Przez 37 godzin swojego życia, mordowałam orki* w Mordorze. J.R.R. Tolkien prawdopodobnie przewracałby się w grobie, że nie po to Mordor stworzono, żeby bezlitośnie tłuc wszystko, co się w nim rusza, ale dla gracza spragnionego dobrej rozrywki próżno szukać lepszego tytułu. Shadow of Mordor to właśnie taki tytuł. A do tego spuszcza łomot jakich mało.

Nie będę pewnie jedyną osobą na sali, która po obejrzeniu pierwszych gameplayów Shadow of Mordor stwierdziła: „ok, to taki Asasyn, tylko w Śródziemiu, może być spoko”, po drugich: „no nie, znowu zemsta za śmierć żony i dziecka”; a po trzecich: „niby fajnie, ale czemu on tak śmiesznie biega”? Gdzieś w gąszczu po kolei ujawnianych informacji przyjęłam do wiadomości, że taka gra powstaje i nawet powiedziałam sobie, że ją kupię. Do końca jednak nie byłam przekonana, czy to pranie orków po mordach w Mordorze to jest to – w końcu gdzie fabuła, gdzie epickość, gdzie powaga? A potem przyszły pierwsze oceny z szeregu 9/10 i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestałam być niedowiarkiem. Kiedy w końcu dorwałam się do pada, z uporem maniaka dawałam sobie kopać tyłek aż się w końcu nauczyłam, że w krainie Saurona nic nie przychodzi łatwo.

Właśnie tak, Shadow of Mordor skopał mi tyłek i kopał mi go bezlitośnie do samego końca. Bezustannie dawał mi taki wycisk, że dla własnego dobra musiałam sama chlastać się po łapach. Musiałam się nawściekać, nawrzeszczeć i nafrustrować, żeby zrobić prawie każdy kolejny krok w przód. Żeby zwyciężać, w bólach i trudach musiałam się od nowa uczyć, jak się gra. Początkowe godziny to była istna mordęga potęgowana ciągiem kolejnych porażek, za które aż było mi wstyd. Ile razy można było ginąć z rąk tego samego, znów przypadkowo spotkanego przeciwnika? Ile razy można było dawać mu urosnąć w siłę, bo zachciewało się chojrakować? Ile razy trzeba było sobie wbić do łba, żeby uciekać gdzie raki zimują zamiast dać się zabić i znów przetasować całą planszę pionków? Za dużo – ale jednocześnie wystarczająco dużo. Po kilku godzinach porażek, kompromitacji i załamywania rąk, w końcu udało mi się odnaleźć swoje zen. I wtedy zaczęła się taka gra, że do dziś brakuje mi orków do prania.

som-uruk

Pewnie nie wszyscy wiedzą o co chodzi, więc kilka słów wyjaśnienia. Otóż Shadow of Mordor to niby kolejna sandboxowa gra pokroju Assassin’s Creed, Watch_Dogs czy InFamous: Second Son. Mamy krainę, mamy mapę, mamy na tej mapie milion ikonek do wyczyszczenia, i jazda. Teoretycznie, w tym momencie zabawa powinna być już zapewniona, zwłaszcza, że historia głównego bohatera – Strażnika Gondoru Taliona – jest całkiem ciekawa, a do tego sprytnie scalona w świat jacksonowskich ekranizacji Władcy Pierścieni, ale Shadow of Mordor idzie o krok dalej, oferując prześwietny system rozprawiania się z przeciwnikami o nazwie Nemesis.

W skrócie, system Nemesis polega to na tym, że mamy planszę orków-kapitanów, silnych, rozsianych po całej krainie bydlaków o własnych charakterystykach, atutach i słabościach, na których możemy wpływać poprzez decyzje podejmowane podczas starć. Możemy uciec – wtedy bydlak zapamięta, że zwialiśmy i będzie przygotowany na następny raz. Możemy dać uciec jemu – wtedy zapała rządzą zemsty. Możemy napuścić na niego wielkiego, krwiożerczego potwora – wtedy albo go pokona, albo zacznie się go bać. Możemy robić z nich nasze własne pionki i wysyłać je do zdradzieckich walk z innymi kapitanami. Możemy ingerować w ich wewnętrzne potyczki i wesoło grać im na nosie. Możemy tak wyczyścić sobie planszę wpływów, że nie będzie już z kim w Mordorze walczyć. Ale każda nasza śmierć z rąk jakiegokolwiek orka zwiększa jego siłę, przetasowuje planszę, mianuje nowych kapitanów, miesza nam szyki, dodaje więcej roboty, zmienia całkowicie ten pieczołowicie rozkładany układ sił. I jest to tak niezmiernie frustrujące, jak szalenie satysfakcjonujące.

Bo widzicie, dzięki systemowi Nemesis, w Shadow of Mordor trzeba być zawsze czujnym. To nie tak, że można sobie iść wykonać sidequesta i za 5 minut wszystko zrobione. W każdej chwili można natknąć się na kapitana i jeśli nie jest się ostrożnym, zrobić sobie gorzej. W początkowych godzinach zostawałam tak przez swoje błędy sponiewierana, że zaczynałam wątpić, czy ja się do tej gry w ogóle nadaję. Stare nawyki z innych sandboxów wydawały się działać przeciwko mnie, bo czego się nie tknęłam – ot, choćby czyszczenia mapy ze znajdźków – dostawałam po łbie znacznie mocniej niż orki dostawały po mordach ode mnie . Słowo daję, szło mi tak tragicznie, że wstyd było mi pokazywać się przed tymi samymi wirtualnymi gębami! Ale wiecie co? Kiedy jakimś cudem w końcu coś mi się udawało, satysfakcja była tak sycąca, że kąpałam się w niej aż po czubek głowy.

som-talion

Nie, że przedtem rozważałam, czy się nie poddać, ale te kilka momentów zen ostatecznie otworzyło przede mną krainę wspaniałości. Zmieniłam taktykę, zaczęłam ćwiczyć, próbować i trenować, jeden po drugim odhaczać kolejne wyzwania, a przede wszystkim iść przed siebie wolnym, spokojnym tempem, że ani się obejrzałam, a już orki mogły mi co najwyżej naskoczyć. Z największą radością biegałam sobie wtedy po mapie, w ogóle nie przejmując się jakąś tam fabułą, a po prostu radośnie wykonując wszystkie sidequesty, na jakie tylko miałam ochotę. Fruwałam przez Mordor lekko jak motylek, robiąc to, co w sandboxach lubię najbardziej – wszystko. Zbierałam kwiatki, strzelałam do nietoperzy, skakałam po ścianach, przemykałam przez warownie cicho jak mysz, wcielając się w tytułowy cień z dokładnością do trzech miejsc po przecinku. To była czysta, różowa i radosna zabawa przez duże Z, przy której niemalże mruczałam z rozkoszy.

A potem wiecie co, się stało? Przeniosłam się do drugiej krainy i po tylu godzinach z mieczem w dłoni znów musiałam podchodzić do tych bydlaków jak na palcach! Rany, jak ja się wtedy cieszyłam. Nie ma, że boli, nie ma, że umiem, nie ma, że nie umiem – już, gdy poczułam się niepokonana, dostałam wycisk jakiego jeszcze nie miałam. Co zrobiłam? Oczywiście, że dałam radę. Pomimo nowych wyzwań i nowych porażek, to była frajda do potęgi trzeciej. Jeśli nie wiecie, jak to jest cieszyć się z trzeciorzędnego i niekoniecznie wymaganego zwycięstwa, zagrajcie w Shadow of Mordor!

Taka właśnie jest ta gra: cudownie zbalansowana. Pośle was do piachu więcej razy niż byście sobie wyobrażali, ale jak już się podniesiecie, poczujecie się jak królowie świata. Mozolnie, krok za krokiem, będzie was pchać do przodu choćby się waliło i paliło, bo jedno zwycięstwo pociągnie za sobą drugie, drugie pociągnie trzecie, a czy zwyciężycie czwarte – nie dowiecie się, póki nie spróbujecie. 5 razy po 10 minut każdy będziecie podchodzić do tego samego sidequesta, bo nie uwierzycie, że nie uda się wam go przejść. Wyczyścicie całą mapę tylko dlatego, że świecą się na niej nieodkryte ikonki i trzeba coś z tym zrobić. Ta gra was wciągnie, skopie i zamorduje – i długo nie odczujecie podobnej frajdy przy innej. Grajcie. Już, teraz, zaraz.

*Podobno powinnam mówić „mordować orków”, ale „orki” brzmią zabawniej.

  • Drugie zdanie, ostatni akapit – zjadło Ci się coś ;-)

    A co do samej gry… cóż no, miodna, tyle powiem. Albo jeszcze trochę.

    Nie wierzyłem w tę grę. Z początku zdawała mi się być marnymi popłuczynami po AC i Batmanach. Cóż – myliłem się. Choć fabuła nic nie urywa, a ortodoksyjni tolkieniści chcą spalić twórców na stosie, to jak dla mnie dawała radę i – uwaga! – według mnie Tolkien mógłbym się pod nią podpisać (jakby włożyć historię pana elfa do „Silmarillionu” to nigdy się nie zorientował). Ciachanie orków przyjemne jak nigdy. Jak pisałaś: rzeczywiście można być tytułowym „cieniem” – ba, często warto czy wręcz trzeba, aby ubić tego czy innego niemilca (co mi się o tyle bardziej podobało, że w takim AC często nie tylko nie można, ale i nie trzeba – zawsze mnie to irytowało, że w grach o asasynach o wiele łatwiej wyrżnąć wszystkich w około niż zlikwidować jedynie cel misji). Albo wiesz co, idę sobie pociachać te orki – jak tylko zacząłem pisać na temat tej gry, to zachciało mi się zagrać ^^

    PS: Ale satysfakcję z pokonania przeciwnika/przejścia danego etapu to jednak „Dark Soulsy” dają większą :)

    • „Drugie zdanie, ostatni akapit – zjadło Ci się coś ;-)”

      Wait, what…?

      • Czy tam ostatni akapit, drugie zdanie, w/e ;P

        „Pośle was do piachu więc razy niż byście sobie wyobrażali, ale jak już się podniesiecie, poczujecie się jak królowie świata.”

        • Co tam kolejność :P Poprawiłam, dzięks :)

          A co do porównań do Asasyna powiem tak – na „Unity” czekam już przebierając nóżkami, ale jak nie da mi chociaż w połowie tak wielkiej frajdy, to będę solidnie rozczarowana :)

  • zirael

    Ja na razie niestety jestem jeszcze w tej części gdzie dostaję głównie ja bo niedawno zaczęłam, ale już nawet po tych kilku godzinach widać, że warto zacisnąć zęby i nie frustrować się porażkami tylko uczyć się i kontynuować ;) Klimat jest fantastyczny, więc wracam do (na razie powolnego) wybijania orków ;)