Najbardziej frustrujący sezon Falling Skies wreszcie dobiegł końca

fallingskies3postert-710x400

Powiedzmy sobie szczerze, 3. sezon Falling Skies nie należał do najlepszych. Po obejrzeniu czuję, że stoję dokładnie w tym samym miejscu, co dwa lata temu, z nadzieją patrząc na rozwinięcie jedynych wątków, jakie przykuły moją uwagę. Frustrujące nierówności, nudne dramy rodzinne i niemal całkowity brak napięcia to nie jest sposób na dobry serial o ruchu oporu walczącym ze złym kosmicznym najeźdźcą.

Okropnie ciężko oglądało mi się ten sezon, bo z ogromnie ciężkim bólem serca. Byłam na niego bardzo, ale to naprawdę bardzo nakręcona, a tymczasem już premierowy odcinek wzbudził we mnie więcej wątpliwości niż szczęścia. Co się działo potem można podsumować w jednym zdaniu: miałkie pomysły i nieumiejętność skupienia się na najważniejszym sprawiły, że cała siła 3. sezonu utknęła w pojedynczych scenach i tylko ściśle wybranych wątkach. Chaos narracyjny doprowadził wręcz do tego, że w obrębie tego samego odcinka w jednej chwili można było zacierać ręce z uznania, a w drugiej zagryzać zęby z bezsilnej wściekłości. Takich nierówności, i o takiej skali, nie widziałam w serialach dawno, mówię to z czystym sumieniem. Doliczyć do tego nudy, klisze, fantazje i zmarnowane szanse, i wychodzi sezon, dla którego dobrnięcie do końca było błogosławieństwem – bo w końcu trzeba było skrócić jego cierpienia. I pisania takich słów, jako fanka Falling Skies od 1. sezonu, naprawdę się nie spodziewałam.

Trzeba zacząć od tego, że chwalony przeze mnie przeskok czasowy o siedem miesięcy bardzo szybko okazał się druzgoczącą porażką, bo stało się jasne, że przymierze z Volm było tylko narzędziem narracyjnym nie niosącym ze sobą przesadnego znaczenia dla widza. O ile niezłomna wiara, jaką pokładał w nich Tom i instynktowy sprzeciw, jaki wzbudzali w Pope’ie, był dla nich samych niewątpliwie ważny, o tyle odebranie widzom możliwości własnego zapoznania się z przybyszami było dla scenarzystów strzałem w stopę. O Volm wiedzieliśmy tyle, ile nam pokazano i ile nam powiedziano, ale nie dając nam zbyt wielu możliwości na wyrobienie sobie wobec nich własnego zdania – a nawet lepiej, na zainwestowanie w ich obecność jakichkolwiek emocji. W efekcie kwestia ich złych bądź dobrych zamiarów nie miała dla mnie większego znaczenia, bo mnie to po prostu nie ruszało. Owszem, polubiłam Cochise’a – bo przecież jeden Volm wystarczy na reprezentanta całego gatunku – ale nadanie mu namiastki charakteru praktycznie dopiero w połowie sezonu było musztardą po zostawiającym coraz silniejszy niesmak obiedzie. Ale do tego jeszcze wrócę.

fs-s3-06

Drugim zabawnym motywem było usilne budowanie atmosfery zagrożenia poprzez kreację Karen jako największego wroga wszechświata. Prawie wszyscy, prawie z każdej strony, mieli coś do powiedzenia na temat tego, co zrobią Karen, jak już dorwą ją w swoje łapy, a każda taka wypowiedź  rysowała obraz najwredniejszej, najokrutniejszej i najgorszej suki jakiej świat jeszcze nie widział. Problem w tym, że Karen i jej zastępy oddziałów Espheni przez większość sezonu były prawie kompletnie niewidoczne. Jak więc uwierzyć w zagrożenie, o którym się tylko mówi? Wprawdzie pożegnaliśmy na stałe świetną postać, jaką była Crazy Lee – w chyba najlepszym odcinku całego tego nieszczęsnego sezonu – ale wszelkie „główne” tragedie wynikające z władzy Karen były płytkie i nieprzekonujące. Hal walczący z samym z sobą, Tom zdruzgotany po rzekomej śmierci Anne (w scenie, która aż się prosiła o jakiekolwiek emocje), pałająca żądzą zemsty Maggie – wszystko papierowe, suche, drętwe. Czemu Falling Skies tak świetnie udało się wymusić łzy w scenie śmierci postaci trzecioplanowej, a wzbudzać tylko ziewanie w scenach z postaciami z planu pierwszego? Oto jest pytanie.

Niezbyt trafionym pomysłem okazało się też mianowanie Toma na prezydenta i całą wynikającą z tego politykę. Czemu polityka była nieudana, już napisałam, ale Tom jako prezydent spowodował, że straciłam do niego całkiem sporo sympatii. Ukrywanie faktów (broń Volm), nieodpowiedzialne zachowanie (poszukiwania kreta), sprzeczne i niejasne motywacje (pokonanie obcych czy rodzina) – wszystko to sprawiało wrażenie naprędce spisanych na kolanie pomysłów, których logiki nikomu nie chciało się kwestionować. Zresztą z Tomem stało się w tym sezonie coś ogólnie niedobrego, bo w bardzo dużej ilości przypadków nie potrafiłam już rozgryźć, o co mu właściwie chodzi. Przyzwyczaił mnie do bycia postacią kierującą się przede wszystkim rozsądkiem i zasadami, ale gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, zaczyna się wściekać na Pope’a za głupi szczeniacki żart, miałam wrażenie, że nagle patrzę na zupełnie inną postać. Brak kontroli nad emocjami to cecha, która mi do Toma wybitnie nie pasuje, i parokrotnie czułam się kompletnie zagubiona w próbach śledzenia jego motywacji. Z drugiej strony, jego zachowanie zaalarmowało mnie już wcześniej, w scenach przekonywania Anne, że z Alexis będącej kosmitką to jej się tylko wydaje. Tyle razem przeszli, więc jak to jest, że nagle nie może wysilić się na okazanie jej choć odrobiny zaufania? To nie jest Tom, któremu chciałam kibicować, i na pewno nie ta postać, która tak zaimponowała mi w początkach serialu.

Podobnie ma się sprawa z innymi moimi ulubieńcami, Halem i Maggie. Od samego początku wyjątkowo podobał mi się sposób stopniowego zbliżania ich ku sobie, ale gdy w końcu zostali parą, stali się nagle – uwaga, niespodzianka – nieciekawi. Wątek z byciem kretem/nie byciem kretem i co z tego wynikało teoretycznie scementował ich związek (tym bardziej po tym, jak Maggie pokazała, że jej zależy), ale zupełnie mi w nim brakowało skrzenia. Czego zabrało? Przeszkód? Skali zagrożenia? Może odrobinę lepszego aktorstwa? Sprawiali wrażenie, jakby zatrzymali się na etapie starego dobrego małżeństwa, które świetnie razem działa, ale bardziej z przyzwyczajenia, niż z siły uczuć. Wszystko, co się pomiędzy nimi działo było stereotypowe i przewidywalne, i pomimo dużych kroków, jakie zaliczyła ich relacja, nie jestem w stanie powiedzieć, że oglądało mi się z ich przyjemnością. Hal miał trzy razy więcej chemii z jednej krótkiej scence z Lourdes pod koniec sezonu, która wreszcie dała mi nadzieję, że w kolejnym nie będę musiała wyrzucać mojej sympatii do kosza.

fs-s3-07

Wszystkie te wady całkowicie jednak bledną w zestawieniu z największym i najbardziej katastrofalnym błędem, jaki ten sezon popełnił – pojechaniem po najmniejszej linii oporu. Mieliście choć przez chwilę obawy, że to w pocie czoła budowane działo Volm nie zdoła zniszczyć defensywnej sieci Espheni? Bo ja nie. I tak było przez cały sezon. Gdy wyszło na jaw, że kretem jest Lourdes, szczerze się przyznam, miałam moment kryzysu – bo skoro wyjęcie jednego robala z Hala było ryzykiem dla jego życia, to wyciągnięcie kilkunastu z Lourdes na pewno skończy się jej śmiercią. Lourdes w dalszym ciągu jest moją ulubioną postacią, więc przez chwilę rozpaczałam – ale potem pomyślałam sobie, no rany, przecież to Falling Skies, na pewno nie zabiją jednej z głównych postaci. Co się okazało? Akurat na moje szczęście, Lourdes wyszła z tej kabały cała i zdrowa (przynajmniej fizycznie). Wierzyliście też, że Anne i Lexie zostały zamordowane przez Karen? Albo że Jeanne ma powody martwić się o ojca podczas ostatniej misji dywersyjnej? Albo że Masonowie nie wrócą z poszukiwań ze wszystkimi włosami na głowach? Można tak wymieniać i wymieniać, ale wniosek jest jasny: w 3. sezonie zabrakło wiarygodnych stawek. Zagrożenia niemal zawsze były powierzchowne, a szum wokół nich nieproporcjonalnie duży. Nie da się w jednej konwencji połączyć brutalnego dramatu wojny z bezpieczną sagą rodzinną, bo to tak, jak robić Szeregowca Ryana w świecie Kubusia Puchatka. W chwilach, kiedy miałam wojnę, wyłam z zachwytu, w chwilach, gdy na przód wysuwały się klasyczne amerykańskie wartości, wzdychałam ze słabości.

Ale żeby było jeszcze zabawniej, ręce praktycznie opadły mi przy odkryciu finałowego plot twistu. Przez cały sezon przewijał się ten cały wątek wątpliwości wobec prawdziwych motywacji Volm, ale gdy w odpowiedzi okazało się, że Volm chcą tylko wygrać tę wojnę za ludzi, usuwając ich z drogi poprzez przesiedlenie jak do jakiegoś rezerwatu, musiałam aż przetrzeć oczy ze zdumienia. O to całe to halo? Z dobroci serca pokonają wrednych najeźdźców, zapewniając rasie ludzkiej bezpieczeństwo i przetrwanie? A potem, zdumieni i zaskoczeniu, że ludzie odmawiają przeprowadzki, muszą tylko wysłuchać gadki o nieugiętym duchu ludzkości, by pozwolić im na samowolkę? Myślałam, że na etapie dziesiątego odcinka nic mnie już nie ruszy, ale naprawdę się przeliczyłam. Nie dziwi mnie, czemu Tom i reszta wściekli się na Volm (poza tym, Cochise synem głównodowodzącego? kto by pomyślał!), ale tak całkowicie banalna motywacja przybyszów to cios poniżej pasa. Na całe szczęście na ratunek zaraz przybyła Karen, oferując nieco bardziej pokrętną, kolonizacyjną wersję wydarzeń – co do której mam cholerną nadzieję, że ma rację – ale na nieszczęście, niespodziewanie szybko pożegnała się z życiem. I szkoda, wielka szkoda. Po pierwsze dlatego, że Jessy Schram jako zła Karen była fenomenalna i chciałabym oglądać ją w tej roli nadal, a po drugie, forma ewentualnego sojuszu z dotychczasowym wrogiem to apetyczny kąsek. Niestety, po tym, co widziałam do tej pory obawiam się, że chyba nieco poniżej możliwości Falling Skies

W zamian otrzymaliśmy za to Anne i sześcioletnią Alexis, której niezwykłe zdolności posłużą pewnie jako pomost ku nieznanej przyszłości. Ale zanim to nastąpi, bohaterowie przejdą jeszcze pół Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu nowego znaczenia serialu. I wiecie co? Bardzo mnie to cieszy – bo serial wróci przynajmniej do początków, które były o niebo lepsze niż ostatnie dziesięć odcinków.

Ale to wszystko powiedziawszy i na to wszystko ponarzekawszy, muszę wziąć w obronę parę rzeczy – bo jednak nie wszystko, czego się Falling Skies w tym sezonie dotknął, zamieniało się w pył. Na szczególną uwagę zasługują w moim odczuciu trzy postacie: Pope, Matt i Lourdes. Pope w zasadzie nie zmienił się w ogóle, dalej pozostając tym paskudnym typkiem, który do wszystkiego ma swoje zdanie i nie ma zamiaru poprzestawać, póki nie wciśnie go innym do gardła. Jako osobnikowi ekstremalnie przeciwstawnemu Tomowi, często nie umiałam się z nim w pełni zgadzać – zresztą tak samo, jak nie umiem się już w pełni zgadzać z Tomem – ale podoba mi się, że Pope zawsze potrafi przestawić sprawę z drugiej strony medalu. Zazwyczaj do Weavera należy wyważenie dwóch przeciwstawnych opinii, a ta dynamika zazwyczaj w serialu działa. Relacja pomiędzy Popem a Tomem, Popem a Weaverem i Popem a berserkerami (ze szczególnym naciskiem na Crazy Lee) świetnie pokazują, że pomimo gruboskórności, temu facetowi naprawdę zależy, i tylko dlatego tak bardzo się o wszystko rzuca. Liam Cunnigham świetnie też tę rolę czuje, więc Pope jak był, tak i pozostał jednym z moich ulubieńców.

fs-s3-05

Niespodziewanie jednak do czołówki postaci wysunął się u mnie Matt (pieszczotliwie nazywany na io9 „Mad Dogiem”). Zrobienie z niego młodocianego żołnierza obarczonego dziecinną wrażliwością i dorosłą odpowiedzialnością było raczej trudne do osiągnięcia – równie dobrze mógł wyjść z niego zarozumiały, wszędobylski dzieciak – ale wyszedł nad wyraz dojrzały młodzieniec, który boryka się z okrutnością wojny w zaskakujący sposób, bo w zasadzie się nie boryka. Po tym wszystkim, co się zdarzyło, Matt stanął na skraju poddania się – nie wierzy w szczęśliwe zakończenia (rozmowa o tym, że tylko Ben przeżyje), czuje, że ojciec zaczyna nie mieć racji, na śmierć patrzy z coraz większą obojętnością. Przyznam szczerze, byłam bardzo zaskoczona, jak dobrze został ten wątek poprowadzony – mam tylko nadzieję, że te wszystkie szczęśliwe zakończenia z finału nie sprawią, że Matt w tej egzystencjalnej pustce nagle odnajdzie kolorowe światełko w tunelu.

I na koniec Lourdes, dla której scenarzyści wreszcie znaleźli sensowny wątek. Nietrudno zauważyć, że do tej pory biedna dziewczyna błąkała się po serialu bez szczególnego ładu i składu, zawsze na dostawkę do kogoś innego, czyli głownie Anne. Jednak jeszcze zanim Anne zabrakło, relacja pomiędzy obiema kobietami nabrała kształtu, którego nie widziałam aż od 1. sezonu – bez znaczenia, że Lourdes była wtedy pod kontrolą robali. Później znów została przesunięta na dalszy plan (w jednym odcinku pojawiła się aż w jednej scenie), ale już od momentu ujawnienia jej tożsamości jako kreta zaczęło się robić ciekawie. Nie wiem, czy zwracacie uwagę na aktorstwo, ale ja byłam pod wrażeniem, jak świetnie udało się Seychelle Gabriel oddać dwulicowość jej bohaterki. Najistotniejsze jednak, że w przypadku Lourdes scenarzyści zdecydowali się obrać drogę trudniejszą, i zamiast w łatwy sposób ją uśmiercić, zapewnili jej pole do dalszego rozwoju. Uwolniona od robali, ale ze świadomością wyrządzonych krzywd, dziewczyna będzie miała w kolejnym sezonie niełatwą drogę do przebycia – czy 2nd Mass będzie w stanie jej zaufać? wybaczyć? zaakceptować? Czy ona sama będzie to umiała? Nawet nie wiecie więc, jak bardzo ucieszyła mnie jej krótka scena z Halem – nie dlatego, że sugeruje powrót do możliwości romansu – ale dlatego, że temat pomocy i wybaczenia nie został przez scenarzystów olany (tak jak Lourdes była olewana przez praktycznie dwa sezony). Poza tym, że to kolejna rzecz, która mnie w Falling Skies denerwuje – wąskie spectrum relacji pomiędzy postaciami (jedni tylko z jednymi, drudzy tylko z drugimi) – a która została tu łatana, samo obietnica dalszego rozwoju i interakcji z Lourdes wystarczy, żeby mnie przyciągnąć na kolejny sezon.

I tutaj właśnie mieści się sedno sprawy – będą Falling Skies oglądać dalej. Cały sezon, który okazał się praktycznie o niczym, zrobił jedną, dość istotną rzecz – dobrze się zakończył. Powrót do tułaczki, nowe oblicze wojny, w dalszym ciągu nieznane zamiary Volm, a do tego obiecujące wątki w postaci Alexis, rozłamu pomiędzy Halem a Maggie (bo jakoś nie wierzę, że jej zimnokrwiste zabójstwo Karen wynikało z troski o bezpieczeństwo ukochanego) i odkupieniem Lourdes to dla mnie duża motywacja, by dawać Falling Skies nie jedną, ale i kolejne szanse. W dalszym ciągu zależy mi na tych bohaterach i w dalszym ciągu zależy mi na tym serialu, więc pomimo miliona fatalnych potknięć, w dalszym ciągu wyciągam ku niemu rękę. To był najbardziej frustrujący sezon Falling Skies, ale jeśli ma choć 5% potencjału poprawić się w przyszłym, jako wytrwała fanka mogę mu tylko zaoferować całe mentalne wsparcie. Póki mi jeszcze zależy.

  • rob

    robale rany mogliby wymyślić jakiś mniej oklepany motyw kontroli ludzi bo SG1 władcy marionetek któraś z ekranizacji kinga (tytułu nie pamiętam ) itd itd widzę że dobrze że rzuciłem ten serial po kilku odcinkach ;)pozdrawiam

    • Grzegorz Osik

      (╯°□°)╯︵ ┻━┻
      Stary. Wyślij mi na priva adres, dostaniesz w prezencie podręcznik do interpunkcji.

      • rob

        nie uznaję jej podobnie jak gramatyki i ortografii jako narzędzi opresyjnych sadysto polonistów ;))

        • Grzegorz Osik

          Gdybym pisał takie idiotyzmy to też bym się wstydził z imienia podpisać.

          • Hola, panowie, bo będę kasować :)

            • Grzegorz Osik

              Całą dyskusję? Od pierwszego posta? Jeśli tak, jestem za! :)

  • Nie oglądam Falling Skies (po pilocie dałam sobie spokój), więc wpadłam tylko, żeby powiedzieć, że czcionki w nagłówkach notek w nowym szablonie wyświetlają mi się takie strasznie ostre i poszarpane. Mam Chroma :)

    • Hmm, też używam Chrome’a, ale jakoś nie zauważyłam, żeby z czcionkami było coś nie tak. Screenshot?

      • Nie mogłam znaleźć maila więc obrazek wklejam tutaj :) W poprzednim szablonie czcionki były cacy:

        • Kurczę, no to mamy tak samo poszarpane, bo ja też używam Chrome’a i widzę u siebie te same końcówki, ale jednak wydają mi się całkiem do przejścia ;)

  • Poza Continuum (które jest raczej light sci-fi) i True Blood (ekhm) sezon letni nie daje innych alternatyw dla miłośnika fantastyki, więc siłą rzeczy oglądam i kibicuję Falling Skies. Nie mogę się natomiast zgodzić, że sezon jest gorszy od poprzedników – jest to jedyna seria jaką oglądałem na bieżąco, bo poprzednie dramaty „gdzie się moje dzieci?” albo „ukradli nam motory” były możliwe do przełknięcia i strawienia jedynie większymi partiami odcinków.

    Na plus na pewno trzeba zaliczyć pojawienie się Volmów; obcych ras i technologii nigdy nie za wiele. Wydaje mi się też, że wątki obyczajowe były prowadzone sprawniej, efekty specjalne były jakby ładniejsze. No i dr Wilson… ekhm, Robert Sean Leonard! Poznałem, że to on dopiero w drugim odcinku z jego występem, więc za taką charakteryzację jestem nastawiony jak najbardziej pozytywnie do serialu. (;