(Nie)śmiertelne kino przygodowe

crimson-pirate-f

Jednym z pierwszych filmów, jakie pamiętam z czasów dzieciństwa, jest nakręcony w 1952 roku Karmazynowy pirat z Burtem Lancasterem. Mając lat jedenaście-dwanaście, razem z bratem i tatą oglądałam go po dziesiątki razy – na starej, kupionej po lewemu kasecie video, jakie zwykli sprzedawać pod krakowską Halą Targową – i za każdym razem była to najlepsza zabawa na świecie (poza bawieniem się w piratów klockami Lego, oczywiście). Choć wszyscy znaliśmy go na pamięć, przy każdym pojedynczym seansie z niesłabnącym entuzjazmem wyczekiwaliśmy ulubionych scen i śmialiśmy się z nich jakby nam miały gęby odpaść. Jeśli w jakikolwiek sposób jestem w stanie wskazać początek mojej miłości do filmów, to było to właśnie wtedy, dzięki Karmazynowemu piratowi. Już nawet nie pamiętam, czy przed Karmazynowym piratem było coś wcześniej. Chyba tylko Troskliwe Misie, choć to zupełnie inna bajka. A, i kucyki Pony. Kucyki Pony też były od zawsze.

Rzecz jasna, nic wtedy o filmach jeszcze nie wiedziałam – miały być wyłącznie fajne, albo nie, podobać mi się, albo nie, bawić mnie, albo nie. Miałam się przy nich rozerwać, podziwiać niesamowite wyczyny bohaterów, całkowicie zagłębić się w przeżywanie ich przygód i kompletnie zapomnieć, że poza ekranem jest jeszcze jakiś tam normalny świat. Karmazynowy pirat – wartka, potraktowana z przymrużeniem oka przygodowa opowieść o szlachetnym korsarzu – wprowadził mnie właśnie w taki świat i całkowicie mnie nim oczarował. Wpłynął na mnie tak bardzo, że do dziś nie wyzbyłam się tej dziecinnej naiwności – w końcu nie kryję się z faktem, że w filmach szukam przede wszystkim rozrywki, dobrej, lekkiej i wcale niekoniecznie głębokiej. I do dziś absolutnie kocham kino przygodowe. Prawdziwe, rasowe kino przygodowe.

I tutaj pojawia się problem, bo co to właściwie jest rasowe kino przygodowe? Na to pytanie zapewne nie znajdzie się jedna odpowiedź, ja za to mogę udzielić swoje własnej, bardzo silnie ukształtowanej przez ten jeden film sprzed ponad sześćdziesięciu lat. Choć przypuszczam, że moja definicja będzie się całkiem zgadzać z tym, co w latach 30-tych i 40-tych było popularne na światowych ekranach, nie założę się o to tylko dlatego, że brak mi stosownej wiedzy i nie chcę ośmieszać. Ale do rzeczy.

W mojej definicji rasowych filmów przygodowych ma w nich przede wszystkim chodzić o poszukiwania skarbów, wyprawy w egzotyczne krainy, odkrywanie starożytnych tajemnic, podejmowanie ryzykownych wyzwań i staromodną walkę ze złem i opresją pod każdą postacią. Ma w tych filmach być odważny i prawy bohater, który nawet jako łotr i wyrzutek zawsze stanie po właściwej stronie, a po drodze nie tylko zaleje widzów fontanną dobrego humoru, ale wzbogaci się o ważne lekcje i doświadczenia. Ma być lekko i energicznie, zabawnie i emocjonująco, szybko i płynnie, czasami nawet zupełnie nieprawdopodobnie i totalnie kreskówkowo. Mają być samoloty bez paliwa, dziurawe balony spadające z nieba, skrzypiące pokłady galeonów, nierozgarnięci stróże prawa, gonitwy po dachach, mordercze głazy, tajemne posążki, pożółkłe mapy, małpki w kamizelkach, ślizgawki na śniegu, pustynne piaski, morskie głębiny, wieszanie się na kandelabrach, pojedynki na broń białą, chowanie się w beczkach – i mogłabym tak jeszcze długo. Mają być alegorie, archetypy i monomity. Musi być żywo, porywająco i energicznie. Inaczej nie ma filmu przygodowego.

Takiej definicji nauczył mnie Karmazynowy pirat. Ponieważ sam był już kręcony u schyłku popularności tego kina (o czym przeczytałam oczywiście długo długo później), już od początku przyjął nieco inne nastawienie – bardziej więc uwypukla cechy charakterystyczne gatunku, niż ślepo nimi podąża. Upodabnia się tym samym do pastiszu, a przez to, że sam śmieje się ze swojej konwencji, jest jeszcze bardziej żwawy, zabawny i szczery. Nie udaje, że jest czymś innym. Właśnie dlatego to moje małe prywatne uosobienie kina przygodowego. Ale choć zdawałoby się, że takie filmy – proste, lekkie i zabawne – nigdy się nie zestarzeją, historia dowodzi, że jest inaczej. Kino przygodowe zostało przyćmione przez inne gatunki, zepchnięte na drugi plan, aż w pewnym momencie nawet ryzykowne dla studiów filmowych. Ponieważ jednak kocham ten gatunek właśnie takim, jakim uczynił go dla mnie Karmazynowy pirat, chciałabym zająć się prześledzeniem tytułów, w których drzemie dokładnie ta sama – zapomniana, ale gdzieś w środku wiecznie żywa – nuta. A potem może nawet wyciągnąć jakieś wnioski i zadać jakieś ważne pytania. W ostateczności będzie to lista filmów przygodowych, które przypominają mi o dzieciństwie. Tak czy inaczej, lista. Czyli wreszcie przechodzę do sedna.

Kolejność poniższych tytułów jest mniej lub bardziej chronologiczna, odzwierciedlająca przede wszystkim koleje mojej styczności z ich poznawaniem. Specjalne ostrzeżenie dla gatunkowych purystów – żeby się nie zdziwili, jakie filmy uważam za mające „karmazynową” nutę, a jakie nie. Pragnę też zaznaczyć, że bez skrępowania wymieniam klasyki obok tytułów o znacznie niższym statusie – i to w zasadzie tyle, „bez skrępowania”. To nie jest wpis filmoznawczy.

Oto zatem moje ukochane kino przygodowe:

indiana jones i swiatynia zagladyIndiana Jones i Świątynia Zagłady (1984)
Świątynia Zagłady to drugi film mojego dzieciństwa. Absolutnie nie przejmowałam się wtedy faktem, że filmów o profesorze Jonesie było trzy, a ten był w zasadzie ostatnim. Nie miałam nawet nic przeciwko uciętemu początkowi, który został zjedzony przez VHS-owych piratów, bo źle film nagrali. Do dziś nie wiem, jak ta kaseta przeżyła takie ilości oglądania. W każdym razie – uwielbiam. Wszystko. Choć dopiero później zorientowałam się, że to najsłabsza część trylogii, do dziś pozostaje moją ulubioną i kropka. Tyle niezapomnianych scen, jakie wryły mi się w mózg nie zapewnił mi żaden inny film, przygodowy czy nie. Genialnie niepoważna konwencja, egzotyczna lokacja i szalone sekwencje akcji – od fruwającego pontonu po pościg w kopalnianych wózkach, nie mówiąc o najbardziej obrzydliwym obiedzie na świecie – stawiają Świątynię Zagłady na moim absolutnym topie. Do tego cudowne i niezapomniane postacie – wygadany Short Round i wrzeszcząca Willie – i jest to dla mnie pełnia filmowego szczęścia. Short Rounda okazjonalnie cytuję do tej pory („you listen to me more, you live longer!”), a Willie to wręcz moje filmowe alter ego (uwielbiająca komfort, panikująca i narzekająca blondynka – that’s me!). Co jakiś czas odświeżam sobie też mandaryńskie „Anything Goes”, i ciało samo rwie mnie do tańca. Przy każdym pojedynczym seansie gęba śmieje mi się sama z siebie, bo nie jest w stanie utrzymać tej napływającej do serducha radochy. Bezkonkurencyjnie najfajniejszy film przygodowy, jaki w życiu widziałam – dokładnie z powodu swojej sztampowej, ale dowcipnie napisanej historii, fantastycznego humoru i charyzmatycznych bohaterów.

indiana jones i ostatnia krucjata-2Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989)
Fakt, że trylogię Indiany Jonesa oglądałam w kolejności kompletnie niechronologicznej uważam za dość zabawny, bo tak się składa, że trzeci film to po drugim moja kolejna ulubiona część. Nie wiem, czy nie był nawet nagrany na tej samej zamęczonej kasecie. Filmowo bez wątpienia lepszy od Świątyni Zagłady – nieco bardziej poważny, nieco bardziej subtelny – ale dla dziecka w moim wieku równie niezapomniany. No bo kto może wyprzeć z pamięci słowne potyczki pomiędzy juniorem a seniorem, ucieczkę na motocyklach czy niechcący wywoływane pożary? Wszystkie filmy o awanturniczym archeologu miały fenomenalnie cięty dialog, ale para Ford-Connery wyciągnęła je na całkowicie nowy poziom. Poza tym nic nie dawało takiej frajdy, jak kopanie tyłka Nazistom, bo przecież skąd miałam wiedzieć, że nie było to ich pierwsze filmowe spotkanie z biczem profesora Jonesa? Kalejdoskopu wrażeń dopełnia kolejna dawka niesamowitych wyczynów – łódek, czołgów, samolotów i sterowców (!). Sterowce też powinny być w każdym filmie przygodowym. Przy czym najbardziej i tak uwielbiam scenę z przybijaniem pieczątek.

poszukiwacze zaginionej arkiPoszukiwacze zaginionej Arki (1981)
Nie ma czegoś takiego, jak pisanie o filmach przygodowych i pominięcie sztandarowego przedstawiciela tego gatunku, filmu, który przywrócił je do chwały i który do dziś nie wydaje się mieć godnego konkurenta. Mogę sobie uwielbiać Świątynię Zagłady i wychwalać Ostatnią krucjatę, ale to właśnie Poszukiwaczy zaginionej Arki cenię z całej trylogii najbardziej. To w tym zestawieniu będzie najlepsza kinematograficzna pozycja, nawet ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Najbardziej zbalansowana – czerpiąca wszystko, co najlepsze z klasyki kina przygodowego, ale nie popadająca w przesadę – najbardziej treściwa, najbardziej odświeżająca, największy triumf nowoczesnego kina przygodowego. Aż można się zastanowić, czemu, skoro opowiada o bohaterze uganiającym się za starożytnym biblijnym artefaktem, który ma uczynić Hitlera niezwyciężonym. Trudno się dziwić, że prawie wszystkie liczące się studia odmówiły wyłożenia na na tak abstrakcyjną produkcję pieniędzy. Ale jednak bezpowrotnie zawładnęła ona wyobraźnią milionów. Moja teoria jest jedna: ludzie kochają to, z czym się wychowywali, a Poszukiwacze zaginionej Arki to przecież hołd ku największym dziełom swojego gatunku, z którymi dorastały całe rzesze ówczesnych miłośników wielkiego ekranu. Tak właśnie ja, wychowana na Karmazynowym piracie i Indianie Jonesie, zakochałam się po kres w kinie przygodowym. No i oczywiście małpka w kamizelce – nie można zapominać o małpce w kamizelce.

powrot do przyszlosci

Powrót do przyszłości (1985)
Jeśli z całej tej listy miałabym wybrać film najbardziej szalony, zwariowany i nieobliczalny, bez wahania wskazałabym Powrót do przyszłości. Bez względu na to, czy patrzę na część pierwszą, drugą, czy trzecią, trylogia Roberta Zemeckisa zaskakuje mnie za każdym razem. Uwielbiam to wariackie tempo, pełną zwrotów akcji komedię pomyłek i fenomenalnie dynamiczny duet Marty’ego i Doktorka. Choć ciężko mówić o poszukiwaniu artefaktów, zwiedzaniu egzotycznych lokacji czy niebezpiecznych potyczkach na śmierć i życie dosłownie, Powroty do przyszłości mają to wszystko zamaskowane pod przykryciem podróży w czasie. I to absolutnie wystarcza – nawet, jeśli gdzieś po drodze trafią się jakieś pędzące pociągi czy pościgi na futurystycznych deskorolkach. Niczego w tym filmach bym nie zmieniła ani nie zamieniła, a tak bronić się mogą tylko klasyki. Pamiętam nawet moment, gdy jako dziecko dziwiłam się, jak można wrócić do przyszłości? I pamiętam – ani nigdy tego nie zapomnę – jaka byłam z siebie dumna, gdy to wreszcie załapałam. Trylogia wprawdzie częściej widnieje pod hasłem science-fiction, ale przygodowy duch po prostu wylewa się z niej strumieniami.

willow-02Willow (1988)
Jedna z moich ukochanych produkcji wszech czasów, którą kocham pełnią swojej filmowej miłości bez względu na wszystkie swoje wady. Prosta historyjka o niziołku, który nagle staje przed rolą swojego życia – obrońcy małej ludzkiej istotki, będącej kluczem do pokonania tyrańskiej królowej – i by tego dokonać musi wznieść się ponad wszelkie trudności (dosłownie i w przenośni), to kwintesencja archetypicznej opowieści o bohaterstwie i poświęceniu. Z daleka pachnie Władcą Pierścieni, ale charakteryzuje się zupełnie odmiennym stylem – pełnym humoru, brawury i szczypty slapstickowej kreskówkowatości. Poza tym Madmartigan to postać, którą bez problemu mogę stawiać obok takich ikon jak Han Solo czy Jack Sparrow, bo typ uroczego łajdaka – w dodatku zagranego z takim jajem – to po prostu jedna wielka siła przyciągania. Willow ma mnóstwo wad, przede wszystkim całkowite podążanie utartymi ścieżkami, ale ten brak oryginalności nadrabia charyzmą. To jeden z moich ulubionych filmów nie tylko przygodowych, nie tylko fantasy (plus chyba jako pierwszy znany mi przykład udowadnia, jak świetne oba te gatunki do siebie pasują), ale filmów w ogóle – bo z prostej, schematycznej opowiastki zrobił pełen werwy obraz, który ogląda się z uśmiechem na twarzy.

mumia

Mumia (1999)
Wiedziałam, że pokocham Mumię jeszcze zanim ją w ogóle obejrzałam. Egipt, lata 20-ste, starożytne miasto i zawadiacki bohater to przecież przepis na sukces, w dodatku z daleka pachnący Indianą Jonesem. Jak się okazało, nie tylko pachniał, ale wręcz atmosferą klasyków Spielberga przesiąkał. Wyszłam z kina absolutnie oczarowana, do tego nawet stopnia, że Mumia to jedno z niewielu kolekcjonerskich wydań DVD, które mam w swoim posiadaniu (w pakiecie razem z częścią drugą i Królem Skorpionem). Absolutnie ten film uwielbiam – może nie tak bardzo jak moje flagowe przykłady, ale niemniej szczerze. To idealna mieszanka wartkiej akcji, żywego humoru i wciągającej fabuły, ubarwiona świetnymi postaciami (ciapowata Evelyn to moje drugie filmowe alter ego) i niezapomnianymi dialogami („you’re on the wrong side of the river!”). Brendan Frasier bez trudu zdał egzamin jako niepoważny oportunista, bo widać, że postać Ricka świetnie mu podpasowała. Późniejsze filmy Stephena Sommersa już mnie tak nie zachwyciły, ale po Mumii widać, że doskonale wiedział, jaki film chce stworzyć – prawdziwy film przygodowy według klasycznych, ale unowocześnionych zasad, którego lekka i prosta konwencja oddaje pokłon swoim wielkim poprzednikom. To na razie jedyna znana mi produkcja, która idealnie odbija klimat ukochanych z dzieciństwa przygód. Pokochałam ją od pierwszego wejrzenia.

kowboj z szanghaju

Kowboj z Szanghaju (2000)
A tego pewnie nikt nie przewidział, czyli film, który w zamierzeniu jest komediowym westernem, ale który stanowi idealny przykład umiejętnego bawienia się ze swoją konwencją – jak pewien tytuł z początku tego wpisu. Niewielu produkcjom udaje się taka sztuka. Co prawda amerykańskie filmy z Jackiem Chanem w większości nie są niestety tak udane jak jego produkcje azjatyckie, Kowboja z Szangaju zaliczam do największych hitów w jego dorobku. Od samego początku zabiera nas na szaloną wyprawę po Dzikim Zachodzie, ułagodzoną, naturalnie, i podkolorowaną, ale pod wodzą dwóch charyzmatycznych bohaterów bez wątpienia wciągającą. Chan i Wilson mają w tym filmie autentyczną chemię, a niewymuszony humor, lekki scenariusz i jak zwykle porywające akrobacje kung-fu czynią z tej produkcji prawdziwą frajdę do oglądania. W dodatku kilka ukrytych smaczków i parę ukłonów w kierunku klasyków – zarówno westernowych, jak i „chanowskich” – i po prostu nie ma pytań. Przy tego typu filmach absolutnie nie chodzi o to, by wznosić się na wyżyny kinematografii, ale by stworzyć 110 minut prawdziwego oderwania się od rzeczywistości. Pure pleasure w najczystszej formie.

skarb narodowSkarb narodów (2004)
Czymś dokładnie takim samym jest dla mnie Skarb narodów. Ten film jest dla mnie wyjątkowy z kilku względów, ale przede wszystkim dlatego, że dzięki niemu przestał mi przeszkadzać Nicolas Cage. Kręciłam nosem na myśl obejrzenia jakiejkolwiek nowości z Nicolasem Cagem, ale głos ludu (czyli jednogłośność towarzystwa) zdecydował za mnie, i bardzo dobrze. Skarb narodów nie porwał mnie od samego początku – najpierw musiałam zaakceptować fakt, że  scenariusz będzie przewidywał cały szereg głupot i nielogizmów. Gdy jednak już się z nim pogodziłam, dalej było tylko lepiej. Nowoczesny setting nie pozwala wprawdzie na wieszanie się na kandelabrach i ryzykowne pojedynki na broń białą, ale bez wątpienia ma dwie najbardziej przygodowe rzeczy na świecie: mapę i poszukiwanie skarbu. Luźna atmosfera towarzyszy Skarbowi narodów od samego początku do samego końca, a tradycyjnie przeplatające ją wątki odpowiedzialności i dojrzewania bohatera dopełniają mojego obrazu zrównoważonego filmu przygodowego. Zaliczam go do rodzaju „głupi, ale fajny”, bo nie ma co owijać w bawełnę – jest fabularnie niedorzeczny – ale tyle radochy, ile mi dostarczył, to moje i nie oddam.

piraci z karaibow klatwa czarnej perlyPiraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (2003)
A tutaj moja przygodowa historia zatoczyła praktycznie pełne koło. Oto bowiem pojawił się film, który wręcz krzyczał „Karmazynowy pirat„. Doskonale nawet pamiętam pierwszą myśl, jaka pojawiła mi się w głowie na wieść o wkroczeniu tego tytułu na ekrany: nareszcie, po tylu latach, prawdziwy film o piratach w kinie! Moje nadzieje spełniły się trzykrotnie, a już zwłaszcza gdy się okazało, że ducha hitu z Burtem Lancasterem można było w Piratach niemal dotknąć. W scenie, w której bohaterowie przedostają się na statek sunąc po dnie schowani pod skradzioną łódką miałam łzy w oczach – każdy, kto widział Karmazynowego pirata powinien bez problemu rozpoznać nawiązanie. Zupełnie mnie nie zdziwiło, a wręcz ogromnie ucieszyło, gdy twórcy otwarcie wskazali Karmazynowego pirata jako swoją inspirację. Zalet Piratów z Karaibów nie trzeba chyba nikomu przedstawiać: wartka akcja, tajemnicza fabuła, niezapomniani bohaterowie, Jack Sparrow, no i małpka w ubranku (nie można zapominać o małpce w ubranku). A do tego oczywiście soundtrack, który wgrywa się bezpośrednio w mózg, bo za każdym pojedynczym przesłuchaniem jest tak samo dobry jak za pierwszym razem. Jeśli więc Mumia jest dla mnie nowoczesną wersją Indiany Jonesa, Piraci z Karaibów są moim nowym karmazynowym piratem. Cudowna zabawa – z klasą, werwą i typowo przygodowym humorem.

ksiaze-persji-piaski-czasu-plakatKsiążę Persji: Piaski Czasu (2010)
Kolejny przykład przygodowego fantasy, a zarazem filmu, który ani na moment nie udaje, że jest czymś innym. Na wieść o powstaniu adaptacji kultowej gry ucieszyłam się ogromnie, nie tylko dlatego, że to adaptacja kultowej gry – w dodatku z Jake’em Gyllenhaalem w roli głównej – ale dlatego, że pustynny klimat starożytnego wschodu to moja druga ulubiona rzecz na świecie (po klimacie wodnym jakimkolwiek). Książę Persji zachwycił mnie błyskawicznie, bo po pierwsze jako nowoczesna wysokobudżetowa produkcja jest doskonale zrealizowany, po drugie ma naprawdę poukładany scenariusz, po trzecie charyzmatyczna para przekomarzających się bohaterów bez wysiłku ciągnie go do przodu, a po czwarte sposób, w jaki został oddany duch gry Ubisoftu podwyższa mi poziom szczęścia we krwi (co mogę powiedzieć z czystym sercem, jako że grę w końcu znam już osobiście). Książę Persji to tytuł, który nie stara się niczego udowadniać na siłę, bo po prostu nie musi. Jest porywający, kolorowy i zabawny, i dostarcza dokładnie to, czego można od niego oczekiwać: pełną akcji, wzruszeń i humoru przygodę w atrakcyjnej, egzotycznej otoczce. A na koniec warto dodać, że książę jest tu nie jeden, a wręcz jest ich trzech, i długo nie mogłam zdecydować się, którego lubię bardziej.

przygody tintinaPrzygody Tintina (2011)
Pełnometrażową wersję przygód Tintina zobaczyłam w kinie okropnie późno, więc ominął mnie medialny szum wokół niego – jeśli taki w ogóle był, co w zasadzie nieco mnie dziwi. Nigdzie w polskim Internecie nie widziałam nic na jego temat, ale to może nawet lepiej – dzięki temu mogłam obejrzeć to animowane cudeńko bez kompletnie żadnych uprzedzeń. Postać Tintina nie była mi przed filmem obca, tyle że zamiast czytania komiksów oglądałam serial animowany… po włosku (i wbrew pozorom oglądanie seriali animowanych po włosku, czyli języku, którego do dzisiaj nie znam, zdarzało mi się w czasach młodości całkiem nierzadko). Tak czy inaczej, Przygody Tintina po prostu porwały mnie z kinowego fotela. Oglądałam i gęba znów sama mi się śmiała, bo czułam się jakbym miała przed oczami młodą wersję Indiany Jonesa z czasów swojej świetności. Pościgi, potyczki, podróże – ile tam i w jakim tempie się nie działo! Całkowicie abstrahując od wspaniałej technicznie animacji, ten film zachwyca swoim życiem i energią. Wydarzeń, pomysłów i zwrotów akcji jest tam tyle, że w pewnym momencie kompletnie pogubiłam się, kto, co i dlaczego, ale co z tego – uciechę miałam do samego końca. Szczerze mówiąc, miałam obawy, czy Spielbergowi uda się powrót do gatunku, w którym triumfował 30 lat temu, ale teraz chciałabym rzec „Steven Spielberg kontratakuje”. Brawa, że scenariuszowi udaje się dotrzymać tej pędzącej przygodzie tempa.

john carter plakatJohn Carter (2012)
No i wiadomo (bo już o tym pisałam) – John Carter, czyli film niesłusznie oskarżany o wszystko, co najgorsze, łącznie z przymusową rezygnacją ówczesnego kierownika Disneya. Niesłusznie dlatego, że dużo przy nim poszło nie tak – np. przesunięcie daty premiery, późne recenzje, słaba kampania marketingowa – czemu produkcja o amerykańskim dezerterze walczącym o pokój na Marsie nie wydaje się wcale winna. To kino w dosyć staromodnym stylu, ale w stylu tak czy inaczej – z przepięknie wykreowanym światem, prawie nie dającą odpoczynku akcją i kreacjami, które momentami parodiują same siebie. Nawet muzyka kłania się klasykom pokroju Johna Williamsa i jego przygodowych kompozycji. John Carter jest przede wszystkim ogromnie dynamiczny i ani na moment nie pozwala zapomnieć, że oglądamy wielką i niesamowitą przygodę na pustynnej planecie – z latającym statkami, brawurowymi ucieczkami i szalonym fruwaniem po lokacjach. Jak dla mnie – eksplozja przygody w świetnym wydaniu, która może i jest płytka, ale jakże wciągająca. Zupełnie nie spodziewałam się, że film fantastyczny, który pojawił się zupełnie nagle i zupełnie bez ostrzeżenia (widać, jaka kampania reklamowa) sprawi mi tyle frajdy, o której czasem w kinie można po prostu zapomnieć.

I przykładów – jak na razie – tyle. 12 filmów, które za każdym razem uszczęśliwiają przygodową cząstkę mojego filmowego „ja”, do których mogę wracać i które za każdym takim powrotem urzekają mnie zupełnie na nowo. Niektórych z Was pewnie zdziwi nieobecność tytułów takich jak Gwiezdne wojny, Goonies, Miłość, szmaragd i krokodyl, Hook, niektóre animacje Disneya – jak i całe mnóstwo filmów, które mają pełne prawo nazwać się chociaż po części przygodowymi, jak np. Park Jurajski, Avatar, Hidalgo, Czerwona Sonja, etc. – ale oznacza to mniej-więcej tyle, że lubię je za coś zupełnie innego, bądź też klasyfikuję je pod zupełnie innymi etykietkami. „Mój” rasowy film przygodowy musi posiadać tę wyjątkową mieszankę humoru, charyzmy i chemii, która przenosi mnie w kolorowy świat porywających niebezpieczeństw, czarujących awanturników i zuchwałych wyczynów. Na takich przygodach się wychowałam, a tak jak pisałam – kochamy to, z czym się wychowaliśmy.

Na koniec obiecany wniosek (albo chociaż coś, co wniosek może przypominać). Od momentu swojego zaistnienia, kino przebyło bardzo długą i bardzo daleką drogę. Proste historyjki, od których zaczęło, nie bawią już tak jak teraz. Od lat zastępują je coraz bardziej wyszukane formy i coraz bardziej odważne tematy. Czasy prostego, nieskomplikowanego kina przygodowego przeminęły, bo gusta tak twórców, jak i widzów sięgały coraz wyżej, przybierając coraz bardziej wyrafinowanych kształtów. To droga ewolucji – i bardzo dobrze. W końcu sama bardzo cenię takie ambitne kino – które zadaje pytania, przedstawia problemy, snuje wizje i zmusza do myślenia. Jeśli to ambitne kino zawarte w filmie rozrywkowym, to jeszcze lepiej – a jeśli to ambitne kino science-fiction, to jestem wręcz wniebowzięta. Ale raz na jakiś czas, bardziej niż zazwyczaj, nachodzi mnie tęsknota za dawnymi czasami, które pamiętam z okresu dzieciństwa, i filmami, które mi wtedy towarzyszyły. Wychodzi ze mnie wtedy ta naiwna dusza, która do chyba do ostatniego tchu będzie bronić produkcji pozbawionych ambicji większych niż zapewnienie widzowi pełnoprawnej rozrywki. Bo to jest dokładnie tak jak z grami RPG – że się posłużę hermetyczną analogią: można sobie grać w moralnie wielowarstwowy Świat Mroku, zgłębiać transhumanistyczne cyberpunki i ciągle szukać nowych form odgrywania i prowadzenia narracji, ale przyjdzie taki moment, że będzie się wręcz błagać o banalną i bezmyślną młóckę w tytułowych lochach z Dungeons & Dragons. Bo mózg potrzebuje czasami resetu.

Dlatego uważam, że kino przygodowe nigdy tak ostatecznie nie umrze. Będzie trzymało się na uboczu, w cieniu swoich ambitnych odpowiedników, i tylko raz na jakiś czas prezentowało nowe perełki, ale póki są osoby, które je kochają, póty nie zniknie na niego zapotrzebowanie. Ewolucja z pewnością go nie ominie, ale zawsze, gdzieś u źródła, będzie w nich żył duch prawdziwej przygody.

Kończę więc ten długi wpis na jedną nutę jednym ostatnim stwierdzeniem: czasami naprawdę nie potrzebuję doszukiwać się drugiego dna tam, gdzie go nie ma – czasami po prostu cieszę się z tego, że oglądam fajną historię, przy której mogę się śmiać, wzruszać i zwyczajnie bawić. That’s all, folks :)

  • harpijka

    Trafiłam tu przez Zwierza – i od razu na ‚Karmazynowego Pirata’! Dziękuję za przypomnienie o pierwszym w moich dziejach prawdziwym ataku szaleństwa na punkcie filmu – uwielbiałam go, napisałam recenzję do jednoosobowo redagowanej gazetki domowej, rozwodziłam się w pamiętniku i zmuszałam wszystkich do oglądania ze mną. Z tego, co piszesz, wynika, że jest na tyle pastiszowy, że i dorosłą Harpię zachwyci – wrócę do niego czym prędzej.

    Intrygująco brzmią też opisy paru filmów, których nie widziałam (John Carter, Książę Persji…) – osoba, która kocha ‚Karmazynowego pirata’, nie może się mylić, muszę więc szybko zaradzić brakom w mojej przygodowej edukacji.

    Ale fajnie odkryć kogoś, kto lekkie pióro ma i kocha to co ja (rym niechący, ale niech zostanie, bo mi tak radośnie się zrobiło na widok scenki z Pirata) :)

    • Ach, wreszcie osoba, która w pełni rozumie tę miłość ^^ „Karmazynowy pirat” to naprawdę wyjątkowy film. Żałuję, że już nie pamiętam szczegółów z tego wspólnego rodzinnego oglądania, ale już postanowiłam, że mojemu własnemu przyszłemu pokoleniu (może, kiedyś) pokażę go nawet przed „Gwiezdnymi wojnami” – and that means something ^^

      Zdecydowanie polecam wszystkie filmy z listy – nawet jeśli mają własne braki, nadrabiają klimatem, a to przecież najważniejsze w kinie przygodowym :)

      Dzięki za miłe za słowa i zapraszam do czytania więcej tekstów :)

      • harpijka

        > Dzięki za miłe za słowa i zapraszam do czytania więcej tekstów :)
        O, nie omieszkam – wystarczy Karmazynowy, by mnie przekonać. To ja dziękuję :)