Nie taki remake straszny, jak go malują

Psycho (1960) Directed by Alfred Hitchcock Shown: Janet Leigh (as Marion Crane)

Nietrudno zauważyć, że w Hollywood od pewnego czasu panuje moda na remake’i. Już prawie miesiąc w miesiąc można się spodziewać wieści o nowych tytułach wziętych na ponowny warsztat, i na dobrą sprawę nikogo obeznanego z tematem nie powinno to już zaskakiwać. Sęk w tym, że właśnie zaskakuje. Jeśli znajdzie się jeden komentarz, który będzie cieszył się z powstania remake’u, zginie pod napływem narzekań, że to bez sensu, że to skok na kasę, że Hollywood nie ma już pomysłów, albo co gorsza, że zniszczą klasyka i w ogóle po jaką cholerę. Ile razy spotkaliście się z takim odzewem? Mniej czy więcej? Być może ten trend już się powoli zmienia – czytając po necie widzę już coraz więcej śmielszych komentarzy na „tak” – ale wciąż jest w nas przekonanie, że remake = zło. A ja się właśnie chciałam głośno zastanowić, że wcale niekoniecznie.

Lubię remake’i. Albo inaczej: nie mam nic przeciwko remake’om, jeśli są to naprawdę porządnie zrealizowane tytuły – a ostatnio przeważnie są. Czytając o nowych projektach na remake nie robi mi się gęsia skórka, nie poraża mnie żaden piorun, nie wznoszę do góry rąk w bezsilnym krzyku „dlaczego”. Bo dlaczego nie? Zazwyczaj odzywa się we mnie ciekawość. Ciekawość to jeszcze nie radość – chyba, że to akurat tytuł, jak np. Star Trek, któremu odkurzenie bardzo się w moim mniemaniu przydało – ale bardzo mu do niej blisko, a już na pewno pozwala na zrobienie jednej, dosyć istotnej rzeczy: daniu remake’owi szansy. Bo co jest lepsze: zabić remake w zarodku, nigdy nie dowiadując się, czy jest dobry czy zły, czy dać mu szansę, żeby nam to pokazał?

Wszyscy wiemy, że odpowiednie nastawienie się do tematu to duży klucz do sukcesu, a choć zadowolenie z obejrzanego filmu to rzecz, którą możemy absolutnie trywializować, bo ani nas nie nakarmi, ani nie polepszy naszego życia, ale może chociaż sprawić, że przez kilkadziesiąt minut będziemy się chociaż dobrze bawić. Jeśli nastawimy się negatywnie, wszystko, co w tym remake’u później obejrzymy będzie złe, niedopracowane, dziurawe, kiepskie, niesatysfakcjonujące, do bani, do kosza i do zapomnienia, najlepiej do wymazania z pamięci. Ale jeśli nastawimy się pozytywnie, może uda nam się dostrzec pozytywy tam, gdzie są, zamiast widzieć negatywy tam, gdzie ich nie ma. To jest zresztą prawdziwe w przypadku każdego filmu, ale remake’i z racji swojej specyfiki są tym szczególnie piętnowane – jeszcze zanim powstaną.

To jedna rzecz. Druga, o której się chciałam się uzewnętrznić, dotyczy prostego pytania, po co remake’i w ogóle powstają? W wypowiedziach producentów czyta się najczęściej o chęci opowiedzenia tej samej historii językiem widza współczesnego. Dla wielu już na starcie brzmi to jak wymówka, i że w rzeczywistości wytwórnia chce po prostu zarobić, a nie ma świeżego pomysłu, na czym. Skok na kasę, nic więcej. Ale czy aby na pewno? Czy nie jest prawdziwe stwierdzenie, że kino trzydzieści-dwadzieścia-dziesięć lat temu wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj? Że dzisiejszy widzowie, wychowani przez internet, gadżety i życie w trybie instant oczekują od kina nieco innego kształtu niż widzowie kilka dekad wcześniej? Jak dla mnie jest prawdziwe jak najbardziej. Nikt nie mówi, że tej samej historii nie da się opowiedzieć na kilka sposobów – oczywiście, że się da. Wystarczy popatrzeć na ilość ekranowych adaptacji Jane Austen, Charlesa Dickensa, i innych mniej lub bardziej współczesnych klasyków literatury. Czy kilka wersji Dumy i uprzedzenia to jakieś zło? Czy jedna jest gorsza od drugiej, czy są od siebie po prostu inne, i komu innemu pasują? Kto wie, czy za dziesięć lat nie powstanie nowa ekranizacja Gry o tron, tym razem np. na dużym ekranie, dopasowana pod zupełnie nowe pokolenie widzów, którzy w obecnym serialu nie znajdą dla siebie punktu odniesienia. Ja byłabym takiej wersji przynajmniej ciekawa. Wierzę – może naiwnie, choć wolę powiedzieć, że idealistycznie – że niezależnie od etapu, na jakim aktualnie stoi kinematografia, zawsze znajdą się twórcy, którzy będą wiedzieli jak napisać dobry scenariusz. Co z tego, że o tym samym.

I tutaj pojawia się inna kwestia – w zasadzie jedna z najważniejszych, które ten temat definiują. Oprócz zniechęcenia remake’ami, automatycznie pojawia się również strach. Boimy się – i bronimy się – że remake zmieni oryginał. Że go zepsuje, że zrujnuje nasze pozytywne wrażenia i ciepłe wspomnienia z nim związane. Ale jak remake może zepsuć oryginalny film, skoro wcale na nim nie pracuje? Nie przerabia go, nie zmienia mu aktorów, nie dodaje mu nowych scen, nie wgrywa mu nowych, lepszych efektów. Remake to przecież nowy film. Ma pełne prawo być zarówno zupełnie inny, nastawiony na zupełnie inne motywy i kompletnie odcięty od oryginału, ale również nikt nie mu nie broni w ten czy inny sposób nawiązać do poprzednika.

Popatrzcie na nową Pamieć absolutną. Kompletnie zjechana, właściwie za to, że nie jest wersją z 1990 roku. Że bohater nie taki fajny, że klimat nie taki, że to zmienione, tamto dodane, coś innego pocięte, że za dużo efektów, za mało treści, że dziury, że wszystko źle. Mało kto jakoś zwrócił uwagę na to, że nowa Pamięć absolutna nie miała być poprawioną wersją starej Pamięci absolutnej, tylko zupełnie nowym filmem. Jest nakręcona z zupełnie innej perspektywy, skupia się na innych aspektach, no i przede wszystkim jest skierowana nieco do innego widza. Abstrahując od kwestii, że kinowe science-fiction pojechało w stronę efekciarstwa, bo to temat na zupełnie inne rozważania, czy to całe potępienie wobec nowej Pamięci absolutnej nie jest trochę na wyrost? Zjechaliśmy ją (my jako ogół widzów), bo nie podobało nam się, że nie jest taka sama jak oryginał. Ale czy w ogóle należało tego po niej oczekiwać? Remake to nie ma być ten sam film, to ma być ta sama historia.

Na słowo „remake” od razu zaczynają się porównania, i właśnie tutaj jest pies pogrzebany. Porównania są nieuniknione, to wszyscy wiemy, ale właściwie co porównują? Fabułę drugiego filmu do fabuły pierwszego? Reżyserię do reżyserii? Kreacje aktorskie do kreacji aktorskich? Co to da, oprócz tego, że jeden aspekt się obroni, drugi nie, a oba filmy zostaną rozłożone na części pierwsze i zapomni się o patrzeniu na nie jak na całość? Czy nie lepiej patrzeć na oryginał i na remake jako na filmy należącego do konkretnego gatunku, i porównywać je w zgodzie z jego założeniami? Dla mnie lepiej, zdecydowanie, tym bardziej, że oryginał i remake, pomimo opierania się na tej samej historii, mogą przecież przynależeć do dwóch zupełnie odmiennych gatunków. Niedawno oglądałam jakieś youtube’owe zestawienie najbardziej niedocenianych sequeli. Narrator opowiadał o Psychozie II, zwracając uwagę na to, że w porównaniu do filmu Hitchcocka, sequel nie miał żadnych szans, ale jeśli spojrzeć na niego jako na tytuł zupełnie odrębny, można nagle dostrzec sporo zalet. Tego przykładu niestety nie potwierdzę, bo Psychozy II nie widziałam, ale sam przykład dał mi wiele do myślenia.

Jak widać, pod „remake” można też wciąż zarówno sequele, jak i rebooty, choć przy sequelach, z ich standardową zasadą „więcej tego samego”, lepiej już zachować pewną ostrożność. Ale reboot? Przyznam się szczerze, że nowa wersja Battlestar Galactici, czy mój ulubiony przykład abramowskiego Star Treka to dwa ideały, bez których moje spojrzenie na science-fiction mogłoby dzisiaj wyglądać inaczej. Czy Star Trek zniszczył Star Treka? Zlikwidował wszystkie poprzednie odcinki i części? Rozdeptał je i zostawił do zgnicia? Na to pytanie mam tylko jedną odpowiedź: nie tyle nie zniszczył, co oddał im hołd – na swój własny, nowoczesny sposób. Oczywiście,  nie wszyscy twórcy są na tyle sprytni, żeby umieć przekazać swoją wizję w tak zręczny sposób, ale to nie znaczy, że mają cierpieć z powodu tych mniej sprytnych. Tutaj zresztą wchodzi moja złota zasada „uwierzenia jak zobaczę” – film ostatecznie może mi się nie spodobać (za to, jaki jest). Ale najpierw na pewno dam mu szansę.

Weźmy inny przykład. Jako fani, z oczekiwaniem i nadzieją patrzymy w przyszłość na pojawienie się siódmej części Gwiezdnych wojen. Jest w nas pewna obawa, że coś może pójść nie tak – trudno, żeby jej nie było – ale jednocześnie jest w nas nadzieja. Sama pisałam, że na wieść o pojawieniu się Disneya zjeżyły mi się wszystkie włosy na ciele, ale potem pomyślałam, że czemu nie, że może jest to szansa na wielki, tym razem naprawdę, powrót. Sytuacja starwarsowców jest co prawda trochę inna, bo już wiemy, jak bardzo można się na takich powrotach zawieść, ale dzięki temu mamy pełną świadomość, że te nowe Gwiezdne wojny już nie będą tymi sami Gwiezdnymi wojnami. Tamtych Gwiezdnych wojen, tych samych, już nie będzie. Zostały nakręcone tylko raz. Nowe trylogie i spin-offy będą całkowicie świeżymi tytułami i poza faktem posiadania kilku tych samych bohaterów i rozgrywania się w tej samej rzeczywistości, nie będą miały z nimi wiele wspólnego. Tak naprawdę traktuję je jako rebooty – bo w pewnym sensie to własnie zrobią: zresetują nieszczęśliwe wrażenie po fiasku ostatniej trylogii. Ale zresetują też filmowe universum – sposób jego postrzegania – by przystosować je do nowoczesnego widza.

Trzeba wziąć pod uwagę, że my też dorastamy. To, co podobało nam się kilkanaście lat temu, dzisiaj może już do nas nie przemawiać. Wszystko zależy oczywiście od osobistych upodobań. Ja jestem akurat przykładem widza, na którego rozwój nowoczesnych technologii filmowym miał duży wpływ, więc dynamika, efekty i sam wygląd tytułów silnie na mnie oddziałują. Często wzbraniam się przed obejrzeniem gatunkowych klasyków, bo odstrasza mnie data ich powstania. Bo mam świadomość, że język tamtego filmu może mi zepsuć przyjemność z oglądania – będę się np. ciągle zastanawiać, co mogło być zrobione lepiej, co wygląda sztucznie, co mnie nie przekonuje, i tak dalej. To nie jest reguła, nie wzbraniam się zawsze i z zasady, ale do obejrzenia pewnych filmów najczęściej muszę wejść w odpowiedni nastrój. A remake? Zabiorę się za niego wręcz z przyjemnością, bo takie kino, z wszystkimi jego wadami, mi odpowiada. Bo je znam, bo z nim teraz żyję. Kina sprzed dekad nie znam.

Więc czy remake’ów naprawdę należy się bać i je potępiać? Czy nie jest trochę prawdy w tych „wymówkach” filmowców? Czy nie jesteśmy ciekawi, jak może wyglądać ta sama historia opowiedziana innym okiem i nie chcemy dać jej chociaż szansy? W najbliższych miesiącach i latach czekają nas m.in. nowe wersje Carrie, Martwego zła, Mad Maxa, w późniejszej kolejności szykuje się Jumanji, Barbarella czy Kruk. Jasne, to produkcje zasłużone i uznawane za klasyki, ale kurczę, jestem ogromnie ciekawa, jak jeszcze można mi je sprzedać. Po prostu. Od tego, czy będą to dobre remake’i bardziej interesuje mnie pytanie, czy będą to dobre filmy. Dobry remake to tylko bonus. A skoro na bonus nie czekam, bonusa się nie boję.

P.S. Na rzucane tutaj pytania nie trzeba odpowiadać ;)

  • Ostatnimi czasy w branży gier sytuacja jest identyczna. Wolfenstein, DMC (DMC: Devil May Cry. To dopiero durnie brzmi :P), X:COM, Sim City, Tomb Raider. Jak dla mnie dowód na to, że mainstream powoli zjada własny ogon.

    • Z drugiej jednak strony – bo tu muszę rozwinąć trochę myśl – same w sobie rimejki złe nie są. Tylko muszą być zrobione dobrze. Lubię X:COMA. Ta gra jest zrealizowana naprawdę dobrze. Nieco zbyt uproszczona na mój gust, ale wciąż świetna. Nowy Tomb Raider też zbiera wysokie noty, podobnie jak DMC. Ale nie dziwię się fanom, którzy woleliby dostać więcej tego samego, niż coś ubranego w fatałaszki ich ulubionej marki, ale będącego nowością zupełną. Fandom to groźna bestia, gdy się ją rozjuszy, patrz nowy wygląd Dantego :]

      Ale w kwestii pomysłów to niestety, ale jest to wciąż dowód na ich brak. Skoro nie wiadomo, co zrobić nowego, to weźmy starą myśl. Koronnym dowodem jest dla mnie Syndicate, które z gry taktycznej przekształciło się w strzelankę podobną do tych, co to ich teraz na rynku pełno. Takim rebutom mówię nie :<

      • No ja tu będę takiego „Tomb Raidera” i jemu podobnych bronić. Crystal Dynamics stanęło przed wyborem: albo będą robić takie same gry z taką samą bohaterką, albo zrobią zupełnie nową grę z bohaterką odświeżoną. Jeśli z odświeżoną, to jak to zrobić, żeby nowa, ale ta sama Lara została ciepło przyjęta przez graczy. Z klasycznej Lary wydobyto już chyba wszystko, więc co zrobić, żeby była jeszcze świeższa i ciekawsza? No a skoro już iść w nowym kierunku, to niech to będzie coś nowego: origin story. I to mi się podoba, za takimi decyzjami (oczywiście podjętymi i zrobionymi z głową), będę stać murem. Bo dają nam nową perspektywę, pokazują coś, co w obrębie danej serii nie zostało jeszcze pokazane. Pokazują, że można – i to z sukcesem

  • Pusiu

    Nie lubię reamaków. Jasne, czasem trafiają się jakieś perełki, świetnie zrealizowane autentyczne hołdy dla swoich pierwowzorów. Ale tylko czasem. Bo w większości wypadków remake to dla mnie jasny dowód na skok na kasę i zjadanie przez popkulturę własnego ogona.

    Bo tak właściwie, po co remake? Piszesz o dostosowaniu filmów do obecnych czasów, ale to moim zdaniem nie do końca trafny argument. Prawdziwe filmowe arcydzieła istnieją jakby poza czasem. Czy „Śniadanie u Tiffany’ego” ogląda się gorzej bo bohaterowie nie jeżdżą najnowszymi samochodami? Albo „Gwiezdne Wojny” są mniej fajne, bo efekty specjalne w nich wykorzystane trącą myszką? A więc skoro prawdziwie dobre kino potrafi się bronić samo przez długie dekady, to czy warto robić remaki filmów jakościowo gorszych? Może jestem spaczona moim sentymentalnym podejściem do starej kinematografii, może jestem uprzedzona do wszelkich niezbyt oryginalnych pomysłów, ale remaki to coś czego wciąż nie trawię i coś do czego zawsze będę negatywnie nastawiona.

    • Czasem mają sens. Że znów nawiążę do branży growej – nie wiem, czy ktoś współcześnie dałby radę grać w Duke Nukem 3D albo Dungeon Keepera. Obie te gry się tak wizualnie zestarzały, że gdy ostatni raz próbowałem pyknąć w Księcia, żołądek odmawiał mi posłuszeństwa. A to było dobrych pięć lat temu, gdy jeszcze fotorealistyczna grafika mnie tak mocno nie spaczyła. Akurat strona techniczna filmów starzeje się najszybciej, dlatego czasem warto jest je „nakręcić na nowo”. Dzięki temu młodsze pokolenie, które nie wytrzyma produkcji dla nas klasycznych może się z tą klasyką chociaż częściowo zapoznać.

    • „Prawdziwe filmowe arcydzieła istnieją jakby poza czasem” – jasne, zgadzam się, jak najbardziej. Nie próbuję wcale negować takich tytułów, ani też nie twierdzę, że wszystkiemu należą się remake’i, czy że filmy trzeba co jakiś czas wymieniać na nowsze. Chcę tylko zwrócić uwagę, że nie każdy remake to zło. Nie, że są koniecznością, ale skoro już powstają, z takich czy innych powodów, to szkoda je tak na starcie skreślać, bo mogą mieć jakąś wartość. Wcale nie muszą, rzadko się przecież udają, wiem to, ale zdarzają się pozycje naprawdę dobre, które są mieszane z błotem tylko dlatego, że powstały jako remake.

      A czy warto robić remake’i filmów jakościowo gorszych? Tego nie wiem. Raz warto, raz nie, zależy od tytułu, zależy od wykonania, zależy od kontekstu. Znajdą się tytuły, którym warto, znajdą się takie, którym nie. Idealistycznie wierzę, że filmowcy mają trochę oleju w głowie i nie będą zabierać się za poprawianie klasycznej trylogii „Gwiezdnych wojen”, „Indiany Jonesa” czy „Powrotu do przyszłości”, bo te filmy – właśnie ze względu na ponadczasowość – bronią się dzisiaj mocno. Ale fajną charakterystyką remake’ów jest też to, że można je ignorować, bo nie zakłócają swoich poprzedników – a zawsze znajdzie się na nich klient :) Więc z pewnego bardzo prostego punktu widzenia wychodzi na to, że warto ;)

  • Ola Cholewa

    Ogólnie się z tobą zgadzam, bo np. ST 2009 strasznie lubię, a TOSa tak jakby mniej trawię (poza tym, mimo, że niby ci sami bohaterowie, to są dwie bardzo różne produkcje) i np. chętnie zobaczyłabym odświeżoną i poprawioną wersję B5. Ale to są wszytsko rzeczy, których nie fanię maniakalnie. A np. takiego „Labiryntu” nie wyobrażam sobie w wersji innej niż ta z Davidem Bowiem. I myślę, że to głównie tego rodzaju fani psioczą na remake’i.

    • Szczerze mówiąc – ja też, na ten moment, nie. Zresztą sama mam kilka filmów, których wolałabym nigdy nie widzieć potraktowanych remake’iem (np. żeby daleko nie sięgać, oryginalną trylogię „Gwiezdnych wojen” czy „Willow”), ale patrzę na to z dwóch stron: że twórcy nie są aż tak głupi (przy SW świadczy o tym chociażby fakt odświeżania universum poprzez nowe filmy, a nie remake’i) oraz że mój strach to tylko blokada, która może mi przeszkodzić w doświadczeniu czegoś naprawdę fajnego. Nie mówię, że jestem na tak, że nie mówię, że jestem na nie – po prostu że pożyję i zobaczę :)

  • Mysza

    Ja mam bardzo rozbieżnie podejście do remake’ów. Ogólnie staram się nie wypowiadać, póki filmu nie zobaczę.
    Ale są filmy – jak wspomniane przez Ciebie Jumanji – do których mam tak duży sentyment, że choć wiem, iż będą to dwa „oddzielne” filmy, boję się że ten nowy będzie rzutował na moje pojmowanie tego starego. Silly, I know.
    Then again, są filmy – takie jak także wspomniana przez Ciebie Carrie – na których remake’i czekam z utęsknieniem, bo uważam że oryginał wcale nie jest taki świetny. I tak, uważam że w wypadku Carrie wersja De Palmy ssie.

    • Myszo, ja też się trochę boję. „Jumanji” należy do jednych z moich ulubionych filmów z dzieciństwa i do co remake’u mam pewne obawy, trudno, żeby nie. Ale podam przykład z „Gwiezdnymi wojnami”: zawsze, gdy myślę o tym, jak średnia lub jawnie kiepska jest nowa trylogia, oglądam „Imperium kontraatakuje” i all is well again in the world ;)

      • Też kochasz „Jumanji”? Niechże Cię uściskam! Prawda jest taka, że w wypadku „Jumanji” najwięcej zależy od głównej czwórki, zwłaszcza młodych aktorów. Jeśli będą dobrzy, reszta jest mniej istotna.

        W temacie remake’ów: wczoraj obejrzałam nową wersję „Red Dawn”. Byłam przyjemnie zaskoczona, bo słyszałam od fanów oryginału, że remake kijowy. Nie wiem, bo nie widziałam oryginalnej wersji – nadrabiam zaległości w tym tygodniu :D Ciekawa jestem jak remake wypadnie w porównaniu do oryginału, zwłaszcza przy odwróconej kolejności oglądania

  • Buffy1977

    Ja wypowiem się tylko w kontekście horroru. Niektóre remake’i uważam za lepsze od oryginałów, jak np. „TCM”, „Wzgórza mają oczy” czy „Bez litości”, ale w ostatnich latach z tej mody zrobili istną szopkę tworząc remake’i na potęgę, patrząc na ich ilość, a nie jakość… Inna sprawa, że nienawidzę remake’ów całkowitych, jak np. „Psychol”, czy „Omen”, bo nudzi mnie oglądanie tego samego tylko z inną obsadą. Ja należę do tej wąskiej grupy odbiorców, która woli jak najwięcej zmian w remake’ach, coś nowego od ich twórców. Skoro już „skaczą na kasę” żerując na starych pomysłach to powinni się trochę wysilić i zarobić półuczciwie, choćby z minimalnym nakładem własnej wyobraźni. Może dlatego tak podobała mi się nowa „Pamięć absolutna”:) – pomijając zjawiskową Kate oczywiście.

  • Buffy1977

    Ps. Po raz kolejny napiszę (powtarzam to wszędzie), że planowana „Carrie” nie jest remake’iem tylko remake’iem remake’u, lub re readaptacją (bo były już dwie wersje plus sequel, a nie jedna).

    • Wiadomo, są remake’i i remake’i i jeden jednemu nierówny, ale mimo wszystko zawsze staram się do każdego podejść indywidualnie. Też nie przepadam za odwzorowaniem klasyka scena po scenie, bo to się dla mnie mija z celem. Trudno też nie zwrócić uwagi, że Hollywood szybko „przeskakuje rekina” i zaczyna w swoim entuzjazmie przeginać, ale mimo wszystko – zawsze w tym morzu przeciętności znajdzie się coś wartego uwagi. I jestem zdania, że nie należy odrzucać remake’u tylko z zasady, a już na pewno przed jego obejrzeniem ;)

      I oczywiście masz rację co do „Carrie” – ale to też potwierdza założenie, że da się opowiadać te same historie na wiele sposobów ;)