2 września był datą, której z niecierpliwością wyczekiwałam od dobrych kilku miesięcy. Niekoniecznie dlatego, że była terminem premiery pierwszej starwarsowej książki w nowym kanonie, ale ponieważ owa pierwsza książka to akurat prequel do nadchodzącego serialu Star Wars Rebels. Czy więc jestem zadowolona? Jestem. Bo to dalej te same kochane Gwiezdne wojny.

A New Dawn: Star Wars to dość ciekawy przypadek. Jako powieść otwierająca nowy, oficjalny i odgórnie nadzorowany kanon, wpada bowiem w zupełnie nielogiczną, ale podskórnie odczuwalną pułapkę założoną na to, co ma być nowe, a więc co musi być jednocześnie rewolucyjne i całkowicie świeże – a przy tym wciąż rozpoznawalne jako część ukochanej serii. Jeśli będzie czymkolwiek innym, zostanie odrzucone, zapewne oblepione łatką „dla dzieci” i generalnie porzucone odmętom niepamięci. W końcu udobruchanie fanów, którym zły Disney wyrzucił kanon do kosza to niemała sprawa, wymagająca od włodarzy wyjątkowego wysiłku – jakby nie było, to oni muszą się postarać. Piszę to z lekką nutą sarkazmu, ponieważ cała ta sytuacja z wymianą kanonu i gniewem czytelników dosyć mnie bawiła. Trzymam się zdania, że tak naprawdę przecież nic się nie stało – poza tym, że będziemy mieli dwa razy więcej kontynuacji przygód naszych ulubionych bohaterów niż mieliśmy. Postawiony między tym emocjonalnym młotem a kowadłem A New Dawn Johna Jacksona Millera wcale nie musiał spełniać żadnych oczekiwań poza byciem dobrym i wartym swoich pieniędzy wkładem w universum Gwiezdnych wojen. I moim zdaniem wywiązuje się z tego zadania przykładnie, gdzieniegdzie nawet wprowadzając niespodzianki, których w oczekiwaniu na powieść zupełnie sobie nie wyobrażałam.

To powiedziawszy, muszę jednak uczciwie dodać, że spodziewałam się chyba odrobinę innego tekstu. Podstawowe założenia są tu jak najbardziej spełnione – dowiadujemy się, w jaki sposób Kanan i Hera poznają się i zaczynają współpracować – ale z pewnym zdziwieniem odkryłam, że A New Dawn o Kananie i Herze opowiada tylko w części. W ostatecznym rozrachunku wypada mu to na korzyść, bo fabuła jest dzięki temu znacznie bogatsza i bardziej pełna, ale patrząc pod kątem Star Wars Rebels nie mogłam ukryć lekkiego rozczarowania. Zdecydowanie chciałam spędzić z tą dwójką więcej czasu i mam (dość płonne, niestety) nadzieje, że jeszcze kiedyś spotkam ich na kartach powieści. Co już w tym momencie powinno być sygnałem, że para wypada w książce świetnie, więc i w serialu można oczekiwać samych dobroci.

Tymczasem jeśli o fabule A New Dawn wiedzieliście tyle, co przed przeczytaniem ja, to „historia poznania się dwójki głównych bohaterów Star Wars Rebels” może Wam nie wystarczyć, szczególnie, jeśli serial niespecjalnie Was interesuje. Jako rozrywkowa powieść akcji, w której Mocy jest tylko gram, a cała reszta to wybuchy, pościgi i nie mające statystycznych szans powodzenia plany, rzecz dzieje się w 10 lat po zakończeniu Wojen Klonów i opowiada, cóż, o początkach Rebelii. Prowadzący nomadyczne, bezstresowe życie Kanan Jarrus – były padawan zamordowanej Jedi – pracuje dla kopalni na Gorse, na której księżycu wydobywa się rudę kluczową do budowy imperialnych gwiezdnych niszczycieli. Gdy na Gorse zjawia się hrabia Vidian, chorobliwie ambitny pół-cyborg wyznaczony przez Imperatora do zoptymalizowania procesu wydobycia, Kanan zaczyna rozważać przyspieszoną ewakuację z planety. Jednak gdy jego ścieżka krzyżuje się z Herą Syndullą, młodą Twi’lekanką o dość radykalnych, jak na świat pod butem Imperium, poglądach, bohater pakuje się w sam środek kłopotów, których wcale sobie nie życzył. Wiedziony dawno odrzuconym poczuciem powinności – oraz w niemałym stopniu zauroczeniem upartą pilotką – zasadniczo pomaga zapobiec globalnej katastrofie. Brzmi całkiem prosto, ale jeśli szukacie brawurowych przygód w towarzystwie sympatycznych bohaterów, a w tym odrobinę komentarza na temat Imperium i galaktyki po wojnie, A New Dawn powinien być dla Was wartościową lekturą. Słowo daję, wciągnęłam się bardziej niż przypuszczałam.

Największa w tym zaleta oczywiście bohaterów. Co prawda fabuła opowiada o Kananie znacznie bardziej niż opowiada o Herze, co nie do końca tak sobie wyobrażałam, ale z drugiej strony musiałabym się naprawdę postarać, żeby Kanana nie polubić. Jest trochę jak skrzyżowanie Hana Solo z młodszym Obi-Wanem Kenobim: żyjącym z dnia na dzień wiecznym chłopcem, który troski topi w alkoholu i kobiecym towarzystwie, ale o dobrym sercu, które tu i tam zdradza drobnymi uczynkami i nikomu się do nich nie przyznaje. Gdy Palpatine wydał rozkaz 66, nie był jeszcze pełnoprawnym Jedi, ale po śmierci swojej mistrzyni uznał, że bardziej interesuje go przetrwanie niż sprawiedliwość w galaktyce. Na początku powieści pozuje na więc na anty-bohatera, którego nie interesują żadne krzywdy poza czubkiem własnego nosa, ale w toku spadających mu na głowy kłopotów odnajduje drobinkę swojego dawnego siebie. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest jedno: jak bardzo nie rozpoznawalibyśmy w Kananie dziesiątek innych anty-bohaterów z wewnętrznymi rozterkami, to i tak jest on żywy, charyzmatyczny i zabawny. W tego typu historii naprawdę nie potrzeba więcej niż dobrze się czuć w towarzystwie protagonisty, a wierzcie, tego John Jackson Miller dostarcza bez cienia wątpliwości.

Z drugiej strony mamy jednak problem w postaci Hery, której w porównaniu z Kananem wydaje się postacią niemal drugoplanową, za co autor dostaje ode mnie sporego minusa. Jeśli tak mały nacisk na background i motywacje bohaterki to wynik specjalnego trzymania jej historii do rozwinięcia w serialu, to zapewne zrozumiem, ale jeśli nie – będę zawiedziona jeszcze bardziej. Tym, w dodatku, bardziej, że Hera została moją ulubienicą jeszcze zanim przeczytałam jej cięte odzywki i dowiedziałam się, jak pięknie potrafi pociągać Kanana za sznurki. To zdecydowanie postać warta więcej uwagi i niech mnie dunder świśnie, jeśli nie będę pieklić się o jej zbyt mały czas ekranowy w serialu.

hera-star-wars-rebelsAle co ciekawe – co właśnie pozytywnie mnie tutaj zaskoczyło – A New Dawn to historia również czterech innych postaci, które nadają fabule i opisywanej przez nią sytuacji dodatkowego wymiaru. Mamy tu na przykład okaleczonego weterana Wojen Klonów, którego wszyscy mają go za etatowego wariata. Mieszka w lokalu dla rezydentów trzeciej kategorii – dla „zapomnianych” – i jest gorzkim, a zarazem trafnym głosem w sprawie mrocznej i brudnej historii zakończenia wojny. Poznajemy też sullustankę Zalunę, agentkę od trzydziestu lat pracującą w biurze planetarnego nadzoru, ale tylko od dziesięciu odczuwającą coraz większe zmęczenie swoją pracą. Głosy obu postaci świetnie łączą dwie starwarsowe epoki – schyłku Starej Republiki oraz początków Imperium – i w żadnym do końca nie widać pełnej wiary opowiadającej się za którąkolwiek ze stron. Pasuje mi takie szare podejście, pasuje mi też tym bardziej, że i wśród imperialnych znalazła się bohaterka, pani tymczasowa kapitan, której nie sposób nie kibicować w jej wspinaniu się po szczeblach kariery. Główny Zły oczywiście też dostał cały szereg backstory – a przede wszystkim gigantyczne kuku na muniu – przez co powieść nie tylko rozlatywała się pod koniec, ale pozwoliła spojrzeć na sprawy pod wieloma kątami. Mam dosyć słabe doświadczenie z nowymi gwiezdnowojennymi książkami, ale chyba mogę powiedzieć, że tej pisze się to bardzo na plus, bo jeśli coś w gwiezdnowojennych książkach uwielbiam, to tak samo przygodę, jak i odrobinę sensu.

Przy czym nie należy się oszukiwać – A New Dawn to przede wszystkim w pełni rozrywkowa powieść akcji, w której bohaterowie są zawsze sprytniejsi od szturmowców, myśliwce TIE padają jak muchy, a eksplozje rozświetlają niebo niczym pokaz sztucznych ogni. Millerowi zajmuje trochę czasu dotarcie do mięska, ale gdy Kanan i Hera w końcu się spotykają, wydarzenia niemal od razu nabierają niezłego tempa. A w końcu czego więcej chcieć? Nie ma tu Hana, Lei czy Luke’a, ale właśnie o to chodzi, by wtłoczyć do starego świata trochę nowej krwi. Wszystko inne – a na pewno klimat – pozostaje na swoich miejscach tak bardzo, że bez cienia wątpliwości mogę polecić A New Dawn wszystkim miłośnikom gwiezdnowojennej literatury. Zdarzyło mi się ostatnio trafić na jej bardzo kiepski egzemplarz – ten nie jest jednym z nich.

Zakończę jednak na problemie, który dręczył mnie przez prawie całą lekturę – ale który równie dobrze może poświadczyć książce na plus. Łapałam się bowiem na tym, że nie bardzo wiedziałam, do kogo skierowany ten tekst. Star Wars Rebels na reklamach prezentuje się mniej-więcej jako krzyżówka Star Wars: The Clone Wars z animacją dla dzieci – ponoć ma zacząć jako produkcja dla młodszych, ale stopniowo przenosić się w dojrzalsze clonerwarsowe terytoria. Tymczasem A New Dawn, jako wprowadzenie do serialu, nie wydaje się zupełnie przejmować żadnym ograniczeniem wiekowym. Są tam nie tylko echa masowych morderstw – o zwyczajowych potyczkach nie wspominając – ale i krew, przemoc, szaleństwo oraz zalążki romansu. Nie do końca wyobrażam sobie, by młodsza widownia sięgała po powieść w oczekiwaniu na serial, ciężko też pogodzić jej „standardowy” wiekowo ton z docelowym targetem serialu. Trochę brakuje mi tu kompatybilności – choć może na tym to właśnie miało polegać. Ostatecznie, przez porównanie z trailerami Rebeliantów książka zyskuje, więc hej, dodatkowy plus. Sporo ich już ma, więc czytajcie.