And now for something completely different – kolejny z moich rzadkich wpisów mających na celu absolutnie subiektywne przedstawienie ulubionych kawałków muzycznych. Tym razem czas na na soundtracki (znowu?), ale tym razem w wersji przygodowej, bo ze wszystkich innych właśnie te przygodowe są moim najlepszym energetycznym koktajlem.

Kocham soundtracki, na pewno to wiecie (nie wiecie? zapraszam na Twittera pomęczyć Was zupełnie nie interesującymi Was faktami). Poniższe zestawienie chciałam napisać od bardzo bardzo dawna – tylko zawsze zaczynałam się wahać, które kawałki zawrzeć i czy na pewno o żadnym nie zapomnę. W końcu wziął mnie jednak muzyczny hype spowodowany, z jednej strony, szczęśliwie zakończonym zakupieniem biletów na koncert Gladiatora na Festiwalu Muzyki Filmowej, z drugiej, słuchaniem Guardians of the Galaxy i patrzeniem na gibające się do Jackson 5 drzewko. Nagle otoczyło mnie tyle muzycznego szczęścia, że lista nie mogła długo czekać. Będzie kompletnie wybiórcza i na pewno wypomnicie mi brak tego czy pominięcie tamtego – ale to zawsze okazja do poznania nowych kawałków. A zatem oto najlepsza przygodowa muzyka, której nie zamieniłabym za nic na świecie:

The Raiders March – Poszukiwacze zaginionej Arki (John Williams)

Jak oczywiste było, że „The Raiders March” podam na samym początku? W końcu jeśli mowa o przygodowej muzyce filmowej, partytura Johna Williamsa jest dla niej takim samym synonimem jak Poszukiwane zaginionej Arki są dla kina przygodowego. Ten kawałek ma więcej lat niż ja, a do dziś pozostaje moim niekwestionowanym numerem jeden. Słucham go codziennie i nie tylko nie przestaje sprawiać mi wielkiej radości, ale nigdy mi się nie nudzi – a wiem coś o tym, bo od lat jest moim jedynym prawdziwym dzwonkiem w telefonie. Jedynym prawdziwym – i cholernie zaraźliwym, o czym mogą poświadczyć moje koleżanki z pracy. Wiąże się też z ciekawą anegdotką, którą chętnie opowiem, bo wiecie, kiedy dzwoni wam telefon z motywem przewodnim z Indiany Jonesa w obecności jednego z dyrygentów, który współpracował z Williamsem, to powiem tak: robi się zabawnie. Słowem: tam-taramtaaaam tam-taraaaam…

Southampton – Titanic (James Horner)

Zapytacie: ale co ma wspólnego dramat o najtragiczniejszym zatonięciu w historii z energiczną muzyką przygodową? Ano „Southampton”, którego pozytywna melodia ilustruje taką pełnię nadziei, wielkości i właśnie wspaniałej, niezapomnianej przygody, że mam ochotę wznieść się z tej wspaniałości w przestworza. Idealnie pamiętam scenę prezentacji „Titanica” i towarzyszącą mu lekkość, radość i entuzjazm, które nie mogłyby lepiej kontrastować z czekającą na niego katastrofą. Zapomnijcie jednak o ludzkim dramacie i posłuchajcie przez chwilę tego jednego utworu, a sami na moment przestaniecie pamiętać, że muzyka z Titanica kojarzy się przede wszystkim z przejedzonym „My Heart Will Go On”.

The Medallion Calls – Piraci z Karaibów (Klaus Badelt)

O rany, jak ja w Piratach z Karaibów mogę muzycznie wybierać. Wciąż nie wierzę, że na tym soundtracku nie ma ani jednego nie podobającego mi się kawałka, co pewnie nie świadczy o mnie zbyt dobrze jako koneserce muzyki filmowej, biorąc pod uwagę, jak krytykowany – i jak wyprodukowany – ten album został. Pomijam jednak kwestie prawdziwego autorstwa poszczególnych utworów – tudzież faktu, że motyw Jacka Sparrowa przewija się w nich tak często, że mam problem z rozróżnieniem jednego od drugiego. Skupmy się za to na „The Medallion Calls”, czyli klimatycznym przejściu z osnutego tajemnicą oceanu w komediowe wprowadzenie szelmowskiego kapitana i szybkiemu zatonięciu jego tymczasowej łajby. Słowo, ten moment z okolic 00:20 do dziś sprawia, że zamykam oczy i przenoszę się na karaibskie morza.

Wheatfield – Twister (Mark Mancina)

Pisałam już, jak bardzo kocham Twistera – ale być może nie wspomniałam, że uwielbiam również jego muzykę. Zdążyłam nauczyć się filmu na pamięć zanim w końcu położyłam swoje łapki na soundtracku, ale jakże był on wart długiego czekania. Nie umiem aż opisać, jakie emocje ogarniają mnie przy pierwszych dźwiękach „Wheatfield” – utworu przedstawiającego bohaterów – bo zagłusza je tak czysta, bezkompromisowo radosna energia, że najchętniej mogłabym z niej pęknąć. Skoczny, optymistyczny kawałek bezbłędnie wprowadza film w swój niepowtarzalny, geekowy klimat – i nie mogłabym kochać go za to bardziej.

Main Title and Calvera – Siedmiu wspaniałych (Elmer Bernstein)

Powiem tak: Siedmiu wspaniałych to nie jest mój ulubiony western na świecie, choć oczywiście znajduje się w ścisłej czołówce. Powiem więcej: Elmer Bernstein zawsze mylił mi się w tych rejonach z Ennio Morricone i nigdy nie byłam pewna, spod czyjej ręki „Main Title and Calvera” wyszedł. Ale nie zmienia to faktu, że pierwsze nuty porywają mnie za każdym razem i za każdym razem muszę wysłuchać ich z poświęceniem pełnej kontemplacyjnej uwagi. To nie tylko kawał muzycznej historii, ale kawał świetnej, ponadczasowej muzyki.

Test Drive – Jak wytresować smoka (John Powell)

A teraz się do czegoś przyznam: How to Train Your Dragon obejrzałam tak strasznie długo po premierze, że z pokorą zaakceptuję każdą formę strofowania. Nie zwlekałam jednak z przesłuchaniem soundtracku, i to pomimo tego, że zazwyczaj nie słucham muzyki do filmów, których jeszcze nie obejrzałam. Tymczasem kompozycja Johna Powella zrobiła na mnie ogromne wrażenie, dając mi absolutną pewność, że pokocham i film. Oczywiście, kiedy go w końcu obejrzałam przekonałam się o tym bez cienia wątpliwości, ale to był mój pierwszy przypadek, kiedy to muzyka doprowadziła mnie do filmu, a nie na odwrót. W „Test Drive”, moim ulubionym kawałku, już samymi dźwiękami można wyobrazić sobie ten radosny pierwszy lot dwójki bohaterów i razem z nimi przeżywać te emocje. Zresztą sprawdźcie sami i powiedzcie mi, czy ze wzruszenia po przesłuchaniu tego utworu nie zachce się Wam płakać.

Jake’s First Flight – Avatar (James Horner)

A skoro jesteśmy przy lataniu, utwór przygodowo może nie aż tak typowy, nie aż tak energiczny, ale duchem oddający całą tę siłę, którą wchłaniam przez skórę. W sumie zawsze waham się pomiędzy „Jake’s First Flight” a „Climbing Up Iknimaya„, ale jakoś nie umiem przejść obojętnie wobec piosenki, której swego czasu uczyłam się na pamięć (mam takie odchyły, uczę się też mandaryńskiej wersji „Anything Goes” z Indiany Jonesa i świątyni zagłady). W każdym razie, to utwór niezwykle stonowany, nawet delikatny, chwilami wręcz wyciszony w stosunku do tego, co dzieje się na ekranie, ale naładowany masą zaraźliwego szczęścia, które spływa na mnie od razu w całości. A to w końcu tylko jeden utwór z całego sountracku pełnego egzotycznych, potężnych i emocjonalnych kompozycji!

Indy’s Very First Adventure – Indiana Jones i ostatnia krucjata (John Williams)

I powracam do Johna Williamsa, ale za to z bardzo dobrego powodu: bo na ten kawałek moje ucho jest tak wyczulone, że rozpoznaję go niemal w pierwszej sekundzie. „Indy’s Very First Adventure” ma ciekawe, bardzo długie wprowadzenie, ale gdy tylko podkręca tempo, jest wart każdego czekania. Od połowy 5-tej minuty zaczyna się praktycznie istna kreskówka, która skocznym rytmem przeprowadza Juniora przez pędzący pociąg, a mnie zabiera do krainy donośnego wymachiwania łapkami.

Nate’s Theme 2.0 – Uncharted 2 (Greg Edmonson)

Filmy filmami, ale jeśli chodzi o prawdziwe awanturnicze przygody, nie można zapominać o tych Nathana Drake’a z trylogii Uncharted. Motyw główny bohatera witający nas w menu głównym był jednym z pierwszym sygnałów, że ach, jak ja te gry pokocham. „Nate’s Theme 2.0”, dopieszczona wersja z dwójki, jest jeszcze lepszy i jeszcze bardziej przygodowy – wręcz tę kwestię donośnie obwieszczający. Zresztą kiedy wiem, że przede mną długa przygoda z pisaniem, nic nie pomaga mi wejść w nastrój lepiej niż wszystkie 3 soundtracki Grega Edmonsona na loopie.

Septimus – Gwiezdny pył (Ilan Eskheri)

I na koniec króciutki „Septimus” z jednego z moich ulubionych filmów przygodowych, którego cała ścieżka dźwiękowa jest warta uwagi, ale przekrojowy moment podróży bohaterów wbił mi się do głowy najmocniej. Brakuje mu uwielbianej przeze mnie bezdyskusyjnej lekkości, barwi go za to nieco złowroga nuta – nic dziwnego, skoro nosi imię jednego z głównych złoczyńców – ale jeśli chodzi o pozytywnej dawkę energii, nigdy mnie nie zawodzi. Zdarza mu się też rozmarzyć mnie na całego o magicznych krainach i podróżach piechotą, a to swego rodzaju sztuka.

I to by na razie było tyle. Pamiętajcie, czekam na Wasze kawałki – może komuś uda się przekonać mnie do przesłuchania soundtracku, z którego źródłem jeszcze się nie zapoznałam ;)