Zabijcie mnie, ale podoba mi się Olympus. W sensie „jakże fajnie mi się go ogląda”, w przeciwieństwie do „jaki to jest dobry serial” – bo to wcale nie jest dobry serial. To serial z ambicjami mitologicznego Ikara, któremu lada moment roztopią się skrzydła. Ale frajda z latania jest i tak – więc wcale się nie przejmuję i oglądam, póki wieje mi pomyślny wiatr.

W chwilach takich jak te zaczynam się zastanawiać, czy powinnam prowadzić bloga o serialach fantastycznych. Jeśli o wszystkim będę pisać w pozytywnym świetle, lada moment stracę wiarygodność. W końcu w całej karierze zjechałam tylko garstkę tytułów – np. rozczarowujące Kroniki Sary Connor – i ciągle podobają mi się seriale, na które narzeka już połowa Internetu. Jestem za łagodna? Za miękka? Za naiwna? Pewnie wszystkiego po trochu. Ale wtedy przypominam sobie, że nawet jak nie wszystko złoto, co się świeci – to dalej się świeci. Nawet, jeśli serial nie nadaje się do niczego, są ludzie, którzy znajdą w nim coś dla siebie. Więc tym razem, na przykładzie Olympusa, zacznę od wszystkiego, co jest w nim złe, żeby potem powiedzieć Wam, co mi się jednak podoba.

Zacznijmy od tego, o czym to jest, bo jeśli o opisy fabuły chodzi, w życiu nie dałoby się rozszyfrować tej Olympusa – co przy okazji sprawiło, że pilota oglądało się w stanie totalnego nemo i może właśnie te niespodzianki wpłynęły na mój pozytywny odbiór. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, Olympus to serial fantasy czerpiący z greckiej mitologii, którą niedawno, z kiepskim skutkiem, próbował zaadaptować brytyjski Atlantis. Tak czy inaczej, w serialu śledzimy historię Herosa, najemnika o przeklętym imieniu, w którego żyłach płynie Leksykon – sekret wstąpienia do Olimpu, siedziby bogów. Heros nie za bardzo wie, co zrobić ze swoim życiem, ale gdy okazuje się, że z powodu swojego urodzenia chcą go dorwać Ci Źli, niechętnie rozpoczyna wyprawę po swoje przeznaczenie. W niej towarzyszy mu Wyrocznia ze świątyni Gai – po tym, jak zmusił ją do współpracy, ale nie przewidział, że dziewczyna zechce deptać mu po piętach – oraz Dedal, szalony naukowiec, pogrążony w rozpaczy po tragicznej utracie syna. Dedala gra Matt Frewer, jedyne nazwisko, które można rozpoznać bez konsultacji z ciocią Wikipedią, więc niech wyjdzie im to na plus.

Po drugiej stronie barykady stoi zaś knująca za plecami męża – króla Aten, Egeusza – czarownica Medea, która nie spocznie, póki nie dorwie Leksykonu w swoje ręce. W całość wplątany jest jeszcze jej młody syn, naiwny Lykos, w zasadzie marionetka na usługach matki. Mamy też ateńskich generałów, w tym brata króla, mających sprawiać wrażenie, że na dworze roi się od intryg, później poznamy też króla Minosa i jego wyrachowaną córkę Ariadnę (tak, Ariadna ma tu być podstępną manipulatorką). Krótko mówiąc, ilość postaci jest całkiem standardowa – problem w tym, że wokół nich dzieje się za dużo, za szybko i, jak można przewidzieć, bez większego ładu.

Teraz pytanie: zdarzyło się Wam kiedyś zacząć oglądać jakiś serial od środka sezonu? Kiedy struktura fabuły i postacie bohaterów zostały już zarysowane, więc weszliście w samo centrum ich normalnej codzienności i ich normalnych problemów? Bo tak właśnie ogląda się pilota Olympusa – jakby serial trwał już od dobrych kilku odcinków, gdzie zamiast poznawać otoczenie, powinniśmy poznawać tylko dalszy rozwój wydarzeń. Nie powiem, w pierwszej scenie takie podejście nawet mnie oczarowało – odcinek zaczyna się od desperackiej ucieczki Herosa od zostania obiadem cyklopa – ale z każdym dalszym momentem, w którym fabuła nie wyjaśniała, po co tam właściwie jest, brak punktu zaczepienia wzbudzał pewną konsternację. Nie za bardzo na przykład wiemy, po co Heros wybrał się w podróż – poza tym, że w niej jest; czemu Wyrocznia uciekła ze świątyni – ani czemu czuje się w obowiązku wspomóc Ateny; co w zasadzie łączy Medeę i Egeusza – ani kim ta pierwsza jest; etc, etc. Sytuacji nie pomaga ultra-szybki montaż, który skacze od sceny do sceny bez należytego wprowadzenia, jakby odcinek zupełnie nie mógł doczekać się zarzucić nas wszystkimi faktami i wątkami naraz. Brakło tu subtelności, co niestety jest efektem nadmiernie entuzjastycznych pilotów. Niestety, ale i na szczęście, bo już drugi odcinek wyraźnie przystopował, można więc żywić nadzieję, że tempo w końcu nabierze potrzebnego oddechu. Szkoda tylko, że już po szkodzie.

 

Tymczasem to właśnie fabuła powinna w Olympusie bezdyskusyjnie porywać wyobraźnię, bo tylko ona byłaby w stanie przeciwważyć wygląd tego serialu. Choćbym chciała, nawet ja nie będę w stanie obronić wygenerowanych komputerowo teł, które nieważne, jak bardzo by chciały, nigdy będą prezentować się lepiej niż fatalnie. Ok, na wyrzeźbione w górach posągi czy zakopane pod piaskiem ruiny same w sobie patrzy się całkiem przyjemnie – bo to ładne widoki są – gdyby tylko nie niszczył ich efekt greenscreenu, który aż krzyczy taniością i sztucznością. Jeśli przychodzi Wam do głowy Once Upon a Time i Once Upon a Time in Wonderland (albo też np. 1. sezon Spartacusa), to właśnie o czymś takim mówimy – tylko pomnożonym co najmniej o dwa. Jednak obu baśniowym serialom, a już na pewno Spartacusowi, można tę taniość wybaczyć, bo mają na swoją obronę ciekawą i wciągającą fabułę, poza tym nie polegają na tych efektach w aż tak dużym stopniu. Olympus rozgrywa się na greenscreenie w zdecydowanej większości, a więc w zdecydowanej większości zmusza do oglądania brzydoty. Jednym będzie to przeszkadzać mniej, innym bardziej, ale przeszkadzać będzie na pewno. Przypomina tym inną produkcję Syfy – Battlestar Galactica: Blood & Chrome (o, też zjechałam!) – która wręcz chwaliła się całkowitym użyciem komputerowych teł, jednak z o wiele lepszym – droższym – skutkiem. Wszyscy chyba wiemy, że nie każdy serial fantasy może być Grą o tron, ale jeśli już robić fantasy, powinno się o jakąś wiarygodność postarać. Niestety, Olympus jest tani w obu tego słowa znaczeniach, a przy takiej inwestycji można się tylko modlić o cud.

No ale właśnie, jeśli o cudach mowa, to jak w tym wszystkim znaleźć jakąś frajdę? No cóż, dzięki dwóm rzeczom – a właściwie jednej, ale blisko związanej z drugą. Bo widzicie, nie pamiętam, ile razy już mówiłam, że kocham historie przygodowe. Podróże usiane przeszkodami, testy umiejętności i charakteru, drużynę niedopasowanych postaci współpracujących dla osiągnięcia tego samego celu. Wiecie, cały ten RPG-owy vibe, tak bardzo charakterystyczny dla Dungeons & Dragons i innych systemów heroic fantasy. Od zawsze miałam do niego wielką, ogromną słabość, więc teraz, gdy już nie gram w RPG-i, lgnę do niego wszędzie indziej. Enter Olympus ze swoją podróżą Herosa i, chcąc-nie chcąc, złapałam się na haczyk zanim się w ogóle zorientowałam. Mało tego, enter Wyrocznia z jej nie słabnącym potokiem sprzeciwu i gotową w każdej sekundzie kłótnią z bohaterem. Nic nie poradzę, lubię taką dynamikę. A teraz, gdy dołączył do nich Dedal, ich wesoła gromadka stała się już zupełnie jak żywcem wycięta z jakiejś sesyjnej przygody. I nieważne, że motywacje jej członków wiszą gdzieś w niewidocznym dla nas domyśle, albo że znają się ledwo tak dobrze jak my znamy ich, albo że to wszystko zupełnie nie ma sensu – jest przygoda, jest fajnie. Nawet tym fajniej, że mogę oglądać ją od razu, od tego całego środka.

Powiem więcej: całkiem podoba mi się również aktorska strona serialu. Zwłaszcza wspomniana dynamika pomiędzy Herosem (Tom York) a Wyrocznią (Sonya Cassidy) zasługuje na pochwałę, bo wydaje mi się świeża i naturalna, a już tym bardziej świeża i naturalna, jeśli weźmie się pod uwagę niemal całkowite granie na tłach z greenscreenu. Przyznaję, nie spodziewałam się aż takiego wczucia przez aktorów w te role, a ostatni raz, kiedy nie spodziewałam się od aktorów aż takiego wczucia w role wylądowałam zakochana w Power Rangers. Więc jeśli para głównych bohaterów, a zwłaszcza Wyrocznia, przypadła mi do gustu, co mam zrobić, jak nie cieszyć się z oglądania?

Niestety trudno powiedzieć to samo o Tych Złych. Medea, jak na postać z całym swym podstępem i potęgą, jest co najmniej poprawna, bo straszliwie brakuje jej charyzmy zdolnej przekonać mnie o jej wielkości. Egeusz jak do tej pory nie zrobił nic poza narzekaniem, kłóceniem się i dawaniem się żonie uśpić, a ich syn, pod względem charakteru najciekawszy, zbyt pewnie stoi jeszcze w cieniu wydarzeń. Żałuję, że przez dwa odcinki nie dane nam było wejrzeć w intrygancki umysł Kserksesa, bo bardzo interesuje mnie rola Casa Anvara. Przez to wszystko wątek ateński jest póki co nudny i blady – nawet przy oślepiającej jaskrawości pałacowych wnętrz – więc jeśli to, co mówią, że serial jest na tyle dobry, na ile dobry jest etatowy złoczyńca, to prawda, to Olympus ma przechlapane.

Tylko że ja się wcale nie łudzę, że ten serial przetrwa. W zasadzie nawet nie obawiam się momentu skasowania, choć oczywiście wcale mu go nie życzę. Za dużo rzeczy już na stracie poszło tu nie tak, zbyt duże ambicje uderzyły twórcom do głowy (a może wiara, że ludzie lubią camp?) i niestety zbyt mało przemyśleń – i pieniędzy – poszło w ten projekt. Przy kiepskich wynikach oglądalności, jakie zgarnęły dwa wyemitowane odcinki, nie obstawiam, że sytuacja do końca sezonu jeszcze się polepszy. Ale do tego czasu mam zamiar spokojnie obejrzeć sobie całość serialu, właściwie nawet lżejsza o wiedzę, że nie muszę się za bardzo przywiązywać. Ile polecę, tyle się nacieszę.

  • rob

    wiesz opisując w akapicie o sesji RPGj co ci się podoba opisałaś dokładnie fabułe 90% ekranizacji przygód Sindbada ;-P (tak mam na myśli starocie z l 60/70 )

    • Tak daleko nie sięgam, ale serialowego „Sindbada” z UK 2-3 lata temu też oglądałam z frajdą :D

      • rob

        w starych było tak samo czyli złol porywa ksieżniczkę/dziewczynę sindbad zbiera drużynę lecą w pościg po drodze kombosy z potworami przez złola nasłanymi docieramy w odległe pustkowie walczymy z bossem pokonujemy jego i złola ratujemy dziewczynę koniec :)

        • Hihnt

          Wypisz wymaluj epos rycerski/fabula ksiazek Edgara Ribe’a Burroughsa ;)

  • Marcin Segit

    Olympus jest bezdennie głupie i fatalnie zrobione (choć niektóre tła niezłe). Sprawdzę trzeci odcinek, ale nadziei nie widzę.

  • Ojej! *kwiknięcie* Sprawdzę z radością, ale raczej taką naukową, żeby sprawdzić, co jeszcze zabawnego można zrobić z dorobkiem antyku. Dzięki za polecenie :D