Kocham wirusy. Kocham pandemie. Kocham fikcyjne amerykańskie wojsko, wodę, postapo, kocham poczucie straty i konieczności odbudowania wszystkiego od nowa. Dlaczego więc nie pokochałam The Last Ship, które ma to wszystko w jednym? Dlatego, że od słuchania nędznych dialogów i oglądania fatalnego aktorstwa odpędzałam od siebie poczucie zażenowania.

Bardzo na ten serial czekałam. Bardzo bardzo, bo miał właśnie wszystko, co mnie kręci. Przeczytałam nawet książkowy oryginał (to znaczy jeszcze nie, ale już prawie) i wcale nie chowałam do Michaela Baya urazy za zupełne zmienienie fabuły, wydźwięku i niemal wszystkiego poza imieniem głównego bohatera oraz nazwą statku. Trailery sugerowały akcję, więcej akcji i jeszcze odrobinę akcji, i to było ok. Prawdą jest jednak mówienie, że w trailerach pokazują to, co najlepsze, bo tego, czego trailery The Last Ship nie pokazały, dałoby się sprzedać tylko za pomocą cudu. Pilot serialu to bowiem jeden wielka porażka na poziomie scenariuszowym, obsadowym, koncepcyjnym i prawie że wykonawczym. Jedynym jasnym punktem jest sam statek, majestatyczny USS Nathan James, który gra, prezentuje się i przemawia (!) lepiej od każdego pojedynczego aktora na jego planie.

Zacznijmy od tego, że The Last Ship to nie The Last Ship – wszyscy, którzy czytali książkę powinni wziąć sobie ten fakt do serca, inaczej srogo się rozczarują. W zamian za przygnębiającą, ale pełną nadziei opowieść o nuklearnej pustce i poszukiwaniu bezpiecznego domu, serial zajmuje się śmiertelnym wirusem, który wybił 80 procent ludzkości, ale na szczęście jest na niego lekarstwo – już w tym głowa dzielnej załogi Nathana Jamesa oraz nieomylnej dr Scott. Nie będę mówić, jak nieudolnie pilot próbuje opowiedzieć nam o stracie, ryzyku i globalnym końcu świata, bo opluję się negatywnymi epitetami – wspomnę za to, że jak można było schrzanić tak świetnie zapowiadający się pomysł.

W pilocie tego serialu – poza cudownym statkiem – nie działa praktycznie nic. Bohaterowie zarysowani są z wdziękiem hipopatama skaczącego po trampolinie, scenariusz roi się górnolotnych idei, które powinny opaść na ziemię, aktorstwo poszło na łąkę się kochać, a jakakolwiek próba ukazania napięcia kończy się potrójnym uderzeniem w czoło. W życiu bym nie przypuszczała, że można tak fatalnie, tak drewnianie, tak zupełnie bez wyrazu wypowiadać deklaracje nadziei, wiary i przetrwania. Co scenę zastanawiałam się, kto zdecydował o zatrudnieniu do roli kapitana Erica Dane’a, skoro ten człowiek praktycznie tylko stoi i porusza ustami. Nic a nic nie obchodziło mnie jego przerażenie, jego ból, jego próby zrozumienia sytuacji, bo ani on, ani sama sytuacja nie niosły za sobą żadnej wagi. O wybuchnięciu zarazy dowiadujemy więc jakby od niechcenia, ot, w rozmowie; kawałek dalej wybucha pocisk nuklearny, ale co z tego – to przecież tylko chwila; ktoś traci przyjeciala, ktoś ubolewa nad rozłoką z rodziną, wszystko na papierze trudne, bolesne i przerażające – ale nic a nic mnie to nie ruszało. Nie ruszało mnie, kto z kim ma romans (oczywiście najbardziej oczywista para na świecie), nie ruszało mnie, kto jest lesbijką, nie ruszało mnie, kto, komu, dlaczego i za co salutuje. Zaraza, która zniszczyła ludziom domy i powitała globalną anarchię? Tak, ona też mnie nie rusza.

Co gorsza, pilot tego serialu sprawia wrażenie poskładanego z kilku odrębnych kawałków, byle tylko działo się w nim dużo i działo się w nim szybko. Czegoż tu nie ma. Jest jakieś starcie (brał w nim udział statek, więc było super), jest jakiś pościg (brał w nim udział pies, więc jeszcze lepiej), jest oczywiście wybuch epidemii i skutki epidemii, jest zakulisowa zagłada świata, jest badanie włoskiego liniowca, jest wybuch nuklearny – wszystko oczywiście co rusz przeplatane nową rewelacją na temat członków załogi – jest tęsknota za rodziną (nieważne, że nic o nie wiemy i mało nas to obchodzi), jest wreszcie ociekająca patosem kapitańska przemowa, od której lecą łzy i krają się serca. So freaking what. Ja wiem, że Michael Bay, akcja, patos, wybuchy, ale na litość boską, aż łapałam się za głowę ze wstydu, jak ja mogłam na ten serial czekać. Totalne (no dobra, statek, więc nie takie totalne) rozczarowanie. Po-raż-ka.

Nie będę pisać więcej, bo aż szkoda mi słów. Jeśli dalsza część serialu będzie tak wyglądać, to nie wiem, czy nawet statek przekona mnie do poświęcania mu czasu. Statek! Wirus! Epidemia! O zgrozo…