Najgłupsze powody nie oglądania seriali

atla-03

Jest prawdą powszechnie znaną, że oglądanie seriali to kwestia wyboru. Zazwyczaj zależy on od ciekawego pomysłu, lubianego settingu, odtwórców głównych ról, czy też nazwiska zaufanego twórcy. Z tych samych powodów seriali też nie wybieramy – bo np. facjata Leny Headey to zbyt wiele do wytrzymania. Ale czasem ta niechęć do konkretnego tytułu wychodzi daleko poza oczywistości – i dzisiaj chciałam się Wam przyznać, czemu pewnych seriali lub sezonów nie chciałam oglądać, nie oglądałam i być może nawet nigdy nie obejrzę.

Inspiracją do tych wyznań jest oczywiście moje niedawne spotkanie z Terminatorem: Kronikami Sary Connor, serialu, do którego długo musiałam się przymierzać, a po drodze cały czas zwalczać brzydkie odruchy, które włączały mi się za każdym wejściem Leny Headey w kadr. Uczulenie na twarz to chyba najbardziej powszechny powód nie oglądania, gdzieś obok uczulenia np. na wampiry (długo musiałam przymierzać się do True Blood) i koncept (Sons of Anarchy, czyli mam oglądać serial o zarośniętych członkach gangu motocyklowego? wypraszam sobie), dlatego o nich wspomnę tylko pobieżnie. Mają być najgłupsze powody, a więc będzie nieracjonalnie, emocjonalnie i naiwnie do potęgi trzeciej. Będziecie się ze mnie śmiać, ale hej, będzie z czego.

Zacznę z grubej rury – szczególnie dla tych, którzy wiedzą, jak bardzo kocham ten serial – bo kiedyś był taki czas, kiedy byłam głupia i nie chciałam obejrzeć Firefly, ścisłej czołówki mojego dzisiejszego rankingu i generalnie chyba najlepszego serialu, jaki kiedykolwiek widziałam. O Firefly po raz pierwszy opowiedział mi kolega, twierdząc, że na pewno mi się spodoba, więc co zrobiłam? Weszłam na Wikipedię, żeby dowiedzieć się o nim czegoś więcej. I to był błąd. W miarę czytania o „kosmicznym westernie opowiadającym o przygodach załogi statku kosmicznego żyjącej na krawędzi prawa” gęba uśmiechała mi się coraz szerzej i szerzej, i nawet zanim doszłam do drugiego akapitu już wiedziałam, że koledze należało się piwo. Szkoda, że na tym drugim akapicie nie poprzestałam, bo kilka linijek dalej ujrzałam to złowieszcze słowo „cancelled” – i wszystko ze mnie wyparowało. To jak to, mam obejrzeć 14 odcinków tak genialnie zapowiadającego się serialu tylko po, żeby po przywiązaniu się do historii i jej bohaterów zostać na lodzie ze złamanym sercem? Nie ma mowy, lepiej w ogóle nie oglądać, będzie zdrowiej. Wtedy nie pomogło nawet doczytanie, że po skasowaniu serialu powstał pełnometrażowy film kończący rozpoczęte wątki (co ja wtedy wiedziałam o tym, że nikt nie kręci kinowych filmów do skasowanych seriali). Stronę Wikipedii szybko zamknęłam, o Firefly szybko zapomniałam i tak żyłam sobie w błogiej nieświadomości – do czasu, aż drugi kolega praktycznie nie zmusił mnie do obejrzenia. Po tym, jak zobaczyłam scenę z dinozaurami, the rest, as they say, is history.

Ale Firefly to nie jedyny serial Whedona, który wymagał ode mnie przekonywania. W zeszłe lato postanowiłam zacząć nadrabiać serialowe zaległości, i na pierwszy ogień wybrałam sobie jeden z największych klasyków Jossa, Buffy: Postrach wampirów. We wpisie wprowadzającym zaznaczyłam, że jedną z moich pierwszych obaw co do tego przedsięwzięcia była data powstania serialu – tak już mam, że seriale z lat 90-tych dziś wzbudzają we mnie niepokój. Oczywiście, co do Buffy myliłam się w stu procentach, ale myliłam się także co do czegoś innego. Otóż moje pierwsze spotkanie z Buffy odbyło się gdzieś kiedyś w łatach młodości na TV4, i wtedy moją największą sympatię zyskała sobie Willow – a potem, łącznie, Willow i Oz. Polubiwszy i przywiązawszy się do bohaterki, a potem polubiwszy ją jeszcze z bardziej w parze z wyluzowanym Ozem, niemal wyryłam ich w kamieniu jako One True Pairing, i wszytko było piękne i różowe. Potem TV4 przestało nadawać Buffy, w zamian pojawił się internet, i nagle dowiedziałam się, że parę sezonów później Willow już nie jest z Ozem, ale z jakąś Tarą. Ale jak? Dlaczego? Po co? Ja nie chcę, nie zgadzam się, nie ma mowy i w ogóle nie będę tego więcej oglądać. Cała ochota, jaka przez lata wezbrała we mnie na dokończenie serialu uleciała ze mnie jak spuszczone z balonu powietrze – i na kolejne lata na Buffy się obraziłam. Był to tak głupi, infantylny i niedorzeczny powód, że aż wstydziłam się o nim wcześniej napisać, a przecież Tary będę teraz bronić jak lwica – w parze z Willow, nie w parze z Willow, nie ma znaczenia, bo zawsze.

OTP to jednak silny motywator, w moim przypadku aż tak silny, że mogę sobie wybrać ulubioną parę jeszcze zanim w ogóle obejrzę serial – a potem serialu jednak nie obejrzeć, bo okazuje się, że na końcu bohaterka ląduje w ramionach innego. To był w sumie spoiler, ale mam nadzieję, że mi go wybaczycie, a w każdym razie wszyscy ci, którzy nie widzieli Awatara: Legendy Aanga. Ja nie widziałam, choć w pewnym momencie bardzo chciałam – wschodnie sztuki walki powiązane z mistyczną kontrolą żywiołów brzmią niesamowicie apetycznie, a postać Katary już po samych obrazkach zyskała sobie moją sympatię. Na Awatara bym jednak zupełnie nie trafiła, gdyby nie granie w forumowe RPG. Pewnego razu, szukając wizerunku dla nowej postaci, trafiłam na jakiś fanart Katary na Deviantarcie, a potem na fanarty Katary z księciem Zuko. Dowiedziałam, że istnieje spora część fanów popierających związek, który w świecie serialu nie istnieje, ale z opisów wynikało, że mógłby (ona dobra, on zły, nić porozumienia, te sprawy). Ta idea bardzo mi się spodobała, więc zaczęłam interesować się tematem i w końcu stwierdziłam, że jeśli w którymś momencie trafię na jej oficjalne potwierdzenie, natychmiast do serialu zasiądę. Awatar trwał sobie jeszcze kilka miesięcy, aż się skończył – z Katarą oficjalnie jako dziewczyną głównego bohatera, dzieciuchowego Aanga z wiecznie rozwydrzoną mordą. Ponieważ nie cierpię postaci z charakterem przypominającym nadpobudliwego szczeniaczka na dragach (w przeciwieństwie do szczeniaczków), a na takiego Aang dla mnie wygląda, pomysł oglądania Awatara porzuciłam w ciągu jednej sekundy. Problem w tym, że ciągle nie wiem, czy to dobra decyzja, czy zła, bo czy to wina serialu, że najpierw zobaczyłam fantazyjne fanarty? Lepiej się nad tym nie zastanawiać.

A wiecie, jakiego jeszcze serialu nie chciałam oglądać, bo były mi w głowie romanse? Nowej Battlestar Galactici. Wszystko w tym serialu uwielbiam, albo naprawdę bardzo dużo, ale uczucie pomiędzy Apollo i Starbuck przeszkadzało mi jeszcze przed zapoznaniem się z pilotem, zwłaszcza, że na ulubioną bohaterkę z miejsca wybrałam sobie Duallę. Podobny problem wciąż mam też w stosunku do 3. sezonu Veronici Mars – zaprzestałam go oglądać gdzieś po 6-tym czy 7-mym odcinku, żeby w nieskończoność odwlec nieuniknione. Co, w świetle nadchodzącego w przyszłym roku filmu, w końcu będzie musiało się stać. Dziwna sprawa, to fanowskie przywiązanie do bohaterów; człowiek się przez to sam skazuje na braki w popkulturalnej edukacji (słowo przestrogi od fanki, która chciałaby być lepsza).

Ale wracając na ziemię, najgłupsze wyznania mam już za sobą, więc teraz mała historyjka o tym, jak 1. sezon Gry o tron obejrzałam w jeden dzień. Grę o tron akurat chciałam obejrzeć – problem w tym, że nie chciałam jej oglądać póki nie przeczytam książki. Mam coś takiego, że jak już się do czegoś zabieram, to nie od środka – tak jak nie zacznę robić sobie kanapki od nakładania szynki, a potem krojenia chleba, tak poznawać serię wolę od chronologicznego początku. Na Grze o tron zależało mi o tyle, że zdawałam sobie sprawę z ograniczeń formuły serialu, więc chciałam poznać pełny obraz tej historii, żeby móc wypełnić sobie luki powstałe w wyniku skrótów scenariusza. Problem ciągnął jednak problem, bo mnie i czytaniu książek jakoś ostatnio nie po drodze. Do Gry namawiał mnie jednak mój serdeczny przyjaciel, który nawet podarował mi w prezencie urodzinowym 1. tom, żebym już w końcu przeczytała i obejrzała, bo jest czym się zachwycać. Szczęśliwie się złożyło, że pewnego jesiennego tygodnia porządnie się rozchorowałam, więc pochłonęłam ów tom w kilka dni, a dnia ostatniego, w piątek, obejrzałam od początku do końca cały sezon. Do tego czasu poznałam oczywiście wszystkie spoilery, dokładnie wiedziałam kto i kiedy ginie (bo przecież w internecie nie ma czegoś takiego jak ogólnikowe nagłówki), ale przynajmniej nie musiałam długo czekać na kolejną część.

W sumie, jednym z moich najgłupszych powodów nie oglądania jest „nie oglądam, bo anime” – nie dlatego, że jest Lena Headey, wampir czy niechciany romans, tylko dlatego, że jest anime. Szczerze mi za to wstyd i staram się nad sobą pracować (wciąż czeka na mnie Cowboy Bebop oraz mój najnowszy pomysł, Nadia: Secret of the Blue Water), choć prawdopodobnie nigdy nie przekonam się do egzaltowanego japońskiego voice actingu, stereotypowych sztuczek i tej straszliwie ślamazarnej, krztuszącej się animacji…

Jednak najczęstszym przykładem z życia wziętym jest wspomniane wyżej „nie oglądam, bo za stary”. I tak Farscape, Babylon 5, Andromeda czy nawet Stargate Atlantis wcale nie będą młodsze, kiedy się wreszcie do nich przekonam. Sparzyłam się raz na oglądaniu serialu z czasów młodości, serialu do dziś kultowego, przy którym ja, chcąc nadrobić, zaczęłam w końcu zasypiać (StarGate SG-1), więc zrobiłam się w tej kwestii uber ostrożna. Boję się seriali starszej daty, bo nie chcę się rozczarować – nie ich wyglądem, ale sposobem formułowania treści. Dzisiejsze seriale poświęcają jednak dużo czasu bohaterom – w kontraście do poświęcania czasu przygodom bohaterów – a nie chcę inwestować w historię, która na dłuższą metę może okazać się dla mnie pusta. Nie przekonam się, póki nie zobaczę, wiadomo, ale wśród tylu nowszych pozycji do wyboru może być w końcu za późno (przestroga dla mnie, żebym się w końcu opamiętała).

I tak dochodzę do końca, w perfidnym podsumowaniu zachęcając Was do podzielenia się swoimi powodami nie oglądania seriali. Ale tylko najgłupszymi, jakimi dysponujecie ;)

  • Misiael

    Gorąco zachęcam do przełamania się i zaryzykowania z oglądaniem B5. Mimo wszelkich wad i niedoskonałości to jeden z najlepszych seriali sci-fi w historii telewizji. Bez żalu oddałbym cały sezon Firefly za choćby jeszcze jeden odcinek tego cuda.

    • Kiedyś, jakoś, na pewno obejrzę, bo akurat B5 szczerze obejrzeć chcę – ale musiałabym najpierw wpaść w jakąś dziurę czasową, bo mając do wyboru mnóstwo nowych pozycji, stare klasyki zawsze spadają się gdzieś w dół listy ;)

  • rob

    co do nadii jest fajna ale jeśli lubisz sporo wątków komediowych i verna bo jules verne jest tu główną inspiracją plus trochę czegoś co byśmy nazwali dziś steampunkiem :)jeśli nie lubisz komediowych wstawek to z anime seirei moribito będzie lepsze plusem jest to że bohaterka nie jest małolatą ale już dojrzałą kobietą i wojowniczką walczącą włócznią nie kataną a pozostałe seriale B5 jest poważny farscape bardziej po bandzie andromeda to klasyczna space opera acz końcówka jest..najbardziej jednak pokręconym serialem sf z przełomu l90 i 00 jest lexx moim zdaniem oczywiście pozdrawiam

    • Grzegorz Osik

      Jezu, co? Kropki, panie, kropki i przecinki!

    • Spokojnie, rob, wiem, o czym jest „Nadia”, bo właśnie dlatego ją wybrałam ;) Przez mój ostrożny stosunek do anime zawsze wolę sama dobierać sobie tytuły; mniejsze ryzyko, że się sparzę.

      • rob

        ok ale wolałem zaznaczyć to bo jest w tym serialu kilka punktów z twojej „czarnej listy”anty anime ;))a co do seriali przed 2000r to jest w tym jednak pewna przesada owszem występują motywy sprawa odcinka ale są też głębsze i dłuższe motywy w STNG choćby Q i borgowie a propos do listy dołączyłbym Outer limits twilight zone to są seriale typu każdy odcinek inna historia ale jest tam sporo naprawdę świetnych historii w tym ekranizacji novel mistrzów SF ps.a moribito ci szczerze polecam myślę że powinno ci się spodobać ;)pozdr

  • Ja mam dobry powód – często nie oglądam serialu, bo… ma za dużo odcinków. W takiej sytuacji myślę sobie, że i tak nie będę miał czasu, żeby to wszystko obejrzeć, a skoro tak, to nie ma sensu się za to zabierać. Mało to racjonalne, ale to jedyny powód, dla którego na przykład nie zabrałem się jeszcze za „Breaking Bad”. Widziałem ze dwa odcinki, wiem, że jest świetny, ale i tak na razie pozostaje mu tylko patrzeć na mnie tęsknym wzrokiem szczeniaczka.

  • Kamil

    W sumie też stawiałem na Zutarę, przynajmniej na początku jak oglądałem, ale nawet mimo braku tego shipa warto obejrzeć, bo Awatar ma wszystko czego potrzebuje dobry serial, ja połknąłem go w jakieś 4 dni ;) A Aang aż taki szczeniaczkowaty nie jest. SGA akurat jest dość świeże, przynajmniej porównując do 1 serii SG-1, i jak dla mnie o niebo lepsze od SGU. Nadal nie mogę się zabrać za 2 sezon, bo miałem ochotę wymordować wszystkie poza 1 postacią…

  • „nie oglądam bo za stary” – znam doskonale [lata zapierania się rękoma i nie tylko przed Star Trekiem, wciąż przez Babylon 5 mimo masy pozytywnych recenzji]
    U mnie przesądza zazwyczaj temat – opis musi być naprawdę intrygujący, żebym włączyła.

  • Seji

    Co to znaczy „za stary”? Efekty robione bez komputerów? Statyczne ujęcia? Data produkcji sprzed 2010?

    Nie ma za starych seriali. Gdyby tak było, to 99% (no dobra, 90% :)) najlepszych serialowych produkcji już dawno wylądowałoby na śmietniku. Owszem, czasem aż za bardzo widać, kiedy serial powstawał, co było wtedy modne, niedoskonałości techniki itd. (co bywa niekiedy męczące), to jest jednak nic w zestawieniu np. z tym, jak dana seria wpłynęła na telewizję i opowiadaną historią. Z tym że ja staram się właśnie nie patrzeć na czas powstania (pomijam kontekst) bądź też to, że wtedy mieli do dyspozycji animację poklatkową. Ważne jest dla mnie to, co w środku, a nie dekoracje. Stąd też Z Archiwum X i Space: Above and Beyond mogę oglądać na okrągło. Do Babylonu 5 też pewnie wrócę kolejny raz.

    SGA i Farscape zobacz, Andromeda też jest interesująca. Natomiast Babylon 5 masz natychmiast przesunąć na górę listy. To jest absolutne musiszobejrzećitojaknajszybciej! :)

    • „Za stary” znaczy „poniżej 2000 roku” ;) I wcale nie chodzi o efekty, zdjęcia, kostiumy czy dekoracje, ale o storytelling.

      Biorąc za przykład tytuły takie jak „Xena”, „Stargate SG-1” czy nowe „Star Treki”, mamy seriale, które w dużej mierze opierają się na formule „czegoś tygodnia”, co samo w sobie nie jest niczemu winne (w końcu dzisiaj jest to samo), ale co w ich przypadku denerwuje mnie ze względu na restart. Jeden odcinek, jedna przygoda, restart – kolejny odcinek, kolejna przygoda, restart. Relacje pomiędzy postaciami długo stoją przez to w miejscu, a oczekiwanie, aż fabuła ruszy wreszcie do przodu zaczyna mnie w końcu nudzić i frustrować. Ta reguła na pewno nie odnosi się do wszystkich przykładów, ale najpierw muszę uporać się z uprzedzeniem – i znaleźć czas i ochotę na obejrzenie pilotów ;)

      • Seji

        Poniżej 2000 roku? Straszne. ;)
        Monster of the week, jeśli jest źle zrobiony, bywa męczący. Choć nie wiem, skąd w tym wyliczeniu Star Trek – owszem, co odcinek jest nowy problem (choć DS9 i Voy mają już jednak ciągłość, a i TNG miał silne wątki przewodnie), jednak jako seriale oparte na postaciach właśnie robią całkiem niezłą robotę i jest tam jednak zahcowana ciągłość relacji międzyludzkich, zachodzące zmiany itd. (resetuje się głownie nabyte doświadczenie, przez co są popełniane te same błędy :P). Choć być może ja patrzę na nieco inne rzeczy.

        Historia swoją droga, jednak ez dobrych postaci nawet najlepsza fabuła polegnie, choćby ją z odcinka na odcinek podkręcali wybuchami. :) Z drugiej strony jest teraz Continuum, które mimo pozornej ciągłości miewa tak puste i nudne odcinki, że aż się przykro robi. Bardzo lubię seriale, w których każdy odcinek coś nowego wnosi do opowiadanej historii, jednak dobrze zrealizowany procedural (X Fajle, Druzyna A, MacGyver, Millennium) nie jest zły, a nawet bardzo dobry. :)

        Swoją drogą to ciekawe, że i SG-1, i B5, i DS9 potrzebowały sezonu-dwóch, żeby uruchomić główne wątki fabularne. A Space: Above and Beyond nie miał formy epizodycznej, każdy odcinek popychał historię do przodu, czy to w kontekście fabuły, czy też właśnie relacji między bohaterami. Wiem, że to wyjątek, ale… ;)

        PS. Babylonu 5 nie zarzucaj po pilocie, zrób przynajmniej 5-10 odcinków. Pilot jest slaby (wersja specjalna nieco lepsza) aczkolwiek bardzo ważny dla fabuły. Mów co chcesz o serialach sprzed 2000 roku, ale zobaczenie B5 to Twój obowiązek. ;)

      • Ziuta

        Serialem, który wprowadził takie podejście, jakie lubisz, to Archiwum X. Niedawno sobie obejrzałem pierwsze dwie serie i byłem zadowolony. Urok wczesnych lat 90 jest nawet zabawny, niby „nasze” czasy, ale bez komórek, internetu i mnóstwa innych, niby oczywistych drobiazgów. Reszta za to jest bardzo nowoczesna: wątek główny przeplatany potworami tygodnia (często ciekawszymi od UFO-spisku, bo scenarzyści mogli zaszaleć), powolne budowanie świata przedstawionego, fajne relacje między Moulderem i Scully.

        Poza tym zostają Brytyjczycy. Ich produkcje (Edge of Darkness, House of Cards) zawsze były dobre, często wyprzedzały epokę.

  • Marcin Dmochowski

    Nie oglądam bo za stary – w ten sposób odrzucałem SG. Na szczęście zrobili SG Universe – świeże więc obejrzałem. Tak mi się spodobało (a podobno słabe), że pochłonąłem całe SG:Atlantis. Ale na SG-1 jeszcze się nie zdecydowałem, bo za stary ;)

    • Kamil

      SGU jets koszmarne, Carlyle klasą samą dla siebie, a poza tym płytkie, irytujące postaci, które chce się zamordować, zwłaszcza pułkownika… Oglądanie SGA bez SG1, jest imo jakieś takie dziwne, ale ja specjalnie oglądałem je równolegle, zresztą co kto lubi. POjedyncze epizody można lubić lub nie, ale jedna ciągla historia może być też koszmarnie wykonana, patz 6 serie New Who w której jedyny naprawdę Dobry odcinek napisał Gaiman.

  • Q’las

    Troche rozumiem twoje objekcje jeśli chodzi o Andromede i Babylon 5. Mimo, że jestem fanem obu serii, to czasem mózg się po prostu wyłącza, jak widze niektóre stroje bohaterów (Prawie zszedłem jak zobaczyłem zbroje bojową zrobioną z kurtki zimowej typu „misiek” :O Nagminne w andromedzie). Jednak myśle że SG: Atlantis możesz oglądać bez zastanowienia. Wogóle nie widać, że stare ;)

  • Q’las

    Troche rozumiem twoje objekcje jeśli chodzi o Andromede i Babylon 5. Mimo, że jestem fanem obu serii, to czasem mózg się po prostu wyłącza, jak widze niektóre stroje bohaterów (Prawie zszedłem jak zobaczyłem zbroje bojową zrobioną z kurtki zimowej typu „misiek” :O Nagminne w andromedzie). Jednak myśle że SG: Atlantis możesz oglądać bez zastanowienia. Wogóle nie widać, że stare ;)

  • Jakub

    Nie będę oryginalny – Babylon 5 to absolutne „must see”. Chociaż nie zamieniłbym B5 na Firefly,
    Fenomen „Farscape” jest dla mnie niezrozumiały, przebrnąłem przez półtora sezonu czekając kiedy to zrobi się w końcu trochę lepsze. Nie doczekałem się, rzuciłem bez żalu.

  • Paweł Zarzycki

    B5 – Pierwsze dwa sezony to tak naprawdę prezentacja postaci i budowanie odpowiedniego tła dla dalszych wydarzeń. Całkowicie planowe i przemyślane choć dostrzega się to sporo później. Tylko na starcie budżet oraz możliwości techniczne były cieniutkie co widać boleśnie jak się porówna pierwszy i np trzeci lub czwarty sezon.
    DS9 – IMO jechał dokładnie po linii TNG. Pierwsze dwa sezony to takie macanie na oślep dookoła w poszukiwaniu ciekawych wątków do rozwinięcia później. SG-1 ma tak samo.
    Farscape jest „inny”, ale ogólnie to pomysłowa space-opera z potężną dawką humoru chwilami na pograniczu groteski. Ja tam lubię taki styl, a rozkręca się około trzeciego sezonu. Z kolei Andromeda (aka „Herkules w Kosmosie”) kompletnie mi nie podeszła.
    Z rzeczy „starych” to poleciłbym jeszcze Red Dwarfa, LEXXa (dwa baaardzo specyficzne seriale, które albo się uwielbia, albo nienawidzi :P) oraz Earth: Final Conflict – nieźle to wspominam.

    A co do dziwnych powodów nieoglądania seriali to mój znajomy nie ogląda „zbyt poważnych” w związku z czym jest fanem Farscape czy Stargate’ów a na wspomnienie o BSG czy SAAB nim trzącha.

    • Spriggana

      E:FC popieram, choć w zasadzie pierwszy sezon i starannie udawać że więcej nie było.

      Z BSG sama mam problem, bo o ile zaczęło się doskonale, to im dalej w las tym bardziej było widać że żadnego planu nie mają i próbują toto dopisywać na kolanie, dla odwrócenia uwagi podkręcając powagę tak, że się bezpieczniki od patosu przepalały.

      A z głupich powodów nieoglądania seriali to znajoma nie mogła zacząć Firefly, bo jej się Fillion wdrukował jako ten buc znany jako Kapitan Młot… ;-D

  • No i masz, przez was wszystkich szykuję się, żeby wziąć na klatę Babylon 5.

    Dziwię się, że jeszcze nikt jako powód nie podał marnotrawstwa czasu. Zawsze sobie wmawiam, że szkoda czasu na oglądanie seriali i stąd bierze się to, że cały sezon składający się z kilkunastu odcinków mogę oglądać przez miesiąc albo i dłużej. Moim rekordzistą w tej kwestii jest TWD. Zaległości w nim nadrabiam od początków maja, a do tej pory dobrnąłem do pierwszego odcinka trzeciego sezonu.

    W świetne tego powodu, obejrzenie Babylon 5 ze wszystkimi filmami zajmie mi pewnie z rok :D .

    • Zakładam, że nikt nie podał marnotrawstwa czasu jako powodu dlatego, że skoro już ogląda się seriale jako hobby, to czasu nigdy na nie nie szkoda ;)

      • Jakaś prastara prawda w tym tkwi ;)

        • Szczególnie iż w obecnym czasie, seriale oglądamy gdy mamy na nie czas (lub chęć), a nie tak jak dawnie iż organizowaliśmy sobie czas by oglądnąć jakiś serial.

  • pikselPOP

    Sam często doszukuję się dziury w całym i sobie daruje pewne serie (najczęściej wygląda to następująco: o nie, tyle odcinków, nigdy nie dam rady tego obejrzeć — w tym czasie łapię się za dwie nowe serie i po raz któryś oglądam dziesiątki odcinków znanego już serialu ; ).

    Mimo wszystko Cowboya Bebopa warto zobaczyć. Mówię to jako dawny fan „chińskich bajek”, który teraz raczej z nimi nie może wysiedzieć. Bebop jest jednym z chlubnych wyjątków, w które wciąż wpatruję się jak zahipnotyzowany, nie ważne ilekroć do niego wracam.

  • Ja strasznie nie mogłem się przełamać do ST:TNG, z powodu pilota i procesu Q. W wyniku czego całą serię oglądałem od tyłu – a i tak miałem z pół roczną przerwę przy się przygotować na TNG.
    B5 u mnie leży cały czas właśnie z „braku czasu”. Choć w między czasie zaliczyłem chyba wszystkie ważniejsze kosmiczne seriale.
    Z anime jest tak, iż trzeba w nie wejść odpowiednią ścieżką, po prostu wciągnąć się w ten świat. Niestety ja się dość mocno sparzyłem, biorą na drugą pozycję EVO :/
    Ale za to polecam Claymore. Jak bym to miał opisać w jednym zdaniu, to był powiedział „Japoński Wiedźmin”. < Inna sprawa serii Wiedźmin też jeszcze nie oglądałem.