredevila gatunkiem, postawiłabym na komiksowy dramat kryminalny.

Jeśli miałabym wybrać jedną rzecz, która w serialu urzekła mnie najbardziej, zatrzymałabym właśnie na rzeczywistym ujęciu tematu. Cała sprawa, przynajmniej dla mnie, na tym się kończy i zaczyna. Świetne aktorstwo, fantastyczne zdjęcia, niesamowicie dopracowane i nakręcone sceny walk w zasadzie bledną w obliczu stworzenia świata tak rzeczywistego, że bez problemu można uwierzyć w jego istnienie. W wielu komiksowych ekranizacjach ma się w końcu tę świadomość umowności pewnych elementów świata, faktu, że „komiksowość” fabuły przenika przez warstwy scenariusza. W wielu przypadkach ta umowność jest wręcz oczekiwana i doceniania. Tymczasem Daredevila oglądało mi się jak trzymający w napięciu filmowy thriller, który był w stanie bez cienia wątpliwości przekonać mnie, że ślepy prawnik o niezwykle wykształconych zmysłach mógłby prowadzić prywatną partyzantkę przeciwko kryminalnym grupom półświatka. Jego historia, jego motywacje, jego wiara w czynienie dobra i walkę z bezprawiem tam, gdzie prawo nie sięga, jest tak autentyczna, pokazana nam z tak bliskiej, personalnej perspektywy – flashbacków, relacji z przyjaciółmi, związkiem z religią – że trudno o jakiekolwiek wątpliwości uwierzyć w niego jako człowieka. Być może moja znajomość komiksowych postaci okaże się teraz tragicznie ograniczona, ale nie dane mi jeszcze było poznać superbohatera tak bardzo ludzkiego. Nie herosa walczącego z traumami, nie nieustraszonego obrońcy uciśnionych, ale zwykłego, zniszczalnego człowieka, który postanawia robić to, co robi, bo jest to właściwe.

I tutaj właśnie netlfiksowy Daredevil na scenie ekranizacyjnej wygrywa – pokazaniem, że da się przenieść superbohaterski komiks na płaszczyznę niemalże obyczajowego dramatu, nie tracąc przy tym kontaktu ze swoim materiałem źródłowym ani nie przesadzając z wyważeniem klimatu w ani jedną, ani drugą stronę. Powolna, stopniowana akcja, skomplikowani, faktycznie groźni przeciwnicy, kreacje i ścieżki bohaterów, realistyczne (w granicach przyjętej konwencji) uziemienie tytułowej postaci; wszystko to składa się na serial w dobie komiksowych ekranizacji ważny i przełomowy, który był naszemu skrawkowi popkultury bardzo potrzebny. Nie ma wątpliwości, że otrzymaliśmy nowy wyznacznik w gatunku, który być może nie zrewolucjonizuje rynku komiksowych seriali w telewizjach publicznych, ale go zdecydowanie zrewitalizuje, wytyczając nowym twórcom nowe ścieżki naśladownictwa.

Tylko że z drugiej strony są właśnie ci Agenci S.H.I.E.L.D. i pozostałe seriale opierające się na podobnym rozrywkowym, stosunkowo komediowym schemacie. I tutaj – nawet przy wszelkim uwielbieniu do projektów nowatorskich i dojrzałych – wychodzą na scenę osobiste preferencje. A ja, osobiście, najbardziej na świecie lubię się przy serialach po prostu dobrze bawić. Oglądanie cięższych i poważniejszych materiałów na dłuższą metę – choć karmi duszę – mnie przygnębia. Obejrzenie kilkunastu odcinków Daredevila prawie jednym ciągiem odrobinę mnie zmęczyło, zwłaszcza w środku sezonu, kiedy fabuła zeszła na postać Wilsona Fiska. To wcale nie oznacza, że serial przestał mi się podobać, zwyczajnie jednak zaczynałam odczuwać potrzebę tęczy i jednorożców. I nic na to nie poradzę – w zasadzie nie mam zamiaru za to przepraszać – że na samą myśl oglądania Agentów gęba samoistnie uśmiecha mi się od ucha do ucha.

Mniej-więcej pisałam już, za co tak bardzo uwielbiam ten serial. Za grupę zwykłych-niezwykłych ludzi, którzy, w świecie zamieszkanym przez jednostki nadzwyczajne, robią swoje najlepiej jak potrafią. Za gromadę postaci połączonych interesującymi relacjami, którzy dojrzewają wraz z wyzwaniami stawianymi przez codzienne niebezpieczeństwa. Za mieszankę beztroskiego, komediowego klimatu z szaloną akcją, widowiskowymi scenami walk i dreszczykiem niebezpieczeństwa. Za przesadzony, „komiksowy” heroizm i stawki większe niż życie. Za fakt, że można się pośmiać, można się popłakać, można przeżyć chwile wysokiego napięcia. Wreszcie za umiejętność zebrania tego wszystkiego w sensowną, wielowątkową całość, dając mi zawiły, satysfakcjonujący scenariusz przy jednoczesnym utrzymaniu poziomu zwyczajnej fajności. Naprawdę, oglądając Agents of S.H.I.E.L.D. czuję się jak ryba w wodzie i dlatego wiem, że właśnie do takich seriali zostałam stworzona. Jestem w stanie docenić kunszt tam, gdzie mu się należy – ale tam, gdzie wyczuję swoje klimaty, nawet kunszt ustąpi sentymentom.

A zatem taka prawda. Daredevil to świetny, przełomowy serial, którego sukces, miejmy nadzieję, powtórzy A.K.A. Jessica Jones oraz pozostałe marvelowe produkcje Netlfiksa, a może i nie tylko. To serial, który pokazał, jak bardzo da się stworzyć z komiksu prawdziwą rzeczywistość i umieścić w niej realistyczną fabułę z realnymi, żywymi bohaterami. Czy to serial na który czekaliśmy? Tak. Który miał coś udowodnić? Tak. I będę polecać go przy każdej możliwej okazji, bo jest wart przynajmniej poznania. Ale ja, osobiście, dalej potrzebuję Agentów, dalej potrzebuję Flasha, Arrowa i Agentki Carter – i och, jak bardzo potrzebuję Supergirl – dalej potrzebuję dobrej zabawy, by zwyczajnie szczerzyć do ekranu gębę. Nie dlatego, że to jest lepsze, ale dlatego, że daje mi więcej frajdy.

  • Ja jeszcze przez Daredevila nie rpzebrnąłem, zmeczył mnie póki co po drugim odcinku…
    Za to Agenci skończyli sie tak, że na nastepny sezon ciezko nie czekać!

    A co sadzisz o zwiastunach Supergirl? Ja pozwole sobie stwierdzic, wbrew wszytskim negatywnym opiniom, ze to moze byc bardzo sympatyczny serial

    • Ja w trailerze do „Supergirl” jestem totalnie zakochana, zachwyciłam się od pierwszej sekundy i kompletnie nie mogę doczekać się serialu. To jeszcze inny rodzaj serialu superbohaterskiego, z nową świeżością i pomysłami i jestem wprost zachłyśnięta radością, jaką we mnie wzbudza :)

      • rob

        dokładnie przyznaje że początkowo miałem zastrzeżenia castingowe ale jak producenci nie dali się długo prosić i zatrudnili helen slater to zaczęły topnieć a te oba trailery całkiem je rozwiały wreszcie po latach dostaniemy serial na luzie zrobiony z humorem akcją bohaterami do polubienia bohaterką która zachowuje się tak jakbyśmy my na jej miejscu reagowali byle scenarzyści nie nawalili to będzie hit :) a z kolei LoT zapowiada się też super (oczywiście jak na budzet CW ) wyścig przez czas za złolem i rozwałka w różnych lokacjach cud miód maliny :-))ps.no i Hawkgirl :-))

  • Gdyby Daredevil był dłuższy, bardzo ciężko byłoby oglądać. Za dużo mroku, za dużo przemocy i to właśnie takiej rzeczywistej, bo tak jak mówisz, nietrudno sobie wyobrazić, że cała ta historia gdzieś naprawdę mogłaby się zdarzyć. Np. do Sons of Anarchy nie mogę wrócić, bo mam dosyć tych wszystkich krzywd, które przytrafiają się bohaterom.
    Z kolei AoS… Och, nawet nie wiem co teraz powiedzieć, finał piękny, nawiązania do AoU cudowne i naprawdę jestem ciekawa, co się dalej wydarzy! Chyba te odcinki, gdzie dużo się dzieje podobają mi się najbardziej.

    To co, teraz czekamy na Ant-Mana i Jessicę Jones (David Tennant!) od Marvela ;)

  • Agentów uwielbiam. Mają taki typowy klimat Marvela, co dla mnie jest ogromnym plusem. Daredevil z kolei bardziej kojarzy mi z DC. Jest ciężki, mroczny i pełen przemocy, a w dodatku bohater nie ma supermocy. Zdecydowanie nie dla mnie, chociaż obejrzałam (zostały mi dwa odcinki).

    • Kamil Szólc

      DD jak najbardziej ma moce – super wyczulone zmysły prócz – co oczywiste – wzroku. W serialu jest to pokazane – subtelnie, nienachalnie, ale pokazane.

      • Racja, źle się wyraziłam. Chodziło mi o coś bardziej efektownego w czasie walki ;)

  • spirit

    Agenci, Daredevil i CA: Winter Soldier to trzy pozycje z MCU, które w ostatnich latach wyraźnie wyrosły poza resztę produkcji komiksowych, zarówno tych w tv, jak i w kinie… podoba mi się analiza porównawcza tych tytułów, choć uważam podobnie, że bardzo trudno te tytuły porównać, gdyż mimo, że mają znaczek Marvela to są na dwóch zupełnie różnych realizatorskich biegunach… i paradoksalnie obu produkcjom robi to bardzo dobrze, tworząc coś unikatowego… trudno byłoby mi wybrać, co mi się bardziej podoba, bo obie produkcje wciągnęły mnie po uszy i na obie kontynuacje czekam niecierpliwie :)

  • Canary

    Ja mam zamiar wkrótce dokończyć Daredevila, bo obejrzałam dopiero trzy odcinki, ale postać głównego bohatera już mnie zauroczyła. I też znam aktora z Gwiezdnego Pyłu :D
    Co do Agentów Tarczy, w pełni się zgadzam, serial na prawdę się rozkręcił. Warto było przebrnąć przez pierwsze, nudniejsze odcinki, by załapać się na świetną, trzymającą w napięciu historię z ciekawymi, dającymi się lubić postaciami i humorem (bez humoru ani rusz!). W ogóle, wątek Inhumans dodał Agentom jeszcze więcej kolorytu. A jak podobał się finał sezonu? Dla mnie był wręcz wyśmienity – zaskakujący, nieprzewidywalny, dostarczył nowych wątków na przyszły sezon, na który czekam teraz z niecierpliwością. Pozdrawiam :)

  • Ja Agentów bardzo polubiłam, pokochałam wręcz – dzięki Wiedźmo! … Daredevila ostatnio obejrzałam idąc za ciosem niejako, po Agentach i Flashu… i rozczarowałam się, za bardzo „na poważnie” jest jak dla mnie, jak Batman-y, Superman-y i inne Spiderman-y… nie skończyłam, przebrnęłam przez chyba 6 czy 7 odcinków i poddałam się … me no like ;-)