Czas podsumowań był i minął w najlepsze, najwyższa więc pora dołożyć coś od siebie. Ale w tym roku będzie nietypowo – w tym roku zamiast rachunku sumienia czy komentarza kluczowych wydarzeń skupię się na bardzo fanowskim aspekcie oglądania seriali: shipach. Konkretnie tych, które w 2014 roku sprawiały mi najwięcej radości.

W skrócie można powiedzieć, że rok 2014 był dla mnie rokiem shipów – takiej ilości serialowych romansów lub prawie romansów, którym kibicowałam przez ostatnie dwanaście miesięcy, nie pamiętam od lat (a przecież nie urodziłam się wczoraj). W natłoku wątków aż przypomniałam sobie swoje pierwsze fanienia jeszcze przed nadejściem XXI w., i takim powrotem do przeszłości zrobiłam sobie niezłą sentymentalną wycieczkę do niewinnych lat młodzieńczych. Patrząc na to dzisiaj, dorosłym okiem, shippowanie jawi się bowiem jako temat trudny i najeżony pułapkami, podatny na wojny i niekiedy obnażający najbardziej paskudne elementy fandomu. W takich chwilach warto jednak pamiętać, że ma swoje źródło w dobrym miejscu: wytwarzaniu pozytywnych emocji i dawaniu nam, widzom, dodatkowych powodów do uciechy. Dzisiaj właśnie na nich – emocjach i uciesze – chcę się skupić, zatem bez wdawania się w szczegółowe szczegóły, zapraszam do przeglądu moich ulubionych serialowych związków A.D. 2014.

Uwaga: tekst naturalnie zawiera spoilery, więc jeśli nie jesteście na bieżąco z daną produkcją, czytacie na własną odpowiedzialność.

LoVe (Veronica Mars)

Zaczynam zupełnie nie od fantastyki, ale w drodze wyjątku dla Veroniki Mars – a Veronica Mars to wśród wyjątków klejnot – musi się tu znaleźć romans, na którego kontynuację fani czekali bez mała jakieś siedem lat. Spoiler do zeszłorocznego filmu kinowego: można lubić Piza, ale w starciu z Loganem ciężko mówić o szczególnej konkurencji. Co jak co, ale romans Veroniki i Logana to jedna z najbardziej zaskakujących, nieprawdopodobnych i rozpalających rzeczy, jakie wydarzyły się w serialu, która staje się tym bardziej niewiarygodna, jeśli pomnoży się ją przez te wszystkie próby, przejścia i lata (tak w serialu, jak i poza nim!). Patrząc wstecz, kto jeszcze nie spodziewał się tego nagłego pocałunku na werandzie motelu, a potem przestał wyobrażać sobie tę dwójkę inaczej niż przyciąganą do siebie jak magnes? Jeśli chodzi o shipy, w życiu nie przeżyłam większego zaskoczenia. Tym mocniej wyczekiwałam pełnometrażowej kontynuacji w nadziei, że Rob Thomas wreszcie naprostuje sprawy. Wystarczyło w końcu jedno spojrzenie na pogrążoną w sprawach innych Veronikę oraz odzianego w biały mundur Logana, któremu do końca życia wystarczyłoby nawet kochać Veronikę z daleka, i już było wiadomo, że nie dla niej ustatkowane życie u boku bezpiecznego faceta. Bo w serialach nie chodzi przecież o życie, chodzi o fantazję: nieważne, jak niemożliwy i usiany przeciwnościami miałby być ten związek, gdyby dział się naprawdę – ważne, że wzbudza tak głębokie emocje, jakich w telewizji mało.

The 100, fot. The CW

Bellarke (The 100)

Postapokaliptycznego serialu dla młodzieży stacji The CW wcale nie zaczęłam oglądać z myślą o (młodzieżowych!) romansach – pierwsze pół sezonu przetrwałam nawet w staraniach odgonienia ich na jak dalszy plan, bo na pierwszym działy się zbyt ciekawe rzeczy. Można jednak wytknąć to mojej wrażliwej naturze, ale gdy tylko pojawiły się pierwsze (toporne) sygnały, że dotychczas zajadły wróg głównej bohaterki zaczyna patrzeć na nią innym wzrokiem, zapaliła mi się na ten pomysł czerwona lampka w głowie. Tak zostałam shipperką Clarke i Bellamy’ego i jednocześnie odkryłam, jak wielkim szaleństwem jest ta potencjalna para w fandomie. Sama może nie zwariowałam na ich punkcie w takim samym stopniu, ale przyznaję, że pomysł ten bez wątpienia mi się podoba. No bo co tutaj mamy: początkową wrogość z czasem pojednaną przez pragniecie osiągnięcia tych samych celów, podstawy solidnej przyjaźni zbudowanej na dobrym i na złym, wzajemną troskę i przyjacielskie flirtowanie, a przede wszystkim obopólny szacunek i zrozumienie, pozwalający im znajdowanie w sobie oparcia nawet, jeśli nikt wokół w nich nie wierzy. Coś podobnego twórcy próbowali pokazać pomiędzy Clarke a Finnem, ale Finn był do bohaterki zbyt podobny – więź wytworzona pomimo przeciwności jest dla mnie znacznie ciekawsza. Po kluczowych wydarzeniach z jesiennej premiery wygląda na to, że droga ku upragnionemu romansowi stoi otworem, ale serio obrażę się, jeśli scenarzyści spróbują wepchnąć nam ten wątek jeszcze w tym roku. Chcę Clarke i Bellamy’ego razem (żeby obok Abby i Kane’a tworzyli podstawową power couple tego serialu), ale nie za szybko, nie teraz i nie od razu.

Olicity (Arrow)

A skoro jesteśmy przy związkach „jeszcze nie teraz”, rok temu byłam absolutną przeciwniczką szybkiego zejścia się Olivera i Felicity, bo za bardzo uwielbiałam ich urocze tańczenie wokół siebie i nie chciałam, żeby się szybko kończyło. Ale wtedy nie było jeszcze finałowego odcinka 2. sezonu i fake’owego wyznania Felicity miłości w celu oszukania Slade’a. Ta scena podniosła mi ciśnienie tak mocno, że nie wiedziałam, czy miałam się wściekać, czy radować. Bo jak można bawić się tak emocjami widzów? Bo jak można było wymyślić coś genialniejszego? Koniec końców, gdy przyszedł czas na sezon 3. i dochodziły mnie słuchy, że w premierowym odcinku Oliver zaprasza Felicity na randkę, nie za bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Oczywiście na pewno nie pocałunku, a już na pewno nie prawie prawdziwego wyznania miłości! W dalszym ciągu nie popieram pełnego związku, bo cały czas widać, że ani jedno, ani drugie nie jest jeszcze gotowe w pełni mu się poświęcić, ale żadna inna para w Arrow nie pasuje do siebie lepiej. Mam nadzieję, że nie będziemy zbyt długo śledzić tych zazdrosnych dram związanych z pojawieniem się Raya (który przecież jest całkiem sympatyczną postacią), no i że szybko rozwiąże się ten drobny problem śmierci głównego bohatera, bo ciężko byłoby zaprzepaścić jedną dobrą decyzję, jaką Oliver podjął w swoim sercowym życiu: przejrzenie wreszcie na oczy i dostrzeżenie, że to Felicity jest jego największą podporą – nieważne, czy dzieje się dobrze, czy dzieje się źle.

The Originals, fot. The CW

Klamille (The Originals)

Zostając przy serialach The CW, teraz kilka słów o shipie, który jest wśród fanów The Originals – niechcący będących jednocześnie fanami Pamiętników wampirów – najbardziej znienawidzony, a przeze mnie najbardziej ulubiony. Tak się składa, że osobiście do fanów Pamiętników wampirów nie należę, nie znam więc ani osławionej Caroline, ani Klausa w konfiguracji z Caroline – znam za to Camille i jej trudną, ale podskórnie głęboką relację z naczelną hybrydą serii, więc tego się trzymam. Swoją drogą, to ciekawy temat sam w sobie: jak bardzo spin-off głównego tytułu powinien przemawiać do fanów tegoż, a na ile powinien być swoim własnym serialem. Tak czy inaczej najcieplejsze uczucia żywione do Camille kończą się i zaczynają na „jest fajna, ale trzymajcie ją z dala od Klausa”, mam więc pewną perwersyjną uciechę tym żywiej kibicując jej relacji z bohaterem. Cammi to bowiem bardzo ciekawa postać: przede wszystkim jest człowiekiem, nie dysponuje więc żadnymi supernaturalnymi umiejętnościami, a mimo tego, zwłaszcza w 2. sezonie, potrafi postawić się najniebezpieczniejszym. Nie toleruje bullshitu Klausa i prosto w twarz wykłada mu, co o nim myśli. Jednocześnie – chyba jak każda kobieta w relacji z bad boyem – widzi w nim wiele dobra i potrafi go z niego wydobyć, najczęściej robiąc mu awantury (a ja strasznie lubię sceny ich wybuchowych konfrontacji, bo wtedy wychodzą z nich najbardziej zapalne emocje). Klaus, ze swojej strony, zawsze topi mi serce swoją troską o Cammi,  a tym bardziej faktem, że jest dla niego jednym z najjaśniejszych punktów w swojej czarnej egzystencji. 2. sezon bardzo zadbał o fanów Klamille, a choć to The CW, gdzie żonglowanie związkami urosło do rangi sztuki, mam wielką nadzieję, że scenarzyści nie wodzą nas za nos, bo tego napięcia i tych perspektyw byłoby po prostu szkoda.

Outlaw Queen/Captain Swan (Once Upon a Time)

Dwa shipy pod jednym szyldem – Regina/Robin Hood i Emma/Hook – bo z jednego serialu i bo w kontekście tego serialu wywołują podobne emocje. Muszę nawet przyznać, że dopiero po pojawieniu się Hooka spojrzałam na Emmę przychylniejszym wzrokiem, bo nagle jej gra zaczęła mieć w sobie odrobinę więcej życia. Plus łatwo było dostrzec, że pasowali do siebie od samego początku: ona niechętna bohaterka z kompleksami w wyrażaniu emocji, on niepokorny pirat z wielką raną w sercu – napięta, skomplikowana i jednocześnie zabawna relacja aż prosiła się o spełnienie. Jakże miło było więc zobaczyć ich jako wspierającą się parę (z problemami) w pierwszej połowie 4. sezonu. Z fatalnej sytuacji Hooka powinno się jednak wycisnąć więcej, ale z drugiej strony dramatów nie zabrakło nam w drugim naczelnym związku serialu, pod kilkoma względami nawet ciekawszym: Reginy i Robina. Wszystko, co zostało naprawione w tym sezonie po wszystkim, co zostało zepsute w poprzednim musiało się znów pożegnać, kiedy twórcy postanowili rozdzielić kochanków chyba tylko po to, by przysporzyć Reginie jeszcze więcej character developmentu. Uwielbiam drogę, jaką przeszła Zła Królowa by stać się Zołzą Królową – czyli dobrą królową z charakterkiem, jak się domyślacie – ale nie sądzę, żeby dokładanie jej powodów do bycia nieszczęśliwą było dobrą drogą do samospełnienia. Liczę na to, że w drugiej połowie scenarzyści się opanują, bo ta para nie dość, że jest najgorętszą w całym Once Upon a Time, to jeszcze zasługuje na szczęście jak żadna inna.

FitzSimmons (Agents of S.H.I.E.L.D.)

A na koniec para najbardziej nietypowa, bo tak naprawdę nie wiem, czy chcę ich widzieć romantycznie, czy platonicznie – ale z całą pewnością razem. Każda konfiguracja będzie mi się podobać, byle tylko ich znowu nie rozdzielać! Przecież to obecnie najfajniejsza, najbardziej zżyta, zgrana i uroczo nieżyciowa para naukowców, którzy nie dość, że są naukowcami-geekami, to jeszcze odbijają swoje geekostwo od siebie i ku naszej uciesze (do fanów mówię) pomnażają je co najmniej dwukrotnie. Ukochałam ich od samego początku i nic mnie nie obchodzi, że zostali skonstruowani w oparciu o najbardziej oklepane stereotypy – obchodzi mnie tylko to, że tak cudnie się ich ogląda i tak mocno im się kibicuje. Whedonowie dobrze wiedzieli, gdzie uderzyć w finale 1. sezonu, żeby zabolało – i żeby teraz każdy najdrobniejszy szczegół ich reperującej się relacji nie umykał nam ani przez sekundę. Słowo daję, żadnym bohaterom na tej liście nie kibicuję tak zawzięcie, jak im, a to tylko jeden z powodów, by kochać ich i ten serial jeszcze bardziej.

Bonus ship: Na 5 odcinków The Librarians wyemitowanych w grudniu, już w pierwszym zakochałam się w pomyśle Jake’a i Cassandry razem (ale w zasadzie na poboczu wszystkich świetnych postaci, jakie zamieszkują ten serial).

Ale wiecie co? Tak naprawdę na punkcie żadnych shipów w tamtym roku nie zwariowałam bardziej, niż na tych z Power Rangers – więc oglądajcie szybko RPM i Jungle Fury, a pogadamy sobie tak, że nie uwierzycie. W międzyczasie możecie mi opowiedzieć, które serialowe pary podnosiły ciśnienia Wam? :)

  • „Ale wiecie co? Tak naprawdę na punkcie żadnych shipów w tamtym roku nie zwariowałam bardziej, niż na tych z Power Rangers – więc oglądajcie szybko RPM i Jungle Fury, a pogadamy sobie tak, że nie uwierzycie.”

    Dai Ship faktycznie może się podobać :)

  • Jake i Cassandra są uroczy i też im mocno kibicuję. Podoba mi się szczerość ich relacji.

    FitzSimmons
    dla mnie nie bardzo się nadają na pairing romantyczny, ale kibicuję im
    strasznie. Chyba nigdy się tak nie martwiłam o bohaterów, jak o nich na
    początku drugiego sezonu Agentów (są też odpowiedzialni za to, że Ward
    jest u mnie poza granicą odkupienia). Poza tym, stereotypy zostaly
    ładnie zdekonstruowane :).

  • Mi się jakoś pairing w The Librarians nie podoba. T tych wymienionych przez Ciebie, chyba tylko te z OUaT są „moimi” shipami. A FitzSimmons – jako przyjaciele, jak najbardziej!

  • LoVe, Bellarke. Outlaw Queen i Captain Swan to moje ulubione shipy. Klausa lubię z Caroline, dlatego nie przepadam za Cami.

  • Też bardzo silnie chorowałam w zeszłym roku na LoVe, shipy z OUaT i FitzSimmonsa. Sama dopisuję Gallavich z Shameless (Mickey/Ian), bo to tak cudownie nietypowa, fascynująca, chwytająca za serce kanoniczna relacja homoseksualna, że nie potrafię się w nią nie angażować całą sobą. A jeszcze niedawno przypomniałam sobie ich sceny z poprzednich sezonów (od s1) i skonstatowałam jak -bardzo- ten wątek łamał mi serce i w jak dobrym miejscu jest teraz (mimo problemów Iana i charakteru Mickeya). Z jednej strony modlę się, żeby twórcy tego nie spieprzyli – I like my babies to be happy – a z drugiej strony wiem, że Gallavich musi przechodzić jakieś dramy. Nie dlatego, że twórcy chcą w ten „tani” sposób wciągnąć widzów, czy dlatego że inaczej nie potrafią wykreować dramatyzmu, ale dlatego że po prostu te postaci taki mają charakter i w taki sposób się kochają.
    tl;dr – Gallavich feels!