Mortal Kombat: Legacy: Nie ten serial, którego szukałam

mortal-kombat-legacy-tytul
Przez dwa lata, w ciągu których nie obejrzałam Mortal Kombat: Legacy, serial zdążył obrosnąć w swój własny kult – naturalne więc, że spodziewałam się czegoś, co wysadzi mnie ze skarpetek. Niestety, gdzieś po drodze ktoś musiał zgasić lont, bo do wysadzenia nie doszło, a ja do samego końca nie mogłam pozbyć się gorzkiego smaku rozczarowania.

Nie zrozumcie mnie źle – Mortal Kombat: Legacy to solidnie zrealizowany tytuł z ciekawą wizją do zaoferowania, ale okazało się, że zupełnie nie w takiej formie, jakiej się spodziewałam. Starym dobrym zwyczajem nie zgłębiałam jego tajników do momentu osobistego zapoznania się z całością, dlatego wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zamiast ciągłej fabuły z przeplatającymi się wątkami kilku postaci zobaczyłam, że serial opowiada kilka zupełnie odrębnych historii. W tym momencie sama sobie nawrzucałam, że czemu nie przeczytałam chociażby wstępu na Wikipedii, bo nawet, jak się już do tej formy przyzwyczaiłam, trudno było mi wykrzesać z siebie zainteresowanie losami wszystkich bohaterów. W efekcie sporo czasu się niestety wynudziłam – co gorsza, nawet tam, gdzie scenariusz był pomyślany naprawdę ciekawie – a końcowy odcinek, na który najbardziej na pożegnanie liczyłam, zostawił po sobie silne wrażenie niedosytu. Cieszę się jednak z jednego – że ten mój późny zapłon z Mortal Kombat: Legacy pozwoli mi krócej czekać na drugi sezon, bo mimo wszystko mam nadzieje, że tym razem wysadzi mnie aż w kosmos.

Ale do rzeczy. Jeśli czytają to osoby z tak późnym zapłonem, jak mój, to wypada napisać, że Mortal Kombat: Legacy to serial internetowy nakręcony przez  Kevina Tancharoena po sukcesie jego krótkiego filmu Mortal Kombat: Rebirth. Rebirth – alternatywne i realistyczne spojrzenie na universum growej serii – spotkał się z szalenie pozytywnym odzewem zarówno ze strony widzów, jak i krytyków, ale choć film pełnometrażowy z niego nie wyszedł (jak chciał), Tancharoen dostał zielone światło na stworzenie serialu w sieci. Legacy nie kontynuuje jednak wątków rozpoczętych w Rebirth – choć je w nim odbija – a jest to raczej składanka tzw. origin stories, które wyjaśniają motywacje, przyczyny i kulisy przystąpienia do turnieju kilku kluczowych postaci. W Mortal Kombat swego czasu grałam (oba filmy naturalnie też widziałam, ba, nawet pewien strasznie kiepski serial z 1998 roku) i zdecydowanie mogę powiedzieć, że Legacy spogląda na jego świat pod naprawdę ciekawym i oryginalnym kątem. Ale jednak mam z nim problem – i to na kilku poziomach.

mortal-kombat-legacy-03

Zacznijmy od tego, że Rebirth postawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Odwzorowanie świata Mortal Kombat w realiach codziennym było zaskakujące i bardzo świeże, a reżyseria, choreografia i obsada (Michael Jai White, Ian Anthony Dale, Jeri Ryan) zaprezentowana na bardzo wysokim poziomie. To było jedno z najbardziej soczystych siedmiu-i-pół minut w filmowym świecie 2010 roku. Naturalną koleją rzeczy spodziewałam się, że Legacy przybierze formę sequela i wyniesie tę wizję na jeszcze wyższy poziom. Tymczasem powstał alternatywny prequel, który zabiera nas w kilka zupełnie innych wycinków universum. W dziewięciu odcinkach mieści się sześć odrębnych historii  – do czego, jak już przywykłam, nie mam w zasadzie zastrzeżeń – ale tak naprawdę tylko dwie w pełni przykuły moją uwagę. Problem? Rebirth udało się trafić w dziesiątkę nawet pomimo tego, że ani z Jaxem, Sonyą czy Scorpionem nie czułam się nigdy przesadnie związana. Legacy zmusiło mnie do śledzenia bohaterów, którzy okazali mi się zupełnie obojętni – nawet, kiedy była wśród nich moja ulubiona postać.

Dwa wspomniane odcinki, które zrobiły na mnie największe wrażenie to „Johnny Cage” i „Raiden”, i jest ku temu jeden powód: bo udało im się sprawić, że zależało mi na losie bohaterów. Gdy Johnny – odrzucony, poniżony i osamotniony – wziął sprawy w swoje ręce, mogłam mu szczerze przyklasnąć z uznania. Gdy Raiden – więziony, torturowany i uznany za wariata – wyrywa się z pułapki, z pełną radością uśmiechnęłam się pod nosem. Tymczasem gdy Kitana odkrywa swoje prawdziwe dziedzictwo, Scorpion poznaje smak największego cierpienia, a Cyrax i Sektor przeistaczają się w śmiercionośne cyborgi, nie czułam wiele więcej poza lekkim zaciekawieniem (a w tym ostatnim przypadku już całkowitym znudzeniem). Teoretycznie, wszystko było na swoim miejscu, dlatego szczerze mówiąc ciężko mi znaleźć konkretną przyczynę tego mojego niezadowolenia. Nie chodzi na pewno o przeskoki pomiędzy realiami, nie chodzi o pomysł na przedstawienie fabuły, nie chodzi też o aktorstwo czy aspekt techniczny (choć te akurat całkowicie mnie nie zachwyciły), ani nawet o bohaterów, którzy zawsze byli mi obojętni. Głównie chodzi chyba o brak puenty.

No bo ok, Legacy opowiada albo o tym, w jaki sposób bohaterowie znaleźli się na ścieżce do turnieju, albo o tym, co ukształtowało ich takimi, jakimi są – ale robi to w całkowitej wiedzy, że seria Mortal Kombat jest wszystkim znana. To oczywiście żaden grzech – wręcz naturalne, że serial kierowany jest do fanów – tylko mam wrażenie, że trochę się w tym założeniu zapędza. Każdy odcinek ma jakiś swój wewnętrzny ciąg, wprowadzenie w sytuację, ale poza „tu i teraz” całą pozostałą otoczkę – całe umiejscowienie w universum – bierze za pewnik. Oglądając „Jax, Sonya & Kano” oglądałam w sumie historyjkę policyjnego rajdu na bandę przemytników. Oglądając „Scorpion & Sub-Zero” oglądałam opowieść o stracie i podstępie. Oglądając „Cyrax & Sektor” oglądałam dwóch popisujących się cyborgów. Równie dobrze mogłam oglądać każdy inny film czy serial – bo brakowało mi łącznika, który wyraźnie dawałby do zrozumienia, że poza imionami i nazwami te historie przynależą do świata Mortal Kombat. Wiedziałam o tym, ale tego nie widziałam. I w związku z tym po prostu się nudziłam.

mortal-kombat-legacy-04

Największą uwagę zwróciłam jednak na odcinki „Kitana & Mileena” – jako część najbardziej osadzoną w tradycyjnym realiach tego świata, i zarazem jako część, która rozczarowała mnie najmocniej. Początek był niezmiernie obiecujący – ciężkie, krwawe fantasy podsycane klimatycznym głosem kobiecego narratora – ale z chwilą, gdy aktorskie kadry zaczęły zmieniać się na przemian się w interaktywny komiks, poczułam się kompletnie zbita z tropu, i już tak zbita pozostałam. Przede wszystkim nie potrafiłam pojąć, w jakim celu została przyjęta taka forma. Jeśli dało się opowiedzieć tę historię wizją aktorską, to czemu przeplatać ją ruchomą animacją? Albo jedno, albo drugie, całość byłaby wtedy bardziej spójna i mniej myląca. Jeśli to kwestia finansowa, to tym bardziej: czemu nie interaktywny komiks przez cały czas? Jeśli to kwestia rozdzielenia dwóch wątków – przeszłości i teraźniejszości – to wszystko fajnie, tylko i tak nie jest prowadzona konsekwentnie. Jeśli to kwestia zobrazowania elementów supernaturalnych, to tak samo brakuje jej systematyczności. Do samego końca nie mogłam tu znaleźć żadnego wspólnego mianownika, i zamiast dać się porwać fabule, strasznie się tym brakiem logiki męczyłam. Sytuacji nie poprawiał fakt, że samą część fabularną odebrałam w dość chaotyczny sposób. To właśnie Kitana jest moją ulubioną postacią w całej serii, ale jej historia przedstawiona w Legacy wydała mi się okropnie zagmatwana i niejasna. Nie jestem pewna, czy cokolwiek bym z niej zrozumiała, gdybym nie znała jej wcześniej. Te dwa odcinki to zresztą  jeden wielki prolog, gdzie dialogi są tylko szczątkowe, więc skupienie na postaciach jest de facto minimalne. Nie było nawet kiedy poczuć ich emocji, więc nie miałam i kiedy się z nimi zidentyfikować. Brak tej możliwości sporo mi odebrał.

Co jeszcze? Na pewno nie przegapiłam smaczka zasadzonego przez Kevina Tancharoena dla fanów Buffy: Postrach wampirów. Czemu smaczek? Bo Kevin Tancharoen jest bratem Maurissy Tancharoen (którą w Legacy obsadził, też miło), która jest przy okazji żoną Jeda Whedona, który jak widać jest bratem Jossa Whedona. Jed i Maurissa pisali razem scenariusze do Dollhouse, obecnie razem z Jossem dzielnie skrobią do nadchodzącego S.H.I.E.L.D. – ale powiązanie nasuwa się samo. Zresztą cały motyw z silną postacią kobiecą, jaki został przemycony w „Johnny Cage”, to bardzo whedonowski temat, co wybitnie ucieszyło moje geekowskie serce. Jak widać, nie ma takiego rozczarowującego serialu, w którym nie znalazłabym dla siebie pozytywów.

Bo niestety, pierwszy sezon Mortal Kombat: Legacy jest dla mnie dużym rozczarowaniem. Po obiecującym Rebirth powstał projekt znacznie odbiegający od nowatorskiej wizji pierwowzoru, któremu brakuje spójności i jednolitej wizji. Z wyjątkiem dwóch pojedynczych odcinków, serial okazał się dla mnie zbyt rozbity, nierówny i w rezultacie mało wciągający. Może to kwestia wygórowanych oczekiwań, zasłyszanych opinii czy oczarowaniu Rebirth, może zbyt małej znajomości universum gier, ale ten tytuł po prostu do mnie nie trafił. Drugi sezonie, nadchodź i naprawiaj.

Mortal Kombat: Legacy, 2011
Reżyseria: Kevin Tancharoen
Scenariusz: Kevin Tancharoen, Aaron Helbing, Todd Helbing
Obsada: Michael Jai White, Jeri Ryan, Darren Shahlavi, Matt Mullins, Sam Tjhia, Jolene Tran, Ryan Robbins, Ian Anthony Dale, Kevan Ohtsji, Shane Warren Jones, Peter Shinkoda

  • Seji

    MK serial TV był całkiem fajny, jak się już rozkręcił. :)

    • Oglądałam go jak miałam jeszcze niewyrobione gusta, więc wtedy mi się podobał. Teraz bałabym się do niego wracać ;)

  • Pusiu

    Mnie Legacy całkiem się podobał. Zgodzę się, że był rozczarowujący i uważam podobnie jak Ty, że najsmutniejszym odcinkiem pełnym niezrealizowanych ambicji jest „Kitana & Mileena”. Ale to i tak lepsza produkcja z uniwersum MK niż filmowe „Mortal Kombat:Anihilation” :)

    • Myślę, że od „Anihilation” wszystko było lepsze :P

  • Pozostaje mi się tylko zgodzić. Niestety. Fanem marki MK jestem odkąd pamiętam, najwcześniejsze wspomnienia łączą się z automatami i godzinami spędzonymi z drugą częścią przez co oczekiwanie co do serialu miałem ogromne. Chciałem żeby mi się podobało, podczas oglądania dobrze się bawiłem, ale po ostatnim odcinku czułem się rozczarowany bo dostałem popłuczyny po genialnym Rebirth, a do tego nie było turnieju tylko jakieś tam historyjki które w grach były mało istotnym tłem. Jednak na S02 czekam i doczekać się nie mogę. Ma być lepiej, jestem naiwny więc w to wierzę. Może się i rozczaruję, ale nie zmienia to faktu że kontynuacja MK:L to najbardziej wyczekiwany przeze mnie sezon od dawna.

    Strony technicznej nie ma się co czepiać. Pamiętaj, że to minęły dwa lata od premiery, webseries dopiero wtedy raczkowały i jak na 2011 rok serial miał całkiem duży rozmach, a przynajmniej ja to tak odebrałem. I wyszedł w tym elemencie dużo lepiej niż Dragon Age Redemption chyba że mnie pamięć zawodzi ;)

    • Ja bym „Legacy” popłuczynami nie nazwała, bo mimo wszystko przedstawia ciekawą wizję i pogłębia kilka wątków, choć rzeczywiście „Rebirth” nie dorównuje.

      Natomiast co do realizacji, przeszkadzała mi raczej kwestia na siłę wepchanych efektów specjalnych (patrz Cyrax i Sektor, czy odcinek z Jaxem, Sonyą i Kano). Parę scen trochę mnie gryzło po oczach, bo albo się trochę nie udały (może bo za bardzo chciały być filmem akcji), albo były po prostu zbędne (jedna wielka nawalanka cyborgów). Wiadomo, że to inna skala niż „DA: Redemption”, ale całościowo Felicia Day i tak wychodzi ze swoim serialem zwycięsko ;)