Jak wiecie, każdy z nas ma swój własny zakątek popktulury, w którym czujemy się najbardziej komfortowo i która sprawia nam najwięcej frajdy. Dla mnie są to oczywiście seriale, gry i książki, nieco dalej i filmy. Ale jest zakątek ściśle powiązany z wszystkimi wymienionymi, w który nie jestem w stanie się wkręcić. Otóż, głupia sprawa, nie umiem czytać komiksów.

W zeszłym tygodniu odbyło się w Krakowie zwyczajowe dla Arteteki spotkanie komiksowe. Zwykle na nie chodzę, bo z komiksami mi właśnie niezbyt po drodze, ale tym razem rolę prelegenta pełnił Ichabod, gościnnie prezentujący temat „Jak zacząć przygodę z Marvelem?” To pytanie wielu ludzi, w tym mnie, dręczy nie od dzisiaj: ogromna popularność Marvel Cinematic Universe w tysiącach fanów wzbudza w końcu naturalną ciekawość spojrzenia na sprawy zza drugiej strony kurtyny. Problem jest zasadniczo tylko jedny: bogata, licząca kilka dobrych dekad historia komiksowych universów Marvela jest tak gigantyczna i zagmatwana, że nowicjuszom bardzo trudno odnaleźć w niej grunt pod nogami. Czy czytać od początku, w kolejności chronologicznej? Jeśli nie (a nie), to od jakiej serii zacząć i dlaczego? Tych i innych odpowiedzi udzielił Ichabod na komiksowym spotkaniu – całość możecie obejrzeć tutaj – a ja, natchniona pozytywną dawką energii, postanowiłam natychmiast zabrać się za zbierające kurz komiksy w moim pokoju. Padło na 1. tom Captain Marvel, „In Pursuit of Flight” – w sumie tylko dlatego, że po prelekcji byłam pijana Marvelem, a zeszyt kupiłam już wcześniej przez wzgląd na bohaterkę, z którą bardzo chciałam się zapoznać. „In Pursuit of Flight” okazało się ciekawą, w dodatku całkiem zamkniętą historią, i przeczytałam ją do końca z prawdziwą przyjemnością. Po czym odłożyłam na miejsce bez większych refleksji.

Żeby kuć żelazo póki gorące, wzięłam się następnie za 1. tom Fables (pol: Baśnie na wygnaniu), fantazję na temat żyjących współcześnie postaci baśniowych, która posłużyła za inspirację (kwestia dyskusyjna) dla twórców Once Upon a Time. Fables są od Once Upon a Time znacznie bardziej pieprzne – co z zadowoleniem stwierdziłam już po przeczytaniu kilku pierwszych stron. Stwierdziłam również, że są absolutnie świetne i wspaniale bawiące się materiałem źródłowym, po czym odłożyłam po skończeniu ledwo dwóch rozdziałów. Od tamtej pory codziennie zastanawiam się, o co może chodzić. Przecież czytałam komiksy w dzieciństwie (wśród nich Asteriksy, Thorgale i Hugo), czytywałam nawet wydawane nakłade TM-Semic Batmany i X-Menów, a później jeszcze tony mang. Czemu dziś, pozycje tak ciekawe i tak skrojone pode mnie – którę chcę przeczytać – nie są w stanie wciągnąć mnie poza kilkadziesiąt pierwszych stron? Nawet w The Walking Dead, opowiadających, do diabła, o zombie, nie wyszłam poza dwa pierwsze tomy! Tak postanowiłam pochylić się nad tym problemem i zacząć świadomie zacząć z nim walczyć. Na świecie powstaje zbyt dużo rysunkowych historii, żebym chciała wykluczać je ze swojego popkulturowego repertuaru.

„Nie umiem czytać komiksów” oznacza mniej i więcej coś podobnego do „nie potrafię czerpać z komiksowych historii tyle samo satysfakcji, co z oglądania seriali bądź czytania książek”. Brzmi skomplikowanie, ale to, jak prześledziłam, chyba sedno mojego problemu. Popatrzcie: serial to forma ciągła, która bardzo niewiele pozostawia wyobraźni. Bohaterowie są w ciągłym ruchu; nie dość, że ich widać, to jeszcze można ich usłyszeć. W książkach wyobraźnią trzeba się już wspomagać, ale pomagają jej opisy, dzięki którym można zobaczyć bohaterów w ostrzejszym świetle. Wszystko to zajmuje czas – akcję musimy obejrzeć, rozmów wysłuchać, a opisy przeczytać. Wszystko to buduje też atmosferę, która w przedstawianiu fabuły powinna być równie ważna jak sensowne wydarzenia czy dobrze napisane dialogi. Tymczasem komiksy oddają nam do dyspozycji statyczny obraz oraz okrojony opis, a najczęściej sam dialog. Przez chwilę mogliście pomyśleć, że istota mojego problemu tkwi w niezrozumieniu obrazków: nie. Wszystko wskazuje na to, że przeszkadza mi zbyt szybkie tempo czytania. Obrazki obejrzę, wydarzenia zrozumiem, dialogi przeczytam. Ale zrobię to w tempie trzy razy szybszym niż gdybym oglądała serial bądź czytała książkę. Gdzieś gubi mi się atmosfera.

Aż do dzisiaj, nigdy nie rozumiałam tego problemu. Dziwiłam się tym bardziej, że dobre i piękne rysunki są mi bliskie serca od zawsze. Ba, swego czasu sama dużo rysowałam, dopóki nie wykończył mnie mój własny perfekcjonizm (spróbujcie czerpać z tego radość, kiedy każda kreska musi być postawiona dokładnie tam, gdzie powinna, i ani milimetra dalej). Dziwiłam się tym bardziej, że nigdy nie wybierałam sobie komisków, których nie chciałam przeczytać. Na mojej półce porzuconych leży na przykład piękne polskie wydanie Przebudzenia Scotta Snydera, w którym jest podwodna baza badawcza (nic, co posiada podwodną bazę badawczą nie powinno leżeć porzucone). Co więcej, kreska rysownika komiksu, Seana Murphy’ego jest tak szczególna i wspaniała, że chętnie wytapetowałabym sobie pokój nawet pojedynczymi kadrami. Ale nic z tego, Przebudzenie i tak odłożyłam nie przekraczając nawet połowy. Pierwsze zbiorcze wydanie nowej serii komiksów z Gwiezdnych wojen, „Skywalker atakuje„, przeczytałam tak szybko, że już nie pamiętam, co się tam właściwie działo – poza tym, że podobał mi się wielce starwarsowy klimat (może dlatego, że Star Warsy zawsze miały szybkie tempo?). Nie zliczę, ile nieprzeczytanych mang zalega w stosikach na półce, bo aż głupio mi do nich podejść i spojrzeć prawdzie w oczy. Ubolewam nad pięknym wydaniem Valeriana, którego pierwszy tom robi za podstawkę kupki wstydu podczas gdy światło dzienne zdążył już ujrzeć tom trzeci.

Chyba największy komiksowy sukces miałam przy okazji Ms Marvel i jej pierwszego zbiorczego tomu, „No Normal„. Był to sukces na dwóch zasadach: po pierwsze delektowałam się tam każdą stroną, podziwiając drobiazgowość i unikalność kreski, a po drugie z prawdziwą fascynacją śledziłam nie tyle przygody, co rozterki bohaterki. To świadectwo świetności tego tytułu: nie superbohaterskość i ratowanie świata, ale odszukiwanie siebie w swojej nowej tożsamości. Zachwyciłam się tym kierunek i tą kreską tak bardzo, że aż nie chciałam dotrzeć do ostatniej strony. Problem? Dotarłam – i zdążyłam tylko zakupić kolejny tom, by chwilę później dołożyć go do stosiku.

Teraz, w ramach walki z problemem, wzięłam się za pierwszy tom Lazarusa. Nie ma to jak kobieca bohaterka w post-apokaliptycznej rzeczywistości – co jak co, ale to musi się już udać. Powiedzmy, że udało się połowicznie. Obrałam proste założenie: skoro moje trudności wynikają ze zbyt szybkiego tempa czytania, przez które gubię głębię, emocje i atmosferę, każdy kadr będę wyobrażać sobie tak, jakbym oglądała film. W ten sposób spowolnię sobie tempo, dodam dynamikę, a bohaterom nadam iluzji trzeciego wymiaru. Początkowe sceny udały się znakomicie: potyczka Forever z trzema napastnikami była tak wartka jakby reżyserował ją Kevin Tancharoen, a późniejsze dialogi szybko zarysowały mi charaktery postaci. Wszystko szło pięknie – tylko że zawaliło się im dłużej czytałam. Nie wiem, o co chodzi: może wciągnęłam się w fabułę zbyt mocno i chciałam jak najszybciej poznać, co stanie się dalej? Niby to dobra rzecz, wciągnąć się. Ale znów zgubiłam gdzieś te nieszczęsne emocje. Polubiłam Lazarusa – ale się do niego nie przywiązałam.

Eksperyment dał mi jednak nowy pomysł: może czytać komiksy nie w tomach, a w zeszytach? Skoro kilka pierwszych stron jestem w stanie wprawiać sobie w ruch, a potem już nie? Może jeśli potraktuję je jak serial – wychodzący raz na miesiąc, prawda, ale kto powiedział, że muszę czytać tylko jeden tytuł – rozłąka i oczekiwanie, a zarazem obietnica rychłej, acz nie natychmiastowej kontyuacji pozwolą mi mocniej związać się z wydarzeniami? Oczywiście, muszę trafić na odpowiedni komiks (a zaległe Lazarusy, panie Marvel i Gwiezdne wojny przeczytać po jednym rozdziale dziennie), ale to chyba moja ostatnia nadzieja. Failure is not an option.

Może też być tak, że straszliwie przesadzam i robię problem z niczego. Nigdy jeszcze nie spotkałam nikogo, kto w podobny sposób czytałby – lub (ha!) nie – komiksy, więc zupełnie brak mi porównania. Ktoś, coś? Tak czy inaczej, w moim popkulturowym życiu jest dziura, której obecność odczuwam praktycznie codziennie. Gwiezdne wojny, MCU, dziesiątki wspaniałych kawałków science fiction i fantasy niby są na wyciągnięcie ręki, ale tak daleko, jakby w ogóle ich nie było. Pora to zmienić. Muszę wkręcić się w komiksy choćbym się miała wściec – bo tak bardzo wkręcić się chcę. Nie zdziwcie się więc, jeśli na blogu zaczną pojawiać się moje próby pisania o komiksowych tytułach (pisanie najlepszą terapią). W końcu na blogu traktuję o serialach – a ściśle w ten sposób będę od dzisiaj myśleć o komiksach.

  • Nigdy nie miałem tego problemu, więc ciężko mi tu radzić coś z tzw. „własnego doświadczenia”, ale przyszła mi do głowy jedna rzecz. Spróbuj siegnąć po „Zrozumieć komiks” Scotta McClouda. To jest taka teoria komiksu w formie komiksu – bardzo fajny album, po przeczytaniu którego patrzy się na tę formę sztuki nieco inaczej. Mnie na wiele rzeczy ta pozycja otworzyła oczy, może Tobie też pozwoli się bardziej wciągnąć ;)

    • Fakt, wiedziałam, że jest taka książka, ale zupełnie zapomniałam o jej istnieniu. Dzięki za przypomnienie, pewnie niedługo po nią sięgnę :)

  • Ja, gdy byłam piękna i młoda, zaczytywałam się w mangach i nawet dorabiałam sobie w nich kadry, których nie było – to chyba efekt dynamiczności rysunku. Ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do komiksu (czasami czytam jakieś webkomiksy albo webtoony). Ja myślę, że nie trzeba się karcić za to, że czegoś się nie łapie – kultura pop jest duża po to, żeby każdy coś dla siebie znalazł (patrz ja i moja fascynacja k-popem i k-dramami, która chwilami nie jest zdrowa). Ale jak się uparłaś :) to ja chętnie poczytam o tych komiksowych zmaganiach tu na blogu :)

    • No ale właśnie, jest duża i jest w czym wybierać, ale mnie te komiksowe historie naprawdę pociągają! Chcę je czytać, chcę je znać, chcę je lubić – inaczej cały czas czuję, że omija mnie morze wspaniałości. Tyle sajfajów, tyle superbohaterów… Trudno sobie tak ciągle odmawiać i odmawiać, musi być na to jakiś sposób :)

  • Kamil

    Ja mam problem zgoła odwrotny – czytam szybko i jest mi za mało, najgorzej gdy seria wychodzi raz na miesiąc. Ewentualnie gdy pojawia się przestój. I potem przypominam sobie o niej po kilku latach…

  • Czytałem ostro do 20 roku życia. Po skończeniu 20tki, przez jakieś 5,6 lat nie potrafiłem przeczytać niczego. I od 4 lat, wszystko znowu jest ok. Teraz za dużo. Ale rozumiem – Sam miałem długą przerwę więc wiem o co cho. Ale to jeszcze nic. W gry nie gram już prawie dekadę. Instalacja, 2 minuty chodzenia i ‚eeee, nie chce mi się’. A gier z wyprzedaży ok 70. Nie przeszedłem żadnej. Nawet pierwszych poziomów / rozdziałów.

  • Jak zazwyczaj komiksów nie czytałem tak w połowie zeszłego roku złapałem za owe i poooooszłoooo.

    Tylko ja miałem prostszą drogę, chciałem poznać dzieje swojego ulubieńca i tak obecnie czuje się jako-tako ekspertem w jego dziedzinie, choć wiedzy mi nadal brakuje ;)

    Czytuję komiksy na tablecie, w wersji digital, jest to wygodne ale potrafie cisnąć tablet w kąt i nie czytać nic przez długi czas. Dlatego preferuję wersje papierowe w wydaniach zbiorczych (TPB niekoniecznie HC) bo wtedy wala mi się to po mieszkaniu i przypomina o swojej obecności. Nie przeczytanych komiksów/książek nie stawiam na półce, bo wtedy wyglądają najlepiej i jest to pewnego rodzaju nagroda ;)

    Egmont teraz wydaje kilka serii Marvela prawie 1:1 z amerykańskimi wydaniami TPB więc polecam złapać zgodnie ze wskazówkami podanymi przez Łukasza ;)

    A czytać w formie zeszytowej nie umiem, może to kwestia tego, że jak nadrabiam seriale to też ciurkiem sezonami (no dobra, na jesieni jak DW wychodzi to jestem w trybie on going) i ogólnie bardziej w portfel boli ;)

    I zaintrygowałaś mnie tymi Baśniami, niestety PL wydań jest już w czort i ciężko złapać któreś początkowe na próbę :x Inna sprawa, że sam mam kolejkę komiksów/książek które odwodzą mnie od zakupu kolejnych (i tak to robię :x).

  • Skoro czyta ci się za szybko, to może spróbuj sięgnąć po jakąś długą, zakończoną już serię. Polecam „Kaznodzieję” – trzynaście tomów świetnej historii. Na pewno starczy ci na kilka wieczorów. ;)

  • Chyba mam podobnie… Nigdy, nawet jako dziecko, nie miałam większej styczności z komiksami. Czytałam tylko przygody Kajki i Kokosza, w ilości tomików trzy. W liceum próbowałam przekonać się do mangi, bo polubiłam szczerze anime „Hellsing”, potem „Death Note”. Pożyczyłam od koleżanki kilka tomików Hetalii. Przebrnęłam przez jeden. W ogóle mnie nie wciągają historię rysunkowe. W mandze na dodatek gubię się w kadrach, mylą mi się postacie (oni wszyscy są chyba rysowani tak samo nooo), gubię akcję, nie wiem, kto co mówi… Pomijając fakt, że bardzo długo nie mogłam połapać, od której strony to się czyta. Podsumowując- grafikę lubię, szczególnie w klimacie s-f. Komiksów nie trawię, ponadto są dla mnie za drogie, bym mogła kupować je sobie na zasadzie „kiedyś się przekonam”. Cóż, może tego trzeba uczyć się od dziecka…

  • Paweł Mi

    Dawno temu w kwartalniku Fantastyka Komiks (wydawanym przez Nową Fantastykę) był artykuł o komiksach i półkulach mózgowych. Mam dla Ciebie złą informację – z tego artykułu wynikało, że dorosły człowiek nie nauczy się czytać komiksów :D Tylko dziecko może „naumieć się” jednoczesnego śledzenia napisu i obrazu.
    http://seczytam.blogspot.com/