To nie będzie tekst, to będzie jeden wielki pisk, wrzask i radosne przebieranie nóżkami oraz bezskuteczna próba powstrzymania tegoż. Wiedziałam, że na nową wersję Sailor Moon czekałam z wielką niecierpliwością, ale nie miałam pojęcia, że będę aż kipieć z radości. Miało być nostalgicznie, miało być zgodnie z manga, miało być nowocześniej – i dokładnie tak jest. Ba, nawet lepiej!

30 minut po obejrzeniu „Act 1: Usagi – Sailor Moon” wciąż czułam efekt, jaki zostawiły po sobie przechodzące mnie ciarki. Ciarki! Mnie! Podczas oglądania anime! Mało tego, wcale nie dusiłam wydobywających mi się z gardła pisków, bo nawet bym ich nie utrzymała. Energia, radość, zaciekawienie – powród do przeszłości! – rozpierały mnie tak silnie, że przed rozpoczęciem pisania musiałam zrobić sobie przerwę na ochłonięcie. Serio. 20 minut 1-go odcinka Sailor Moon Crystal zafundowały mi taką jazdę, że nagle ubyło mi co najmniej 15 lat z karku. Prawdziwy eliksir młodości!

Bez owijania w bawełnę: jest super. Jest ekstra. Jest po prostu w każdym calu wspaniale, a nawet, jesli nie jest, to kompletnie mi to obojętne, bo już jestem zbyt zakochana. Prawdę mówili ci wszyscy twórcy, producenci i komentatorzy, że nowa seria ma uderzyć prosto w nostalgiczne odczucia starszych fanek, przywracając im wszystkie cudowne wspomnienia związane z tym fenomenem. Prawdę mówili, zapowiadając wierne odworozowanie mangi, bo każdy kadr jest tu niemal kropka w kropkę przeciągnięty z kart oryginału. Prawdę mówili, podkreślając odświeżenie serialu do standardów nowego wieku, bo wyglądem nowa Czarodziejka praktycznie zachwyca. Chóralna muzyka brzmiąca w tle tranformacji, ataku diademem i klasycznej, rozpoznawalnej na kilometr pozy podkręca napięcie niemal w fizycznie odczuwalny sposób (wspomniane ciarki). Nawet japońskie kwestie brzmią tak samo! Dla osoby, która oglądała poprzednie serie, nic nie jest tu inne, ale jednocześnie wszystko jest nowe, świeże i błyszczące. Nie wiem, jak odbierają to ci, dla których jest to pierwsze spotkanie z wojowniczkami w marynarskich mundurkach, ale dla nas – dla mnie – to było prawdziwe cofnięcie się w czasy beztroskiej przeszłość. Przez moment nawet ponownie uwierzyłam w istnienie wielkiej, ponadczasowej miłości (!).

Nie ma sensu mówić zatem o fabule, bo nie o poznawanie fabuły tutaj chodzi – prędzej o nie możenie doczekania się zobaczenia wszystkich starych twarzy już-teraz-zaraz. Nie przypuszczam też, że fabuła w jakikolwiek sposób odbiegnie od mangi, nie spodziewałabym się zatem żadnych niespodzianek. I dobrze! Warto jednak wspomnieć o trzech rzeczach, które całe 26 odcinków umilą pewnie w sposób nieoceniony. Najlepsze zostawię na koniec, więc zacznę od – dynamiki!

Pamiętacie, jak narzekałam, że anime potrafi być statyczne, nudne, ciągnące się i przez to mało wizualnie angażujące? Nie w przypadku Sailor Moon Crystal! 20 minut 1-go odcinka upłynęło mi błyskawicznie – aż zbyt błyskawicznie. Nie wiem, czy to efekt znajomości fabuły, tudzież ekstytacji tym, co nastąpi zaraz, ale nie zaliczyłam ani jednego, choćby przelotnego momentu znużenia. Ani śladu dłużyzn, „przesuwania” scenerii, ciągnących się dialogów. Wręcz przeciwnie, aż nie mogłam uwierzyć, że każda sekunda tego odcinka jest wykorzystana na maksa, zajmując dokładnie tyle czasu, ile wymaga do ogarnięcia sceny. Jeśli tak wyglądają nowoczesne anime, nie tylko nowa Czarodziejka, to chyba czas, żebym zrewidowała swoje poglądy.

Prawdziwym game-changerem jest jednak sprawienie, że polubiłam Usagi! Ok, może nie do końca polubienie, ale za to zrobienienie z niej sympatycznej, całkiem normalnej i przede wszystkim nie wrzeszczącej, irytującej i męczącej bachorki. Do dziś nie jestem w stanie przejść obojętnie wobec faktu, że Naoko Takeuchi nie zrobiła głównej bohaterki z mojej ulubienicy Sailor V, ale jeśli chociaż w tym serialu mam dostać akceptowalną zamienniczkę, to kimże jestem, by prostestować. Słowo daję, znikła ta wrzeszcząca, wkurzająca beksa, a zastąpiła ją stosunkowo sensowna nastolatka, która może i popłacze sobie i ponarzeka, ale o jakieś 90 procent mniej niż kiedyś. Nie wierzę, że to mówię, ale z tą Usagi – jeśli taka pozostanie do końca – naprawdę będę nie tylko mogła, ale i chciala wytrzymać. Nawet jej interakcja z Tuxedo Mask wolna jest od głupiutkich serduszkowych oczu i śliniących się warg, zastąpiona tym razem delikatnymi rumieńcami i błyskiem w oczach. Zaraz się wzruszę z niedowierzania…!

Ta poprawa w ogóle by jednak nie zaistniała, gdyby nie jedna, ale znamienna decyzja rzutująca na całą przyszłość i kształt tego serialu: rezygnacja z humorystycznych deformacji ciała i twarzy. Żadnych chibi-wersji, żadnych karykaturalnych min, żadnych psujących nastrój wstawek, które w poprzednim serialu doprowadzały mnie do szewskiej pasji. I jakież to jest piękne, jakże swodobnie i płynnie ogląda się wtedy te minuty! Bardzo, naprawdę bardzo podoba mi się pomysł opowiedzenia tej historii w dojrzalszy, poważniejszy sposób – faktycznie kierowany do dawnych, dorosłych już miłośniczek – bo jeśli coś miałoby mi zepsuć przyjemność oglądania, to właśnie niepasujący, przeszkadzający chibi-humor. Chciałabym móc nie musieć oglądać go nigdy więcej.

Nie ma co się więcej rozwodzić – oglądajcie, po prostu oglądajcie i cieszcie się, bo dostaliśmy dokładnie to, co nam obiecywano. 26 odcinków co 2 tygodnie to może i mało, ale jeśli mają to być tak pełne, tak piękne, tak przemawiające do naszej młodości historyjki, to ja już ukochałam je głęboko w sercu. Tyle lat po premierze, a Czarodziejka z Księżyca wciąż ma taką siłą przebicia :) (pun intented!)

  • A mnie tych min brakuje, tu mam wrażenie, że oglądam Pinokia, jeśli chodzi o mimikę.

    • rob

      to jest nas dwoje ;-) mi też stara wersja bunny nie przeszkadzała ale może dla tego że slapstickowe gagi i ten typ humoru obecny w starej wersji zawsze mnie bawił ;-)

      • Nie widziałam odcinka, więc opieram swoją opinię jeno na obejrzanych materiałach (zwiastunie, intrze i przemianie w SM) i zgadzam się, Usa jak z drewna wyciosana lub wręcz nieco opóźniona w rozwoju. Chyba zostanę przy starszej wersji i wspomnieniach z dzieciństwa:)

        • Może będzie lepiej z czasem, ja daję sobie czas na wyrobienie opinii do pojawienia się Makoto Kino.

          • A fakt, doskonale pamiętam, jak początkowo nie podchodziła mi animacja z Avatara, gdzie kreska wyraźnie się kołatała pomiędzy kreską anime a klasyczną amerykańską i niesamowicie mnie raziła, dopiero z czasem animatorzy wyraźnie odnaleźli się w tej estetyce, więc może i tutaj będzie poprawa.

  • minimysz

    Wersja chibi mi nie przeszkadzała, nawet wiecznie becząca Usagi i rozwydrzona Chibiusa po jakimś czasie przestawały irytować, ale nowa odsłona zapowiada się lepiej :)

  • Majka

    Mnie Usagi chyba denerwuje tak samo jak przedtem, zobaczę jaka będzie później. No i oczywiście chyba umrę z niecierpliwości bo ja już chcę moją ulubioną Sailor Venus!

  • Jeszcze nie widziałam, ale też najbardziej lubiłam Minako. Trochę smutno że Sailor V znowu w cieniu :(

    • @disqus_DSXtRqmKOe:disqus, @irisvallis:disqus, pozostaje mie nadzieję, że skoro serial idzie tropem mangi, to rola Minako zostanie bardziej wyeksponowana. W końcu jest dowódczynią sailorek i w mandze było to wyraźnie podkreślane. Poza tym plis, plis, błagam – błagam! – o romans z Kunzite! Błagam!

  • Widziałam i jako że też w sumie mogę tylko piszczeć i machać radośnie rączkami, to nic nie powiem :). Ale jakie ten Jadeite ma duże oczy!

  • Muszę przyznać, że sama nie oglądałam anime, ale pierwszy raz spotykam się z tak entuzjastyczną reakcją. Nie, żebym szukała opinii na temat SM, ale widziałam, że trochę osób narzeka na długie kończyny (oczywiście w mandze też takie są) i złe efekty przy transformacji. Mnie samą jakoś nie ciągnie do tego, chociaż może kiedyś obejrzę… Wolałabym reedycję mangi z poprawionymi grafikami (i tłumaczeniem), ale z wypowiedzi JPFu widać, że nie będą się za nią na razie brali (buuu T.T).

    • Oj tak, mandze by się przydała re-edycja, i to pronto. Dzisiaj strasznie kiepsko się ją czyta, bo wygląda wyjątkowo topornie (wielka, ciężka czcionka), a to tłumaczenie… o rany. Bunny Cukino, Dżedajte i inne potworki ^^

      • Chyba chodziło raczej o wersję remasterowaną mangi, która ukazała się jakiś czas temu w Japonii. Są w niej dodatkowe arty plus format jest większy.

  • Marcin Segit

    Zgadzam się, świetna jest. Choć wolałbym, żeby zostawili w czołówce oryginalną piosenkę. „Moonlight densetsu” nic nie dorówna. :)

  • Kamil

    Nu, to ja do tej beczki miodu trochę dziegciu przyniosę. Za dobrze pamiętam starą serię o dziwo, zeby się nie nudzić, no ale fabuły się nie będę czepiał, jest nie dla mnie. Graficznie projekty postaci też są miłę, za to tła na zewnątrz zupełnie nie zgrywają się z postaciami, do tego obrzydliwe CGI w scenie transformacji, trochę mniej obrzydliwe w openingu. Za to piosenka na otwarcie jest fenomenalna i nie chce mi wyjść z głowy. Stany średnie, trochę szkoda mi czasu…

    Sporo nowych serii jest dużo bardziej dynamiczne, zwłaszcza akcyjne, czasem są ciekawe eksperymenty z pracą kamery, także jest dobrze, a w obecnym sezonie jest kilka naprawdę genialnych tytułów, lata świetlne lepszych od SM ;p