„Pamiętacie ten nudny serial o czarownicach i purytanach, który miał być taki fajny, a okazał się taki nudny? Nie, że jakoś przesadnie zły – po prostu niekoniecznie wystarczająco angażujący. No więc dla nas, którzy wytrzymali, dobra wiadomość: zostaliśmy za swą cierpliwość nagrodzeni. Minęło ledwie 6 odcinków drugiego sezonu, a już trudno się oderwać.

Jeśli czytaliście mój wcześniejszy tekst o Salem, pewnie wiecie, że w równym stopniu żywię do niego sympatię, jak i mam z nim problem. Pierwszy sezon pełen był problemów natury fabularnej oraz koncepcyjnej, pośród których bohaterowie wydawali się odcinek po odcinku błąkać bez wyraźnego celu, a akcja toczyła się przez to jak muchy w smole (o ile muchy się toczą). Późniejsze pojawienie się złowieszczego papy Mathera, dzielącego ciało i głos Stephena Langa, podkręciło napięcie tylko do pewnego stopnia, nie naruszając zbytnio faktu, że finału oczekiwało się z pełnym zmęczenia błogosławieństwem. Chyba się zgodzicie, że w serialu brakowało postaci, z którymi można było się zżyć, wątków, które mogłyby wypełnić fabularne pustki, oraz stawek, przez które mogło nam na tej historii zależeć. Z pewnym zdumieniem więc, ale i radością, muszę Wam zatem powiedzieć, że poniedziałkowych wieczorów wcale nie oczekuję obecnie z powodu Gry o tron – ale właśnie Salem. Bo jak tam się nagle zrobiło ciekawie!

Dużo pójdzie pochwał w tym tekście, ale musimy zacząć od krytyki, bo zostaliśmy przez scenarzystów perfidnie oszukani. Pierwszy sezon zakończył się w końcu upragnionym odprawieniem przez Mary Wielkiego Rytuału, a tu się okazuje, że figa – Wielki Rytuał się co najwyżej zaczął (zesłaniem na Salem plagi wybijającej śmiertelników), a czy w ogóle zakończy się sukcesem, dowiemy się pewnie za kilkanaście odcinków. Prawdopodobnie ktoś go przerwie (stawiam na Lucy Flawless) i za rok zaczniemy się bawić w kolejny rodzaj zemsty. Ale tak naprawdę: nieważne. Główny wątek fabularny może sobie iść jakim chce torem, bo wokół niego dzieją się rzeczy znacznie ciekawsze, w znacznie szybszym tempie, i przy znacznym podkręceniu tzw. fear factoru, wreszcie wyciskając z Salem te posmaki horroru, o które rok temu mogliśmy się tylko modlić. Co najważniejsze jednak: wreszcie wyciskając z postaci wątki i charaktery, które tak położyły w nudzie i trudzie premierowy sezon.

Weźmy np. Mary Sibley, czarownicę, która miała być postrachem miasteczka i zbawicielką swojego rodzaju, co ciężko było w niej dostrzec biorąc pod uwagę jej nieszczęśliwy wątek z byłym ukochanym. W nowym sezonie Mary pławi się w triumfie, a raczej pławiłaby się, gdyby na horyzoncie nie pojawił się nowy problem w postaci doktora Wainwrighta, przybyłego do Salem celem unicestwienia plagi. Pomiędzy nim a Mary natychmiast zaczyna się gra w kotka i myszkę, tym jednak razem jest ona o tyle ciekawsza, że doktor nie daje się bohaterce łatwo manipulować, a sam jest jej osobą zafascynowany i w związku z tym śmiele sobie z nią poczynia. Bezwzględną naturę Mary balansuje z kolei już nie Alden, ale dopiero co odzyskany syn, czyli – jak można się było spodziewać – jeden z najbardziej krypnych dzieciaków na ekranie. Oba wątki są w zasadzie pewnym odbiciem wydarzeń z pierwszego sezonu, ale tutaj są zdecydowanie bardziej pikantne, praktycznie pozbawione łzawych wzruszeń, a więc znacznie bardziej niepokojące. I serio, jeśli mam oglądać serial o tym, jak czarownice wodzą całe Salem za nos, wolę oglądać go z perspektywy postaci pewnie stojącej na nogach. Naprawdę, Mary przeszła bardzo dobrą i bardzo konieczną zmianę na lepsze – „źlejsze” – i mam tylko nadzieję, że ten wzmocniony hart ducha utrzyma jej się do końca sezonu.

Z drugiej strony mamy Aldena, postać udaną jeszcze mniej niż naszą wiodącą czarownicę, który zmienił się diametralnie do tego stopnia, że jest już praktycznie innym bohaterem. I na całe szczęście. Znikła jego przebrzydła długowłosa peruka, znikło jego udawanie i poczucie winy, a na ich miejsce wstąpiła paląca zemsta, indiańskie sztuczki i niemalże asasyński strój, w którym wygląda najcudowniej na świecie. Alden póki co bardzo mało robi i jeszcze mniej mówi, ale za każdym pojawieniem się na ekranie aż sączy się z niego żądza zemsty i paląca nienawiść – cechy, które wreszcie nadają mu charakteru i odwagi do działania. Mam oczywiście wrażenie, że to się wszystko posypie, gdy jego ścieżki skrzyżują się z prawdą, o której jeszcze nie wie, ale na razie jego powoli przyjmujący kształt plan ogląda się wyśmienicie. Mieszanka skradania się, złowieszczych spojrzeń i morderczego kroku to bardzo dobre zastępstwo za smęcenie i robienie oczu do byłej ukochanej.

Tak czy inaczej, najlepsze jeszcze przed nami, bo oto najciekawsze zmiany przeszła dwójka, która w tej chwili jest moją ulubioną parą w tym serialu, a przynajmniej jednej jej połówki wcale się na tym miejscu nie spodziewałam. Mowa o Cottonie oraz Anne Hale, postaci połączonych tragicznymi wydarzeniami, z których żadne nie może się drugiemu wyspowiadać. W tym sezonie zyskuje zwłaszcza Anne, ponieważ jej nudny i praktycznie nie istniejący wątek z pierwszego sezonu zamienił się w bardzo intrygującą podróż młodej, niedoświadczonej czarownicy, rozdartej pomiędzy pragnieniem czynienia dobra a wymykającymi się spod kontroli, a śmiercionośnymi, mocami. Osamotniona, wciąż jeszcze niewinna, a wciąż idealistyczna, Anne niechętnie zgadza się na patronat Mary – pakt z diabłem zawarty tylko dlatego, by mogła nauczyć się panować nad swoimi umiejętnościami i dzięki nim być w stanie czynić dobro. Widzieliśmy już, jak wygląda czarowanie w świecie Salem, wiemy więc, że Anne postawia sobie cel właściwie nie do osiągnięcia – nie przy takiej ilości krwi i ofiar, jakich wymagają rytuały – ale właśnie przez to jestem tym ciekawsza, czy dziewczynie uda się znaleźć jakieś trzecie rozwiązanie. Bardzo chciałam tak dobrego wątku dla tej postaci, no i proszę – mówię, mam.

W pięknym kontraście do Anne znajduje się z kolei Mercy, moja ulubienica z poprzedniego sezonu, którą całkiem trafnie wytypowałam rok temu na główną złą. Jedną z głównych złych, jeśli mam być dokładna – to zaszczytne miano przejęła Lucy Lawless jako hrabina Marburg – ale Mercy i tak nieźle miesza w pieczołowitych rozgrywkach Mary. W przeciwieństwie do Anne, Mercy nie tylko odrzuca jakąkolwiek pomoc o naczelnej czarownicy, ale wręcz wytacza jej krwawą wojnę. Poprzez niedocenienie doświadczonej przeciwniczki, sama staje się jej ofiarą, przez co aż przykro patrzeć na sztucznie oszpeconą twarz prześlicznej Elise Eberle. Za to rączki same zacierają się na myśl zemsty, która powoli doprowadza Mercy na skraj szaleństwa. Kontrast z Anne dopina się w tym miejscu jeszcze mocniej, ale również zaciera, bo obie bohaterki – jedna odrzucająca swoją mroczą stronę, druga przyjmująca ją z otwartymi ramionami – balansują na bardzo podobnej granicy. Uwalnianie swoich mocy to niebezpieczna gra, w której żadna nie ma tyle wprawy, co Mary.

W kontekście tych kilku analiz spójrzcie teraz na grafikę tytułową: czyż to nie jest wspaniałe oddanie złożoności wzajemnych relacji tych bohaterek? Mercy i Anne po obu przeciwległych stronach Mary – u boku której zawsze znajduje się ochraniająca jej interesy Tituba – jedna życząca czarownicy śmierci, druga przez nią obejmowana, lecz sama nie deklarująca swoich przynależności? Ach, jakże uwielbiam ten plakat. Nie ma lepszej ilustracji tego sezonu.

Mamy więc cztery dysponujące potężną mocą kobiety – wspomagane przez niezastąpioną Lucy Lawless, której złowieszcza hrabina jest, jak można się spodziewać, doskonała w każdym calu – pogrążone w wojnie na kilku frontach, a do tego zmagające ze smutną codziennością otaczającej ich rzeczywistości. Jako kobiety, zdane są na łaskę mężczyzn, u których albo muszą szukać opieki (lepiej: iluzji opieki), albo im się przeciwstawiać – zręcznie, po cichu i zza kulis. To kobiety w tym sezonie trzymają władzę (Mercy więzi ojca, Dollie uwalnia Isaaca, Mary kontroluje George’a, a przez to całe Salem, Anne usidla swego wybranka dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa), co jest, rzecz jasna, pożądanym przeze mnie elementem niejednej fabuły – ale przy takim nadmiarze estrogenów podoba mi się również równoważenie go historyczną obyczajowością tamtych czasów. Nie ma co ukrywać, że to mężczyzna był wówczas panem domu, głową od myślenia i nośnikiem prawa głosu, strasznie zatem lubię, gdy bohaterki serialu muszą zręcznie lawirować pomiędzy ustanowionymi prawami i kontrolować – lub nie – mężczyzn dla osiągnięcia swoich celów. Nie jest to często subtelne, nie jest to często przyjemne, ale wytwarza napięcie i wzbudza emocje – a przecież po to ogląda się seriale.

Jednak postacie i złożone relacje pomiędzy nimi to nie jedyne poprawki dokonane na tym sezonie. Wspomniałam, że z serialu zrobił się wreszcie horror – i odczuje to każdy, komu ciarki przejdą na widok czarnej jak smoła studni i odgłosów, jakie z siebie wydaje. W zasadzie porzucono bieganie po pobliskich lasach, i chwała za to, bo krajobraz pogrążonego w ciemnościach miasta i wszystkiego, co się w nim kryje, jest znacznie bardziej nastrojowy. Mamy więcej ciasnych przestrzeni, dużo świetnych ujęć korytarzy, klimatycznie oświetlonych pokoi, w których odbywają się podkręcone świetnymi zdjęciami i montażem dialogi. Nie pamiętam takiego klimatu z poprzedniego sezonu – w tym czuję, że wreszcie jest strasznie, a nie tylko obrzydliwie. Jeśli jak ja jesteście miłośnikami tych klimatów, powinniście tak samo silnie odczuć tę poprawę.

A na deser oczywiście najlepsze, coś, co każdy serial czyni bardziej żwawym i wciągającym, fabułę bardziej interesującą, a klimat jeszcze bardziej podkręcany: drugi sezon Salem nie szczędzi nam wydarzeń. Od rozpoczęcia sezonu mieliśmy już bestialskie morderstwo, palenie wiedźm żywcem, kulminację erotycznych zagrywek jednej z bohaterek, utratę kluczowej postaci, do tego ciągle obserwujemy rozstawianie pionków na planszy i poznajemy nowe oblicza zagrożeń czyhających na mieszkańców miasteczka. Nie ma już ciągu spotkań, debat i rozważań, zamiast tego dostajemy niemal ciągłą akcję odważnie popychającą fabułę do przodu, stawiającą przed bohaterami coraz niebezpieczniejsze wyzwania i wymagającą od nich coraz bardziej drastycznych działań, które lada moment – już to czuć – wrócą, by zacisnąć szczęki na ich tyłkach. Gdy próbuję porównać sobie to wszystko do pierwszego sezonu, wychodzę właściwie z niczym. Fabularnie w zasadzie niewiele się w nim działo – tym zaś razem aż czuję radość z niemożności zdecydowania się, której stronie powinnam tak w sumie kibicować. To nie poziom Spartacusa, który sztukę uwielbiania postaci złych do szpiku kości opanował do perfekcyjności, ale w porównaniu do Salem sprzed roku nie ma porównania.

Pozostaje zatem jedno słowo: jeśli wytrwaliście do końca pierwszego sezonu, gratuluję, Wasza cierpliwość została nagrodzona. Jeśli nie dotrwaliście, ale żałujecie – wiedźcie, że się jest po co poświęcać. A jeśli po prostu lubicie tematykę czarownic, postaci kobiecych i horroru, myślę, że możecie spokojnie dać Salem szansę. Ja jestem jego metamorfozą zachwycona – a to bardzo przyjemne uczucie zobaczyć, jak średni serial zmienia się nagle w coś fajnego.

  • Paczara

    Rzeczywiście poziom drugiego sezonu jest o wiele wyższy. Z prawdziwym zainteresowaniem śledzę zwłaszcza wątek Anne, jej rozdarcia i prób odnalezienia się w nowej roli. A Lucy istotnie Flawless ;)
    Tak mi też przyszło do głowy, że aby oglądać Salem trzeba mieć w sobie sporo samozaparcia lub nieco masochizmu, bo ten serial, przynajmniej dla mnie, bywa miejscami naprawdę obrzydliwy (wątek Mercy chociażby).

    • Mnie akurat Mercy, jej wygląd i działania, jakoś nie odstraszają – za to NIE CIERPIĘ kiedy na ekranie pokazują składanie ofiar ze zwierząt…

      Już wolę jak zjadają oczy…!

      • Paczara

        O tak, dokładnie. Brrr…
        Co do Mercy to bardziej niż jej wygląd (chociaż tego też miło się nie ogląda) odstrasza mnie jej nieobliczalność i to teraz już kompletne szaleństwo, typu zjem sobie człowieka żywcem itp.

  • Czyli mówisz, że warto wrócić, hmmm… W sumie nawet nie obejrzałam do końca pierwszego sezonu, bo już się zanudziłam, może przeskoczę od razu do drugiego w takim razie.