Niesamowity Spider-Man: Człowiek-bohater

niesamowity-spider-man-f

Spider-Man nigdy nie należał do moich ulubionych marvelowskich bohaterów. Szczerze mówiąc, znam go tylko z serialu animowanego, filmów Sama Raimiego i Internetu. Sądziłam, że zupełnie mi to do szczęścia wystarczy. Ale wtedy nie widziałam jeszcze najnowszej ekranizacji z Andrew Garfieldem.

Gdy wczoraj wieczorem wyszłam z kina, w głowie miałam tylko jedną myśl: jak w dwóch do czterech słowach opisać Niesamowitego Spider-Mana, żeby nie powtarzać, że jest niesamowity. Jeśli kiedykolwiek trafi się jeszcze film, którego tytuł będzie jednocześnie jego najlepszą recenzją, i tak będę porównywać go do niniejszego ideału. Z kina wyszłam po prostu olśniona, uradowana i zdziwiona, że poprzednie filmy mogły mi do geekowskiego szczęścia wystarczyć.

Na mój zachwyt składa się całe mnóstwo powodów, z których konstrukcja filmu, kreacja Garfielda i intrygująca fabuła to tylko techniczny wierzchołek góry lodowej. Przede wszystkim chodzi jednak o to, że ja Spider-Mana po prostu nigdy dobrze nie znałam. W życiu nie miałam w ręku ani pół komiksu, a całą swoją wiedzę opieram tylko na tym, co kiedyś i gdzieś wbiło mi się w mózg. Wbiło mi się więc, że wujek Petera ginie przez własny Petera brak odpowiedzialności – wbiło się zresztą dzięki Samowi Raimiemu – że Spider-Man się tej odpowiedzialności uczy i że walczy m.in. z jaszczurami, goblinami, zmutowanymi doktorkami i złą wersją samego siebie. I że robi zdjęcia do publikacji w gazecie, by ludzie mogli postrzegać go w dobrym świetle (to już serial animowany). Ale ponieważ ów serial oglądałam wieki temu, filmy Sama Raimiego były też jakąś interpretacją, a komiksu w ręku niestety nie miałam, nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, jaki ten Spider-Man może być jeszcze. Co fajnego w tej postaci się jeszcze skryje. Po Niesamowitym Spider-Manie wbiło mi się za to jedno – nie uwierzę już w żadną inną wersję pająka, w którym nie jest on zawadiackim, zadziornym i wręcz pyszałkowatym zgrywusem. Ale nie tylko. O rany, jak bardzo nie tylko. 

Największą zaletą tego filmu jest bez dwóch zdań scenariusz, czyli pokazanie drogi, która kształtuje tak Spider-Mana, jak i Petera na człowieka, jakim się staje. Od momentu utraty rodziców, przez problemy w szkole, wreszcie po tragiczną śmierć wujka i późniejsze uświadomienie sobie prawdy o sobie – którą dopiero ktoś musi mu jasno i wyraźnie wyłożyć – Peter Parker decyduje się na przyjęcie maski, by „stać się odważniejszym” i pomagać ludziom. Zmiana, jaka w nim wtedy zachodzi jest drastyczna – z nieśmiałego chłopaka z trudem odzywającego się do dziewczyny, staje się pewnym siebie pyszałkiem, który nikogo i niczego się nie boi. Samo „przyjęcie maski” jest w filmie fantastycznie podkreślone, zarówno w jedną, jak i w drugą stronę – w drugą, bo Peter nie boi się tej maski zdjąć, pokazując, że to wcale nie mutacja wydobywa z niego to, co najlepsze. Mało tego, Spider-Man może i jest bohaterem działającym w obronie uciśnionych, ale nadal nade wszystko pozostaje człowiekiem. Człowieczeństwo Petera, wraz jego błędami, złymi decyzjami i próbami zrozumienia samego siebie jest podkreślone również przez prosty fakt, że sam, bez pomocy innych, cudów dokonywać nie może. Wyjątkowość nie czyni go niepokonanym, ani tym bardzie nie przysparza mu samych sukcesów. I, jak dla mnie, Niesamowity Spider-Man to najbardziej ludzki z superbohaterskich filmów. 

A najpiękniejsze w tym scenariuszu jest chyba to, że pamiętne słowa wujka Bena przebrzmiewają przez calutki film aż do samego końca, idealnie domykając i podsumowując całość – bo w końcu mają być z Peterem przez cały czas (jak sądzę). Po prostu nie mogłam uwierzyć, że ta historia jest tak pięknie, dokładnie i głęboko napisana.

Scenariusz i cały film razem wzięty nie sprzedałaby się jednak tak dobrze, gdyby nie obsada, czyli nade wszystko idealnie dobrany główny bohater. Andrew Garfield jest mi jako aktor kompletnie obcy, ale jego lista nominacji do kilkunastu nagród (wyczytana na Wikipedii) po kreacji Petera Parkera nabrała dla mnie czystego jak łza sensu. Ponownie – nie wiem, jaki jest oryginalny komiksowy Spider-Man – ale zobaczenie go jako nieśmiałego, trochę geekowatego, trochę wyluzowanego, trochę zagubionego chłopaka pasuje mi do tej postaci jak ulał. Peter żyje w swoim własnym małym światku, ale wcale nie na uboczu prawdziwego, stąd ma znacznie lepszy widok na wszelkie ludzkie przykrości i niesprawiedliwości. Chce coś zrobić, ale nie może, nie ma siły przebicia. A gdy tylko pojawia się okazja, wykorzystuje tę siłę źle. Garfield zaś cudownie to zagubienie oddaje – zaczyna zdanie, ale nie kończy, przerywa, wraca, trochę nawet mamrocze, nie wie, co chce powiedzieć, boi się, jąka, i tak dalej. Wszytko to tak łatwo i naturalnie, jakby nawet nie musiał się specjalnie starać. Nic nie jest tu wymuszone, wciśnięte na siłę i wręcz „zagrane” – bo Garfield Peterem Parkerem po prostu jest. 

Osobną perełką są jego sceny z Gwen. W przypadku całego filmu zauważyłam, że on po prostu idzie sobie swoim własnym tempem niczym się nie przejmując, ale w scenach Petera z Gwen to spokojne tempo nabierało dla mnie podwójnego znaczenia. Oto bowiem to na siebie spoglądają, to odwracają wzrok, to następuje chwila krępującego milczenia, to znowu oczekują, aż odezwie się drugie – i każde takie spojrzenie, milczenie i oczekiwanie ma tutaj całkowite prawo bytu. Dawno nie widziałam tak świetne nakręconych, subtelnych scen o miłości – zwłaszcza młodzieńczej, trochę niezręcznej, trochę niezdarnej, miłości. 

Bonus: spokojne tempo dodatkowo potęgowało moje pozytywne wrażenia z seansu, bo ilekroć łapałam się na upływie czasu, tylekroć uświadamiałam sobie, że jeszcze tyle filmu przede mną. I było to bardzo fajne uczucie.

Do obsady dołączę jeszcze dwa plusy – Sally Field jako ciocię May i Illusive Mana… przepraszam, Martina Sheena jako wujka Bena. Ponieważ nie oglądałam tym razem nawet trailerów, pojęcia o ich występie nie miałam, czym naprawdę miło się zaskoczyłam. Podobała mi się także Emma Stone w roli Gwen – naprawdę sensownej, poukładanej i niebanalnej dziewczyny. Mało takich bohaterek w kinach, a już na pewno mało takich ukochanych głównych bohaterów.

Jak na widowiskowy blockbuster z superbohaterem na pierwszym planie przystało, Niesamowity Spider-Man zachwyca również w warstwie wizualnej. To, co pająk wyprawia w przestrzeni Nowego Jorku przyprawiało mnie o dwie rzeczy, jedną dobrą, drugą złą (ale złą w dobrym sensie). Dobrą – absolutną euforię wywoływaną fantastycznymi akrobacjami (odkąd pamiętam, uwielbiam bohaterów gibkich, zwinnych i szybkich, w przeciwieństwie do bohaterów fizycznie silnych). Złą (ale dobrą) – lęk wysokości. W 3D. Jednak tym, co rzuciło mi się w oczy najbardziej jest prosty fakt, że to chyba pierwszy film, w którym walka postaci żywej z komputerową wygląda zupełnie normalnie. Muszę dorwać się do jakiś faktów dotyczących kręcenia tych sekwencji, ale podczas oglądania nie zauważyłam żadnej sztuczności, zwolnionych ruchów, nienaturalnych interakcji, naprawdę nic takiego. I muszę powiedzieć, że taka dbałość o szczegóły zasługuje na bonusowy plus.

Na koniec dodam też małą ciekawostkę muzyczną. Ponieważ jestem wielką miłośniczką muzyki filmowej, słucham jej codziennie i wręcz kojarzę filmy po kompozytorach, na pewne dźwięki jestem dość mocno wyczulona. Siedzę więc sobie i oglądam film, aż nagle w ucho wpada mi doskonale znana nuta. Myślę sobie: to brzmi jak James Horner – głównie dlatego, że nuta ta brzmi dokładnie tak samo w jak innym filmie z muzyką Jamesa Hornera, i prawie tak samo w jeszcze innym. James Horner jest z kolei znany z kopiowania samego siebie. Sekundę później myśl tę jednak odrzuciłam, stwierdzając – nie wiedzieć czemu – że James Horner na pewno nie napisałby muzyki do ekranizacji komiksu. Jakież było moje zdumienie, kiedy oglądając napisy końcowe dostałam czarno na białym: James Horner. Poczułam się zarówno dumna, jak i dałam sobie w łeb.

Aha, dodatkowo, dla osób, które przy napisach końcowych ekranizacji Marvela wychodzą z kina: nie wychodźcie. Trzy minuty, dodatkowa satysfakcja.

W podsumowaniu jedna rzecz: Niesamowity Spider-Man to jeden z najlepszych filmów o superbohaterach i reboot, który jest nie tyle udany, co naprawdę świeży. Podobały mi się filmy z Tobym Maguirem, ale Andrew Garfield bije go jednak na głowę. I choć wcześniej sądziłam, że nowa wersja jest Spider-Manowi kompletnie niepotrzebna, teraz całkowicie się ku niej przychylam. Jak to fajnie, że ma być z tego nowa trylogia. 

Niesamowity Spider-Man (The Amazing Spider-Man)
Reżyseria: Marc Webb
Obsada: Andrew Garfield, Emma Stone, Rhys Ifans, Denis Leary, Campbell Scott, Irrfan Khan, Martin Sheen, Sally Field, Chris Zylka
Muzyka: James Horner
Ocena: 9/10

  • Szkoda że nie znasz komiksów, film wydałby Ci się zupełnie inny. Jako ‚film’ Niesamowity Spider-Man jest dobry. Ale ja, patrząc przez pryzmat serii komiksowej (zwłaszcza Ultimate), miałem mocno mieszane uczucia. Miałem nadzieję na na prawdę kanonicznego Spider-Mana, a dostałem kolejną wizję własną reżysera. :/ Motywy z oryginalnej serii zmiksowane z Ultimate Spider-Manem (to właśnie w niej Peter jest zawadiackim nastolatkiem) podlane całkowitymi nowościami.

    Ale jako film, powtarzam, obraz jest dobry. A aktorstwo (wszystkich postaci) to majstersztyk. Aktorzy robią w tym filmie lepszą robotę niż efekty i scenariusz.

  • Proszę, proszę. Nie spodziewałem się, że może być aż tak dobrze. Sam nie przepadam za Spider-Manem, ale jeśli nowy jest taki znakomity, to chyba zmienię zdanie i ten film obejrzę. Ale jednak na spokojnie, w domu. Jak już wyjdzie dvd. Rzadko chodzę do kina, a w te wakacje niewątpliwie bardziej mnie ciągnie Mroczny Rycerz. :)

  • Bardzo dogłębna analiza, miło jest czytać taką opinię;p Miałam podobne odczucia co do filmu i zawsze bawi mnie, że ludzie idący na film marvela wychodzą wcześniej (mimo, że w każdych tego typu produkcjach mamy krótką scenkę po napisach;)).
    Z tego co wiem, Goblin ma pojawić się dopiero w trzeciej części, ale to tylko wolne spekulacje;p

  • @Krzyś: To nie prawisz jak fan Pająka, a jak konserwatywny fanatyk. :P Właśnie ten film był niesamowity, To jest Najlepsza ekranizacja Spideya. Nie da się zrobić czegoś „jak w komiksie”, Come on. Ma być duch, klimat i bohaterowie. Co mieli zrobić? Ekranizacje jakiegoś konkretnego komiksu? Już nie wspominam że dla niektórych to Ultimate jest bluźnierstwem.

    Film jest świetny. Zaskakujący i żywy. No i postaci, Gwen, Gordon, no i Connors, który również był genialny. O Garfieldzie nie pisze, bo to jasne. ;)

    @Marek: Batman to inny klimat, znacznie inny. ;)

  • PS: Świetna recenzja Aeth, ale mam ci za złe że nie skomentowałaś Jaszczura. Roli, animacji i w ogóle. :d

    • Skomentowałam – napisałam, że walka postaci żywej z komputerową była wypasiona i nie było widać, że to efekt specjalny ^^

      Ale ok, masz rację – Jaszczur, a zwłaszcza doktor, to również świetny element filmu, bo jest przeciwnikiem z głębią, motywacją, problemem, i to nie byle jak pokazanym. Urzekła mnie zwłaszcza scena, w której przygląda się swojej „ręce” w szybie – widać, że to cierpienie nie było tylko napisane w scenariuszu :)

      Dzięki wielkie za takie miłe słowa, postaram się pisać takich tekstów więcej ^^

  • Anonymous

    I геally lіke yοur blog.. very nice colors & theme.
    Did you cгеate this ωebsite yourself oг dіd you hіre sοmeоne to
    do it for you? Plz reрly as I’m looking to construct my own blog and would like to know where u got this from. thanks
    Also see my page: guysneedme.com