Hobbit: Pustkowie Smauga to film lepszy od jedynki, bardziej dynamiczny, ciekawszy i fajniejszy, a smok to w ogóle mistrzostwo świata. Tylko od tego wątku romansowego mi się odechciewa”. Ile razy natknęliście się na takie opinie? Bo ja o jedną za dużo. Miałam nie pisać o drugiej części Hobbita, ale o „wątku romansowym” napiszę.

Pierwszą wersję tego tekstu zaczęłam pisać w afekcie, pod wpływem gniewu. Wkurzyłam się strasznie i musiałam spuścić parę. O tym, jak bardzo się wkurzyłam niech poświadczy fakt, że zanim zdecydowałam się na tytuł, który widzicie w nagłówku, wpierw kontemplowałam nad „Dajcie spokój z „wątkiem romansowym” w Pustkowiu Smauga„, potem nad „Odczepcie się od „wątku romansowego” w Pustkowiu Smauga„, a potem wymyśliłam jeszcze wyjątkowo śliczne „Odpiórkujcie się od „wątku romansowego” w Pustkowiu Smauga„. Nad tym etapie zorientowałam się jednak, że wcale nie denerwowałam się na konkretnych delikwentów, ale raczej na straszliwą falę niechęci, która przemknęła przez moje pół internetu. Niechęci, której ja nie rozumiem, bo uważam za powstałą na bazie krzywdzących uprzedzeń, nieuzasadnionej awersji i braku chęci otwarcia się na inne możliwości niż kopiowanie powszechnego hejtu. Chcę więc stanąć wobec wątku romansowego w obronie, przedstawić powody, dla których uznaję go za wyjątkowo udane osiągnięcie i w zasadzie zastanowić się, ile było romansu w „romansie”. Może ktoś stwierdzi, że ma to sens, może ktoś stwierdzi, że gadam bzdury i mi wyjaśni, dlaczego. Ale może też pozna i zaakceptuje inny punkt widzenia.

Na początku wypada zaznaczyć, że pozytywnie o relacji Tauriel i Kiliego napisały już Myszy i Zwierze, a zwłaszcza Zwierz w kilku perfekcyjnie dobranych słowach zilustrował całą gamę odczuć, które mnie w tym wątku absolutnie zachwyciły. Nie chcę próbować tych słów powielać, dlatego gorąco zachęcam do zajrzenia najpierw tam, a ja tutaj postaram się zaledwie pogłębić, co wpłynęło na moje zauroczenie.

Zacznijmy od tego, o jakim wątku romansowym jest w ogóle mowa. Tak się złożyło, że osobiście Pustkowie Smauga obejrzałam dopiero w dniu oficjalnej premiery, naturalnie więc zdążyły do mnie dojść publikowane na tu i tam opinie, że wątek romansowy jest słaby, wepchany na siłę i stanowi skazę na gdzie indziej udanym filmie fantasy (bo przyjmijmy, że udanym). Nie ma się co dziwić, że z tymi uwagami w głowie niecierpliwie wyczekiwałam momentu, w którym będę mogła zweryfikować je samodzielnie – zwłaszcza, że i tak ciekawiło mnie, jak do międzyrasowej miłości miał zamiar podejść Peter Jackson. Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, gdy zamiast wielkiej, wybuchającej miłości dostałam spotkanie dwóch jednostek, które w odwiecznym konflikcie swoich skłóconych rzeczywistości odnajdują więź i wspólny język. Zapędzam się, ale już podczas pierwszego spotkania zainteresowanych dowiedziałam się, że wielkiego romansu nie mam się tu po co spodziewać.

Wyjaśnienie wymaga jednak drobnej analizy mojego punktu widzenia. Otóż oczywistym było dla mnie, że Tauriel Kiliego w sekundzie zauroczyła – wyraźnie świadczyły o tym chociażby wyłapujące spojrzenia kadry, że nie wspomnieć o późniejszym dziecinnym flircie o spodniach. Tauriel, kobieta z głową na karku, awanse miała gdzieś, ale nie byłaby kobietą, gdyby natężona uwaga ze strony bądź co bądź przystojnego przedstawiciela płci przeciwnej w jakimś stopniu jej nie pochlebiała (co żartobliwie przyznała Legolasowi, nieświadoma, że ten nie widzi w niej już jedynie towarzyszki broni). A ponieważ jest nie tylko kobietą, ale przy okazji osobą młodą, niedoświadczoną i ciekawą świata – a przy tym zaintrygowaną śmiałością krasnoluda – jej próbę porozumienia się w lochach uznałam za całkowicie nieszkodliwą i naturalną.

Zdziwiło mnie za to – bo na tym etapie jeszcze mi się wydawało, że jakiś romans tam jednak będzie – że rozmowa o stąpaniu w księżycowym blasku nie była bynajmniej preludium do owej wielkiej miłości, którą moje pół internetu tak bardzo sobie wyobraziło. Owszem, Kili zaczął od chłopięcej próby zaimponowania elfce, ale szybko się zorientował, że to nie zadziała. Żeby nie stracić okazji do kontaktu, spoważniał, odkrywając przed nią oblicze, którego do tej pory nie mieliśmy okazji oglądać. I tak podzielenie się swoimi synowskimi troskami poruszyło w Tauriel nutę uniwersalną dla wszystkich, tym samym pokazując jej, jak bardzo życie w jednym świecie nie różni się od życia w drugim. Rozmowa przerodziła się więc w wymianę doświadczeń rozumianych z dwóch różnych perspektyw, a dwójka rozmawiających w dwójkę nieznajomych wzajemnie zafascynowanych możliwością poznania punktu widzenia innego niż ten, z którym zostali wychowani (zwłaszcza, że przecież Kili nie wykorzystał okazji do ponownej próby flirtowania, po prostu był sobą i dał się ponieść rozmowie). Naturalnym jest, że taki zwykły – ludzki w naturze – kontakt wytwarza pewną więź, formuje pewną sympatię, naturalnym jest więc, że wrażliwość Tauriel na tę więź zareagowała. W tej scenie zdziwiłam się więc nie dlatego, że bohaterowie nawiązali kontakt „romantyczny” i że był on tak delikatnie i subtelnie rozegrany, ale dlatego, że na pierwszy plan wyłoniła się tu nie miłość, ale szczera, zwykła nić porozumienia – ze sobą i ze światem. I to ona była dla mnie i dla Tauriel motywacją jej późniejszych działań.

O motywacji będzie za moment, ale z powyższego wynikają dla mnie dwie rzeczy: po pierwsze nie tylko nie nastąpiła pomiędzy tą dwójką reakcja romantyczna w najbardziej oczywiście definiowany sposób, po drugie to Kili poczuł do Tauriel coś, czego ona w ten sam sposób nie odwzajemnia. Tak, w mojej głowie ta tak zwana „miłość” jest tu jednostronna, choć oboje zainteresowanych jest na tyle dojrzałych, by umieć zgrabnie lawirować pomiędzy tymi uczuciami. Fakt, że krasnolud pokazał elfce swoje inne „ja”, ale nie jako pretekst, by się jej przypodobać, a ona zareagowała, ale nie dała mu powodów, by go zachęcić, świadczy mi o tym dobitnie. Najciekawsze jest jednak to, że Jackson i spółka zdecydowali się pozostawić dalszą część rozmowy w sferze domysłów, nie mówiąc niczego wprost – czego zresztą nie powiedzieli wprost już do końca filmu. Teoretycznie Pustkowie Smauga może się w tym miejscu rozbiegać, a każdy zobaczy, co będzie chciał – bohaterowie mogli na przykład kontynuować swoją wymianę doświadczeń, mogły się też w tym domyśle pojawić iskry. Ale cokolwiek to nie było, mamy pole do odrobiny wyobraźni.

Tak czy inaczej nawet zakładając, że Tauriel uczucie Kiliego odwzajemnia – w co osobiście, jak widać, bardzo nie wierzę – niezwykle irytują mnie zarzuty, że bohaterka Evangeline Lilly została przez Jacksona dopisana wyłącznie jako love interest. Tymczasem najciekawszą rzeczą, jaką w Pustkowiu Smauga dostrzegłam był fakt, że to całe „romantyczne” uczucie żadnego z zainteresowanych nie definiowało. W żadnym momencie filmu nie odczułam przeświadczenia, że niezwykła „miłość” pomiędzy dwoma przedstawicielami skłóconych światów jest motorem napędowym ich działań. I na przykład w chwili, w której krasnoludy uciekają do beczek aż się zastanowiłam, czy Kili przypadkiem nie odwróci się przodem do kamery w tęsknym ujęciu, że już nigdy nie ujrzy swojej elfiej pani. Nie odwrócił się, ba, nawet się przed ucieczką nie zawahał – co tłumaczę niczym innym jak dobrze ustawionymi priorytetami. W późniejszym ferworze walki tylko, zdaje się, przyjął do wiadomości, że Tauriel ponownie go uratowała, bo miał tak zwane ważniejsze sprawy na głowie. A jeszcze dalej nawet o elfce nie pomyślał, dopóki nie umierał z zatrucia i ona nie pospieszyła mu na ratunek (swoją drogą, is dwarf in distress a thing yet?). Mówcie co chcecie, ale wydaje mi się, zakochany po uszy młodzieniec raczej by się martwił rozstaniem z obiektem swoich uczuć aniżeli powodzeniem wyprawy swojej i swojego wuja z powodu rany, którą odniósł w walce.

I z drugiej strony, Tauriel może i poznajemy dopiero w scenie, w której występuje wymagający ratunku Kili, ale już kilka chwil później dowiadujemy się, że nie jest typową przedstawicielką swojej społeczności. Jest dumna, pewna siebie i wyniosła – tak, ale tak samo ciekawska i zaintrygowana światem poza murami jej własnego (w końcu w innym wypadku nie odwiedziłaby Kiliego w lochach). A skoro jest ciekawska, nic dziwnego, że losy innych społeczności leżą jej na sercu (w końcu nie darmo scenariusz wkłada w jej usta wypowiedzi o odpowiedzialności elfów wobec innych ras). Więc tutaj odrobina matematyki: (zainteresowanie Tauriel światem zewnętrznym + pochodzący z zewnętrznego świata Kili) x więź nawiązana w rozmowie = chęć pospieszenia Kiliemu na ratunek, kiedy temu grozi utrata życia. Nie goni za orkami goniącymi za spływającymi w beczkach krasnoludami, bo zakochała się w Kilim, goni za nimi, bo byłoby niesprawiedliwie, przykre i bolesne, gdyby ten miły krasnolud, z którym mogła porozmawiać o świecie straciłby życie z rąk tych samych paskudztw, które zagrażają wszystkim pokojowym rasom Śródziemia. Oczywiście, że przemawiają przez nią uczucia – sympatii, życzliwości, zaufania; oczywiście, że prowokują ją do impulsywnego działania; oczywiście, że gdyby nie Kili, prawdopodobnie siedziałaby cicho jak jej Thranduil nakazał. Ale ponieważ w osobie Kiliego odnalazła połączenie – można powiedzieć, że „zakazane”, jeśli już chcemy używać terminów „miłosnych” – ze światem, który nie jest jej obojętny, to Kili stał się katalizatorem jej działań.

Tauriel nie pełni więc roli tylko (ani typowego) love interestu – Tauriel pełni rolę łącznika pomiędzy dwoma wątkami, które w książkowym Hobbicie nawet nie ujrzały światła dziennego. Bez postaci Tauriel, ktoś inny musiałby upierać się nad walką ze zbliżającym się złem, ktoś inny musiałby sprzeciwiać się rozkazom, ktoś inny musiałby dostać powód, by samotnie wyruszyć ku niebezpieczeństwu. Jakiekolwiek uczucia, jakie Tauriel żywiła do Kiliego, nałożyły się na to, co już odczuwała, zasadniczo tworząc z krasnoluda dodatek, który mógł, ale wcale nie musiał, się w tym filmie znaleźć. I to chyba wydaje mi się najpiękniejsze – że ten wątek jest dla wymowy całego Pustkowia Smauga tak nieszkodliwy, że w gruncie rzeczy można by go całkowicie zignorować.

Ale do najciekawszego tak naprawdę dopiero dochodzę – czyli sceny, która jak żadna inna wzburzyła falę nienawiści, a dla mnie była idealnym podsumowaniem tych wszystkich teorii, które wysnułam jeszcze oglądając film. Otóż najwyraźniej łatwo zapomnieć, że w momencie finałowego leczenia zielem Athelasu Kili był umierający i odurzony trucizną. Tymczasem mnie zupełnie nie dziwi, że w swym delirium dowidział się otaczającego Tauriel blasku – a tak naprawdę otaczającego nie Tauriel, tylko jego wyobrażenie o Tauriel, bo w gorączce i na skraju śmierci nie był nawet świadomy, że ona tam naprawdę jest. Nie do końca zdawał sobie z tego sprawę i później, kiedy przemówił do swojego wyobrażenia Tauriel szukając u niego potwierdzenia, że prawdziwa Tauriel mogłaby go pokochać. I teraz kluczowa dla mnie sprawa: sięgnął po jej dotyk tylko na wpół przytomnie, a ona odwzajemniła ten ulotny gest – to może zabrzmi brutalnie – bo ze względu na sympatię, jaką do niego czuła, nie chciała sprawiać mu przykrości. Nie wiem, może to kwestia mimiki Evangeline Lilly, może mojej wyobraźni, ale ja z wyrazu jej twarzy wyczytałam nie strach przed miłością, do której Tauriel nie chce się przyznać, choć musi ją zaakceptować, ale przed zranieniem uczuć Kiliego, który w danej sytuacji nawet nie miał możliwości okazania ich w inny sposób (no i sam do końca nie wiedział, co robi i że to robi). Wydaje mi się, że w następnym filmie ta cała scena nie odbije się na nich w znaczący sposób, nic nie zmieni w ich stosunku do siebie nawzajem, nie przekształci ich relacji w łzawy romans – ale zaakceptuje więź, jaka ich łączy, bo dokładnie ona została tu pokazana. Tauriel na Kilim zależy, ale wie, że nie odwzajemni tego samego uczucia. Kili chciałby, by go pokochała, ale rozumie, że w ich świecie to się nigdy nie stanie. Dla mnie to nie miłość, dla mnie to zrozumienie i akceptacja.

I teraz, żeby było jasne: wcale nie twierdzę, że w Pustkowiu Smauga nie było wątku romansowego. Jackson o nim mówił, Lilly o nim mówiła, słowo „miłość”, w takiej czy innej formie, wyraźnie w tych wypowiedziach padało. Nie próbuję więc zaprzeczać, że historia miłosna tam nie istniała, ale próbuję za to powiedzieć, że nie było jej tam w jej najbardziej typowym ujęciu. W końcu jest zakochany (zauroczony, raczej) Kili, jest ewidentnie zazdrosny Legolas (którego zazdrość i relacja z Tauriel jest zdecydowanie ciekawszym wątkiem i mam nadzieję, że zostanie on jeszcze rozwinięty), jest i Tauriel rozdarta skonfliktowanymi uczuciami. Jest tu miłość, jakaś, pewna – ale czy jest romans? To już zostawię bez odpowiedzi.

I właśnie dlatego tak bardzo mi się ten wątek podobał. Nie był przeszarżowaną próbą wciśnięcia na siłę nieprawdopodobnego uczucia, nie był dla bohaterów niebem i ziemią, nie dawał podstaw sądzić, że poza zakochaniem się nie mieli nic innego do roboty. Istniał obok głównych wydarzeń jako delikatny, nie przekraczający granic dodatek, a mimo tego został wyolbrzymiony do rozmiarów największej skazy na filmie, który celowo pokazał go w tle. Dobrze, że złość mi przeszła i cieszę się, że zrzuciłam, co mi na sercu leży, ale chyba nie zrozumiem, dlaczego spotkał się z tak negatywnym odzewem (i gdyby tego było mało, w przypadku filmu, który i tak wprowadził mnóstwo zmian w stosunku do oryginału). Przy czym najbardziej mnie zastanawia, czy ktoś myśli podobnie. Możemy podyskutować w komentarzach.

  • „Wydaje mi się, że w następnym filmie ta cała scena nie odbije się na nich w znaczący sposób, nic nie zmieni w ich stosunku do siebie nawzajem, nie przekształci ich relacji w łzawy romans – ale zaakceptuje więź, jaka ich łączy, bo dokładnie ona została tu pokazana” – bardzo, ale to bardzo bym chciała, żeby Jackson nie skusił się na hollywoodzkie poprowadzenie tego wątku. Musiałabym marudzić. Z resztą kto doczytał te 200 stron Hobbita do końca ten wie, że happy endu tutaj nie będzie.

    Kiedy ja (ale ja jestem tolkienową konserwą,co zawsze podkreślam, szczególnie, kiedy czepiam się tłumaczeń z sindarinu ;]) mówię, że Jackson przesadził z wątkiem romantycznym, to mam na myśli nie relacje Kili-Tauriela (bo one, tak jak napisałaś, nie są oczywiste), ale Kili-Tauriela-Legolas. Choc może tak naprawdę się to sprowadza do wprowadzenia samej Taurieli. Mam wątpliwości co do tej postaci i boję się, że tak naprawdę okaże się tylko błyskotką, która ma za zadanie przyciągnąć do kina męskich fanów wszelkiej rudości i kobiet-badassów. Ale na ten temat wypowiem się dopiero w grudniu.

    • No, trójkąt miłosny był dla fandomu jak dolanie oliwy do ognia, ale po przeczytałam kilku wywiadów nabiera on sensu – głównie w kwestii dodania Legolasowi motywacji w jego niechęci do krasnoludów. Oczywiście sama jestem ogromnie ciekawa, co z tych relacji wyjdzie w ostatnim filmie (w sensie jak bardzo unhapppy będzie ten end), ale już się jej nie boję :)

      • Quasi-spoiler: Aeth, tak między nami. Moim zdaniem Tauriela umrze. A przynajmniej ja bym ją uśmierciła. Jakoś ładnie.
        Bo jeśli nie, to trzeba ja będzie wysłać łódką na Zachód, a to będzie jednoznacznie świadczyć o jej romantycznym uczuciu względem nieżyjącego Krasnoluda i jego braku względem Legolasa ;)

        • Nie no, jasne, że umrze, też na to stawiam :)

          Mam tylko nadzieję, że nie umrze w jakiejkolwiek bliskiej odległości od Kiliego – żeby zaznaczyć jego honor i obowiązek względem wuja – ale za to w bliskiej odległości od Legolasa, z którym ewidentnie łączy ją więcej. Chociaż stawiam, że najpierw ujrzy śmierć Kiliego, poniosą ją emocje, przyjmie śmiertelny cios, umrze w ramionach Legolasa, Legolas zacznie nienawidzić krasnoludów podwójnie.

    • Kona

      Zgadzam się zupełnie co do tej jak to ujęłaś ” błyskotki ”.

  • I może nawet bym się z tobą zgodziła, gdyby nie to, że Tauriel nie słucha swojego księcia i przyjaciela, gdy ten goni za orkami (w liczbie mnogiej i one nawet zdołały go zranić i otumanić), tylko zostaje z umierającym krasnoludem – a wtedy jeszcze nie wrócił Bofur z zielem, więc mogła najwyżej skrócić/złagodzić jego cierpienia, zamiast walczyć, o co cały czas jej chodziło w sporach z Thranduilem.

    • No ale… Tauriel posłuchała Legolasa i przecież właśnie opuszczała dom Barda, kiedy prawie wpadł na nią powracający Bofur. Kiliego postanowiła ratować dopiero, jak zobaczyła ziele. I owszem, wybrała w tym momencie krasnoluda nad walkę, ale w moim odczuciu odbyło się to na tej samej zasadzie, co jej gonienie za beczkami – bo nie chciała, żeby umierał. Poza tym odniosłam wrażenie, że jej brak wsparcia dla Legolasa niekoniecznie oznaczał, że posyła go samego na śmierć (w walce, którą sama zainicjowała), bo przecież wie, jakim dobrym jest wojownikiem…

      Then again, wcześniej nie usłyszał, jak mu ork napinał łuk za plecami… Slip? ;)

  • Po pierwsze nie uważam, że Tauriel została dopisana jako love interest. Została dopisana jako bardzo źle ukryte deus ex machina. Dziewczyna nie robi nic innego jak tylko wiecznie ratuje kransoludy. Dla mnie to przykład bardzo złego wykorzystania dobrze wprowadzonej, nieźle napisanej postaci.
    Po drugie, cały romans na linii elfka-kransolud jest dla mnie bardzo sztuczny i pokazuje jak bardzo odbiegliśmy od Tolkiena właściwego. Krasnoludy są za przystojne – to ogólnie znany fakt. W kim więc zakochuje się Tauriel? Nie w tym jednym z nielicznych krasnoludów, które wyglądają tak jak wyglądać powinny, a w jednym z tych ślicznych i ugładzonych. Zastanówmy się czy taka relacja w ogóle miałaby rację bytu w kanonie? Moim zdaniem, nie. Bo krasnoludy różniły się od elfów jak ogień i woda, a nie wyglądały jak małe elfy.
    Scena z umierającym Kilim była dla mnie kiczowata i nic mojego zdania nie zmieni. Rozumiem Twój punkt widzenia, ale ja pomiędzy tymi złożonymi rączkami, anielskimi blaskami i słodkimi do porzygu deklaracjami widziałam bardzo, bardzo źle poprowadzony wątek romantyczny. Tak się już nie kręci, panie Jackson. I zgadzam się z Rusty. Ta cała scena moim zdaniem tylko potwierdza to, że Tauriel zakochała się w Kilim.

    • „pomiędzy tymi złożonymi rączkami, anielskimi blaskami i słodkimi do porzygu deklaracjami widziałam bardzo, bardzo źle poprowadzony wątek romantyczny” – och, warto dodać, że anielskie blaski były obecne tez przy leczeniu Froda przez Arwenę. One nie symbolizują uczucia jednej osoby do drugiej, a naturę samych Elfów – i to tę kanoniczną w sensie czysto tolkienowskim, jako istot świetlistych, ze światła, stojących w kontrze do Cienia Mordoru.
      Akurat blaski Taurieli do sprawy wątku romantycznego nie wnoszą nic.

      • Niech będzie, że symbolizuje naturę samych elfów. Dość powiedzieć, że w kontekście romantycznym wygląda to dość jednoznacznie i kiczowato. I już naprawdę zupełnie zbędnie ;)

        • Nie „niech będzie” tylko tak po prostu jest. Ten, kto interpretuje anielskie blaski w sensie romantycznym ten jest po prostu w błędzie – i albo nie widział „Lord of the Rings” albo widział tak dawno, że już nie pamięta.

          • I dziwnym trafem nasza Tauriel świeci się w jednej, jedynej scenie, jednemu jedynemu krasnoludowi? Możesz nazwać mnie paranoiczką, ale mnie to dość jednoznacznie zalatuje. I już naprawdę na marginesie, skoro to takie niewinne świecenie, to czemu Jackson nie wrzucił go jeszcze gdzie indziej? Nie dziw się więc proszę, że większości się to kojarzy tak a nie inaczej.

            • Nie prawda. Był Krasnolud i był Frodo – oboje byli zranieni ostrzem przyprawionym mrokami Mordoru i oboje byli leczeni przez jaśniejącą Elfkę :)

              • Tfu, skrót myślowy z mojej strony. W „Hobbicie 2” była ta jedna scena. Zresztą, skąd nie wiemy, że Frodo nie kochał się w Arwen? (tylko żartuję :)

                • Nipah

                  Ja ten poblask odebrałam prawie jako autoparodię LOTRa właśnie. W kinie w momencie leczenia bliskie mnie rzędy usłyszały dość głośne „Serio?”Ok, rozumiem, Kili był zamroczony, ale pokazanie miłości Kiliego do elfki prosto z mostu (choć, nie ujmując autorce, uważam że Tauriel także się w nim zauroczyła) było ciosem. Każdy ma prawo postrzegać ich relacje po swojemu, ale nie wiem, czy w kinie nadużywa się mdłych scen miłosnych i takie stosunki postrzegam już jednym schematem „prawdziwej miłości”, czy też niestety moja niechęć do samej postaci elfki to powoduje.Sam krasnolud krasnoludem do końca też nie jest, piękny wymuskany chłoptaś bardzo różnił się od mojego wyobrażenia, ale na to akurat moja babska natura nie pozwala mi aż tak dużo narzekać. :)

                • :D

                • Beryl Autumnramble

                  Oraz w Galadrieli, bo ona też do niego przychodzi blasku pełna.

  • Mi osobiście ten wątek średnio przypadł do gustu. Co prawda twoje rozmyślania są interesujące i pokazały mi sprawę z innej perspektywy (którą będę musiała jeszcze przemyśleć) jednakoż dla mnie cały ten wątek mógł w ogóle się nie pojawiać. Powiem nawet, że dla mnie postać Elfki mogłaby się nie pojawiać (ale to pewnie wynika z mojej niechęci do postaci kobiecych).
    Zgadzam się jednak, że to co zostało nam pokazane, nie było od razu czym wiążącym a jedynie niewinnym flirtem i zauroczeniem.

  • zpopk

    Ja się bałam trójkąta miłosnego który mi tak zapowiadano. I nadal nie wiem gdzie on jest. No jako żywo Legolas nie wydaje się szczególnie elfką zainteresowany (raczej dość zniechęcony samym pomysłem rozmawiania z krasnoludami o czymkolwiek), a przynajmniej nie romantycznie. mam wrażenie że ona nim zainteresowana zaś jest wyłącznie z braku innych kandydatów. I nie dziwię się, że uczucia jej uległy zmianie jak w polu widzenia pojawił się taki piękny krasnolud. A tak serio, romansu w tym wszystkim co kot napłakał.

  • Paweł Zarzycki

    Heh, cały wątek Tauriel-Legolas-Kili to jeden z wielu manewrów unikowych Jacksona pod tytułem „O żesz w mordę, Hobbit ma tylko 300 stron!? To jak ja mam zrobić z tego trzy części po 3h każda?”. Kompletnie bez znaczenia dla fabuły (ewentualnie jako rzeczone deus ex machina), pasujący do filmu jak pięść do nosa i zrobiony wyłącznie po to, żeby ów film za wcześnie się nie skończył. Acha, Tauriel jest ładna, a smok genialny. I to by było na tyle… ;)

  • Popieram ten wpis wszystkimi kończynami!
    A od siebie dodam jeszcze, że dla mnie relacja Tauriel i Kiliego może i ma aspekty wątku „romantycznego” (w odróżnieniu do „miłosnego”) ale przede wszystkim pokazuje młodych(!) przedstawicieli dwóch skłóconych ras, którzy dzięki ciekawości drugiej osoby i otwartości na świat nawiązują bardzo istotną nić porozumienia. A to, czy owo porozumienie jest bardziej emocjonalne, czy bardziej duchowe, jest dla mnie zupełnie drugorzędną kwestią.

  • Kona

    Mi się trochę wydaje że Tauriel podoba się Legolas – lub na odwrót. Szczerze nie mam też do niej sympatii i wątpię że coś ” czuje ” do Kiliego. Nie podobał mi się wątek miłosny jak to nazywamy ale nie każdemu musi on się podobać. Ale nie wiem czy jest sens o tym pisać skoro Kili zginie w wojnie pięciu armii -,-

  • Pingback: Karnawał Blogowy #2 - Bobrownia()