Miesiąc temu Pusiek podzieliła się z nami swoimi wątpliwościami dotyczącymi Zaplątanych. Polecam przeczytać, bo autorka w dość szczegółowy sposób analizuje jeden z najbardziej pomijanych wątków tego filmu. Ja tymczasem, obejrzawszy wreszcie Krainę lodu, pomysł od Puśka zapożyczam, bo na tyle, na ile nowy film Disneya mnie oczarował, mam z nim równie dużo, jeśli nie więcej, problemów.

Na początek jasno i wyraźnie powtórzę: Kraina lodu mnie sobą absolutnie oczarowała. Ten film rozbudził we mnie tak silne emocje, iż ze wzruszenia popłakałam się już na otwierającej pieśni, zanim jeszcze na ekranie pojawił się napis tytułowy. Czasami nie wiem, co się ze mną dzieje, ale w tak pięknych chwilach zwyczajnie nie umiem się powstrzymać. Dalszą część oglądałam później z wypiekami na twarzy, to wybuchając szczerym śmiechem, to znów ocierając z policzków łzy wzruszenia, to będąc pod absolutnym urokiem musicalowych piosenek, to zachwycając się animacją, to po prostu nie wierząc, że wszystko jest tu takie cudowne. Trudno ukryć mi podziw nad faktem, z jakim pomysłem i z jakim wyczuciem skonstruowano trzon tego scenariusza, bo siostrzana miłość dwójki bohaterek poruszyła mnie mocniej niż jakakolwiek z wcześniejszych historii o zakochanych. Z pełną szczerością mówię więc, że Kraina lodu podobała mi się niebywale i będę ją kochać tak, jak na to zasługuje. Tylko że nie byłabym sobą nie zwracając uwagi na pewne aspekty, które całościowo uczyniły z jej fabuły kompletny bałagan.

Uciekaj od problemów, może sobie pójdą

Film zaczyna się w bardzo obiecujący sposób – i nie mówię o męskiej, energicznej piosence przy wyrąbie lodu, choć wspomnieć o niej muszę – ale o ciekawym przedstawieniu problemu. Dwie siostry, dwie najlepsze przyjaciółki, beztroska zabawa po kryjomu, nagły wypadek, strach, szybka, dramatyczna reakcja. Gdy zobaczyłam, z jaką troską na wypadek Anny zareagowali rodzice bohaterek, serce stopniało mi z podziwu wobec nich. Żadnych nagan, szukania winnych, odtrącenia – zamiast tego król i królowa natychmiast zabrali obie córki we właściwe miejsce i pomimo obawy o życie jednej, ani na moment nie opuścili drugiej. Był to gest tak ciepły, wręcz bajkowy i wymarzony, że z samej chęci uwierzenia, że to samo mogłoby stać się w prawdziwym świecie, zaakceptowałam go z otwartymi ramionami (i punkt dla Disneya za propagowanie takich pozytywnych wartości). Ale cóż z tego, skoro to pozytywne filmowe uniesienie oklapło mi już w następnej scenie, gdy okazało się, że za namową starego mędrca rodzice dziewczynek postanowili skazać Elsę na lata cierpienia.

Brzmi ostro, ale już tłumaczę, o co chodzi. Pierwszym sygnałem, że ta bajkowa bańka szczęścia jest zbyt piękna, by mogła być prawdziwa była scena odrobinę wcześniejsza, w której stary troll Elsę zwyczajnie nastraszył. Ja rozumiem, że moce dziewczynki wiążą się z wielką odpowiedzialnością (no, też), wielokrotnie będą ją przerażać i koniecznym jest, by do właściwego ich użytkowania nauczyła się nad nimi panować. Nie potrafię tylko zrozumieć, dlaczego, zamiast otoczyć to przerażone, kilkuletnie dziecko pozytywną atmosferą wsparcia, od razu podstawiać jej wizje nieszczęść, tragedii i strachu. To nie jest tak, że motywacja ujemna działa na wszystkich, a już dam sobie rękę uciąć, że nie działa na małe dziewczynki. Strasznie przykro zrobiło mi się widząc to wielkookie spojrzenie z niepokojem patrzące w obdartą z dziecięcych marzeń przyszłość. Nic to – pomyślałam jednak podczas oglądania, pewna, że to tylko tymczasowe wrażenie – zobaczymy, co będzie dalej. Następująca później izolacja Elsy na czas nauczenia się kontroli wydała mi się rozsądnym, choć bolesnym, pomysłem, ale myślałam sobie „to tylko na jakiś czas”. I tak gdy serce krajało mi się na widok osamotnionej Anny, jednocześnie cieszyło się wiedząc, że jej starsza siostra, przy wsparciu rodziców, stara się jak może. Tylko że okazało się, że Elsa wcale nie uczyła się panowania nad swoimi mocami – uczyła się ukrywania swoich mocy. W chwili, w której król i królowa zakładają na jej małe dłonie rękawiczki dostałam niemal w twarz potwierdzeniem, że oto ich najlepszym rozwiązaniem jest po prostu te moce stłamsić.

I rany, jak ja od tego momentu zaczęłam cierpieć z niemożności krzyknięcia scenarzystom, że jak to, zamiast zaakceptować córkę taką, jaką jest, zapewnić jej odpowiednie środki do nauki (nauczyciela może? stary troll wydawał się chyba dużo wiedzieć o magii) i przede wszystkim pokazać jej, że w żadnym, absolutnie żadnym wypadku nie powinna wyrastać w strachu przed samą sobą, kochający rodzice wolą zmieść problem pod dywan? Tak straszliwie kłóciło mi się to z ich ciepłym wizerunkiem, jaki wytworzyła ta rodzinna kryzysowa scena, że do końca filmu, nawet przy szczęśliwym zakończeniu, było mi Elsy potwornie, niesamowicie żal. Przecież gdyby od początku pokazano jej, że strach, ukrywanie się i duszenie własnych emocji nie było jedynym rozwiązaniem – a już na pewno w stu procentach słusznym – ileż lat cierpienia mogło zostać oszczędzone jej i Annie! Dlaczego nikt nie miał wystarczająco dużo zdrowego rozsądku, by zorientować się, że to właśnie strach ten brak kontroli wywoływał? Dlaczego nikt nie dostrzegł, jak tragiczne zrobiło się z tego błędne koło – dziewczynka boi się magii, ale chce nad nią panować, tylko za bardzo się boi, że jej się nie uda, więc się jej nie udaje? Dlaczego nikt nie potrafił jej pokazać, że nigdy nie okiełzna swojej magii, dopóki się z nią nie pogodzi? I ja wiem, że o to w tym chodziło, że „Let It Go” jest tak przepiękną piosenką i najszczerszą, najbardziej radosną manifestacją życia i wolności (o, znowu zbiera mi się na łzy) właśnie dlatego, że Elsa nareszcie odrzuca strach i akceptuje siebie (żeby w dalszej części filmu mogli ją potem zaakceptować wszyscy) – ale do końca filmu i tak miałam przed oczami ten wieloletni ból i osamotnienie, których kilka właściwych gestów po prostu nie wymaże.

No i właśnie, koniec filmu. Ja wiem, że Kraina lodu nie mogła zakończyć się w inny sposób niż szczęśliwie, a na dodatek naprawdę i z głębi serca radowałam się szczęściem Elsy – z dokładnie tych powodów, o których tutaj piszę – ale kurcze, jakież to zakończenie było… proste! Jeden kadr, drugi kadr i już mamy uśmiechniętą gromadkę szczęśliwych mieszkańców królestwa, bez trudu cieszących się towarzystwem swojej lodowej królowej. Ale co ważniejsze, mamy tak samo cieszącą się Elsę – zupełnie jakby te lata cierpienia znikły za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I ok, oczywiście zgadzam się, że ani nie wiem o faktycznym dzieciństwie bohaterki więcej ponad to, co zasugerowało wprowadzenie filmu – choć pokazało dostatecznie wiele – ani też nie wiem, ile czasu minęło od finału do epilogu, a w ogóle to wiem, jaki rodzaj filmu oglądam i jak bardzo powinnam brać niektóry sprawy „na klatę”. Jednak przy takich a nie innych odczuciach, które zakorzeniły się we mnie już na samym początku, zakończenie wydało mi się okropnie niewspółmierne do treści – tej „pomiędzy wierszami”. Wiem, że miało być ciepło, pozytywnie i radośnie, wiem, że ta fabuła opierała się na obawie, przemianach i akceptacji, wiem, że rozwój głównej akcji miał sens – ale kurcze, widok cierpiącej przez lata małej, przestraszonej dziewczynki zostanie ze mną na zawsze. Coś fundamentalnie poszło w tej fabule nie tak.

Do zakochania jeden krok

To zatem problem z jedną siostrą, teraz będzie z drugą. Znów na wstępie muszę zaznaczyć, że Anna jest wspaniała – i fakt, że mówi najczystszym na świecie głosem Kristen Bell to tylko jeden z elementów składowych tej wspaniałości. Anna to przede wszystkim postać, która ogromnie mi zaimponowała. Już jako mała dziewczyna rozkochała mnie w sobie swoją małą nieustępliwością, uporem i pogodą ducha, niezachwianą ani w obliczu tego nieszczęśliwego dzieciństwa, ani pod względem bycia „drugą” księżniczką. Jest przecież pięknie pokazane, że choć nie czuje się ważna w porównaniu do siostry-spadkobierczyni, to jest niezwykle otwarta, sympatyczna, serdeczna i pogodna. Niezwykłe wrażenie zrobił na mnie fakt, że ani przez chwilę nie żywiła do Elsy urazy, przeciwnie, nie tylko starała się jak mogła sprawić, by siostra znów była swoją wesołą sobą i pokochała ją jak dawniej, ale nie pozwoliła, by jej „niższa” pozycja przeszkodziła jej w cieszeniu się życiem (w tym miejscu polecam posłuchać poszerzonego wydania soudtracku, na którym znajduje się niewykorzystana w filmie piosenka „More than just a Spare”). Więc ja się pytam: jak można być tak cudowną, bezinteresowną i pozytywną istotą ludzką?

I tak, pod wieloma aspektami, Anna przypominała mi Roszpunkę – szczególnie, że obie pragnęły przecież wydostać się ze swojej „wieży” i poznać prawdziwy świat. Niestety w miejscu, w którym Roszpunka chce wydostać się z wieży, bo marzy o zobaczeniu latających latarni, Anna pragnie opuścić mury zamku, żeby się zakochać. Ok, ok, pragnie opuścić mury zamku, żeby poznać świat I się zakochać. Dokładnie pamiętam, jakie uczucie wstrząsnęło mną w momencie słuchania kolejnych zabawnych wersów w „For the First Time in Forever” i nagłego usłyszenia, że „o, a może poznam też tego jedynego?” Naprawdę, Disney, znowu wracacie do księżniczek, które żyją dla miłości? To był taki zgrzyt, taki natychmiastowy grymas na twarzy, jakby człowiek usłyszał właśnie dźwięk wydawany przez jeżdżące po tablicy pazury podczas delektowania się relaksującą symfonią. I znów, początek filmu, a ja już zaczęłam się zastanawiać, czy ta Kraina lodu jednak będzie warta tych wszystkich zachwytów. Wydawało mi się, że po Zaplątanych (nawet wcześniej, po Księżniczce i żabie), a potem po pixarowej Meridzie, disneyowi włodarze zaczynają coraz śmielej odchodzić od staromodnych, „przebajkowionych” idei miłości, zmieniając ją z życiowego priorytetu bohaterek na przypadkowy rezultat wspólnych przygód. O ile naturalniej wtedy taka miłość wygląda, o ile bardziej prawdziwie.

No i oczywiście – ponownie – zdaję sobie sprawę, że moje obawy były na dłuższą metę płonne, że to nie miłość pomiędzy nią a nim napędzała ten film, a była właściwie owym rezultatem, i że właśnie to przeniesienie wagi na miłość siostrzaną było jedną z najwspanialszych rzeczy zmieszczonych w tym filmie (udowadniając przy okazji, że końcówkę Zaplątani mieli gorszą) – ale o ileż szczęśliwsza byłabym, gdybym tego jednego zdania w tej jednej piosence po prostu nie usłyszała.

Książę z bajki z kosmosu

A skoro jesteśmy przy miłości – książę Hans. Powiem Wam szczerze, poczułam się przez Krainę lodu bardzo oszukana i jest mi z tego powodu bardzo przykro. Na pierwszy rzut oka, wątek dwunastego w kolejności do tronu księcia, który przebiegłym i potwornym sposobem chce zapewnić sobie pozycję, ma głowę na karku. Nie czepiam się. Zresztą wątek natychmiastowej miłości miał nie jeden, ale dwa cele w dalszej części filmu, a poza tym podarował mi moją nową ulubioną linijkę z disneyowskiego repertuaru piosenek: „Our mental synchronization / Can have but one explanation” (poprzednią była oczywiście „Mysterious as the dark side of the moon„). Czepiam się za to faktu, że ujawnienie prawdziwej twarzy Hansa nastąpiło tak… z czapy. To znaczy, ok, wiem, że chodziło o zaskoczenie, wiem, że to miało być nie do uwierzenia, ale, no nie wiem, chyba bym jednak wolała dostać jedną czy dwie niejasne sugestie, że jednak ten cały Hans nie jest takim bajkowym stworzeniem, jak się nam i Annie wydaje. Wtedy mogłabym powiedzieć „aha, wiedziałam, że z tym kolesiem jest coś nie tak!” i mieć straszliwą satysfakcję z odgadnięcia najbardziej oczywistej rzeczy w filmie animowanym Disneya. Ale przynajmniej nie musiałabym przypominać sobie o rozluźnieniu kwaśnego grymasu, który mi się na twarz sam przypałętał.

Bo widzicie, lubię być w filmach zaskakiwana, ale jednocześnie lubię mieć podstawy sądzić, że film nie robi ze mnie głupka. Tutaj ujawnienie Hansa wydawało mi się wyłącznie koniecznym plot twistem, nie mającym należytej wartości samym w sobie. Wiele rzeczy pozostaje w Krainie lodu dziurawych (zdaje się, że powstał na ten temat nawet filmik), ale dla mnie ta była jedną z najbardziej rażących.

Bałwani śmiech

I wreszcie zostaje Olaf, postać – z tego, co widzę po komentarzach – uważana za zbędną i psującą klimat całego filmu, z kiepską piosenką i w zasadzie z kiepskim wszystkim. Od razu zaznaczę, że ok, Disney mógł obejść się bez gadającego bałwana, dokładnie tak, jak obszedł się bez gadających koni czy kameleonów w Zaplątanych – ale też humor wprowadzany przez Olafa wcale mi nie przeszkadzał. Mało tego, z uwagi na interesującą barwę głosu Josha Gada cieszyłam się każdym wypowiadanym przez bałwana słowem, bo brzmiał wybitnie nietypowo i ciekawie. Problem polega jednak na tym, że tak naprawdę nie rozumiałam samego sensu istnienia Olafa w tym filmie. Teoretycznie, miał być odniesieniem Anny do jej utraconych wspomnień, ale coś chyba poszło nie tak, bo pomimo kilkukrotnych – acz drobnych – wzmianek, temat został całkowicie pominięty. Olaf był przyjacielem, wsparciem, comic reliefem, słodkim i kochanym nieborakiem, ale jego stworzenie i obecność nie odgrywały żadnej kluczowej roli. Tak naprawdę mógł być każdym innym bałwanem, wcale nie tym, którego Elsa stworzyła kiedyś w dzieciństwie. Ja nie zauważyłabym różnicy, a może nawet o ten ułamek procenta lepiej się na filmie bawiła.

No i cóż, dziury, Kraina lodu pełna jest dziur, niedomówień, skrótów i przekrzywień. Wszystkie powyższe są oczywiście silnie osobiste, ale mam wrażenie, że jakbym obejrzała ten filmik, o którym wspomniałam gdzieś wyżej, odnalazłbym w nim co najmniej połowę. Przy czym powtarzam, absolutnie się w Krainie lodu zakochałam i nie chcę umniejszać jej całościowej cudowności – po prostu musiałam odpowiedzieć na głos serca. Przy okazji zaraz się pewnie okaże, że odkryłam właśnie Amerykę, ale hej, musiałam to z siebie wyrzucić :)

  • Ostatnio trafiłam na odrobinę podobny, choć o wiele ostrzejszy tekst o Frozen (uwaga długi): https://medium.com/disney-and-animation/7c0bbc7252ef
    a tutaj na polemikę z nim:
    http://chezapocalypse.com/thefrozenthing/
    … i sama nie wiem z którym się bardziej zgadzam.

    • Wdając się w dyskusję, bo w przeciwieństwie do niektórych ludzi – nieważne jak miłe mi prawią komplementy – uważam, że filmy DLA DZIECI wręcz należy omawiać, bo a) to dorośli tworzą media dla dzieci, należy więc na pewne sprawy patrzeć z punkt widzenia „starej baby”; b) analiza prowadzi do ciekawych wniosków, im więcej analiz, tym więcej – hopefully – słusznych wniosków na temat tego jak tworzyć kolejne (bardziej) wartościowe dzieła dla dzieci.

      1. Podejrzewam, że głównym powodem, dla którego w ogóle pojawił się wątek całej izolacji Elsy – swoją drogą mnie też to bardzo zasmuciło (miałam niejasne skojarzenia z Rogue z X-menów) była zwykła fabuła. Jasne, Król Trolli mógł po (niepotrzebnym) zastraszeniu dziewczynki w jednej linicje zawrzeć morał całego filmu „miłość pozwoli Ci kontrolować moc”, ale – i to ważne ale – wtedy w ogóle nie dostalibyśmy filmu! Elsa nauczyłaby się raz-dwa panować na mocą i od razu byłby happy-end. Owszem, pewne decyzje na płaszczyźnie emocjonalnej wydają nam się błędne, ale mają sens na płaszczyźnie fabularnej. Postacie filmowe muszą mieć możliwość popełniać błędy. Bez tego nie ma napędzania fabuły
      2. Ponieważ słyszałam przed seansem, że „złym jest ten, kogo nikt nie podejrzewał”, trochę się domyśliłam, że chodzi o Hansa. Ale masz rację – jego „reveal” jako Tego Złego był zbyt nagły.
      3. Czytałam mocno feministyczny artykuł [z tego mądrego nurtu ;) ] w którym pojawia się twierdzenie, jakoby Anna i jej potrzeba „tego jedynego” była akceptowalna i wytłumaczalna z dwóch powodów:
      – nie ma sensu popadać w skrajność i wmawiać widzom (wieku dowolnego), że młode dziewczęta nie mają pragnień „tego jedynego” i że w ogóle nie interesują się chłopakami. Mam te ćwierć wieku na karku, ale pamiętam siebie z lat nastoletnich i cholera coś w tym jest – chłopcy byli częstym tematem na tapecie emocjonalnej. Oczywiście, były też inne tematy (i Anna w postaci chęci odzyskania siostry i zobaczenia świata takowe posiada), ale nie próbujmy umniejszać faktu, że Disney powoli, systematycznie odchodzi o motywu „Pokochaj księcia – dostań szczęśliwe zakończenie”
      – istnieje teoria, że Frozen nie ma protagonistki. Jest Elsa, która jest antagonistką – ale taką dobrą tylko niezrozumianą – a Anna i jej podróż/rozwój są wątkiem pobocznym. Z kolei jej relacja z Kristoffem jest do jej własnego wątku (odnalezienie siostry) jeszcze bardziej poboczny. Gdyby go usunąć – albo zastąpić Kristoffa postacią kobiecą – wystarczyłoby jedynie odrobinę zmienić scenariusz, by film otrzymał takie samo zakończenie w wątku Elsa-Anna.

      … to tak z moich przemyśleń.
      A na koniec dodam, że jak na film, którym wszyscy się tak zachwycają, pozostałam na niego dziwnie obojętna emocjonalnie. Fajny, ładny, sprawnie zrobiony. Ale wolałam Meridę. Albo Księżniczkę i żabę.

      • Kurcze, nie mam za bardzo jak zgłębić się w komentarz, ale odniosę się na razie do punktu 1. – bo tak, pełna zgoda, gdyby Elsa nauczyła się kontrolować swoje moce na początku filmu, nie byłoby filmu. Chcąc nie chcąc, musiałam się zgodzić na takie założenie, jakkolwiek błędne, żeby potem mieć co oglądać. Ale to ujawnia znacznie większy problem – że scenarzyści zapędzili się w kozi róg i nie umiejąc wybrnąć z sytuacji, zignorowali sprawę (tak jak, jak piszesz, rodzice dziewczynek), licząc chyba, że nikt się nie zorientuje (zwłaszcza młodsza widownia). Dla mnie to fundamentalna dziura i trochę niestety lekceważenie widza. Jeśli nie wiedzieli, jak „obejść” ten problem w sposób logiczny, być może lepiej byłoby przerobić scenariusz…

        • Łukasz Pilarski

          Uwaga, będę spekulował.

          Król trolli nie mógł powiedzieć dziewczynce, że miłość kontroluje moc, gdyż sam tego nie wiedział. Tak jak nie potrafił usunąć okruchu lodu z serca, ale rozumu już tak. Tak, zdawał sobie sprawę, że prawdziwa miłość usunie lód z serca, ale mówimy tutaj o efekcie działania magii, a nie jej istocie. Trochę jak wiedza o budowie i funkcjonowaniu urządzenia X, a jego obsłudze. Przedmiot rozważań ten sam, ale wymaga zupełnie innego zestawu informacji i umiejętności.

          Para królewska tym bardziej nie mogła posiadać tej wiedzy, więc pozostawiona została przed dylematem – albo Elsa, której mocy nie da się kontrolować będzie izolowana, albo nie i spowoduje to spore problemy, gdyż albowiem jej możliwości są zbyt niszczycielskie, co zresztą udowodniła scena na balu. Zauważcie, że siostry doszły do stosownych wniosków dopiero w momencie, gdy Elsa odczarowała Annę. Miłość usunął lód, ergo miłość może kontrolować magię. Dlaczego nie wcześniej? Z powodu poczucia winy i stale rosnących możliwości Elsy, pozbawionej jakiegokolwiek mentora i kontroli. Jak dziewczynki z komiksów, potrafiące zaginać łyżeczki na oczach przerażonych i nie wiedzących, co z faktem tym zrobić rodziców.

          Dlaczego pozbawionej? Gdyż takowy prawdopodobnie nie istniał.

          Dlaczego para królewska nie znalazła innego czarodzieja przez pierwszych kilka lat życia dziewczynek, a jedynka władająca magią, a znana przez nich osoba, była trollem? Elsa w pierwszej scenie ma kilka lat, co daje całkiem sporo czasu na poszukiwania. Możliwości są dwie – albo w pobliżu i nieco dalej brakowało odpowiedniego kandydata, albo takowy zwyczajnie nie istniał. Naturalny talent do magii, możliwy do rozpoznania, ale niezbadany, bo nie było komu tego zrobić. Zauważcie, że rodzice Elsy bali się jej możliwości w sposób charakterystyczny dla osób, które nie mogą z tym faktem nic zrobić. Wizyta u trolli ukazywała nie tylko ich strach o Annę, ale również moce Elsy. Wcześniej nie udało im się odkryć metody na ich kontrolowanie i fakt ten najmocniej ich przerażał.

          Sama Elsa potrafiła z początku panować nad mocą, ale poczucie winy z powodu zranienia siostry pozbawiło ją kontroli. Kaliber traumy jest w tym wypadku wyjątkowo duży, co z pewnością utrudniło naukę. Dziewczynka się stara, ale rodzice widząc, że po omacku do niczego nie dojdą i ich córka kontroluje zbyt potężną i niszczycielską moc robią to, co zrobić mogą – dają jej rękawiczki i jeszcze bardziej izolują. A później giną, pogłębiając traumę księżniczki. Miłość Anny nie jest w stanie przebić się przez skorupę żalu Elsy, a przez to nie ma możliwości, by starsza siostra nauczyła się kontrolować swoją moc.

          Wniosek? Scenarzyści zapomnieli przekazać nam kilku istotnych informacji. Albo chcieli, żebyśmy bawili się w gdybologię.

    • Ja się bardziej zgadzam w drugim. Dla mnie siłą Frozen jest to, że bohaterki nie są idealne. Zachowują się idiotycznie, są zagubione, uciekają od swoich problemów. Autorka pierwszego tekstu uważa to za wadę. A dla mnie pisanie kobiet z wadami, kobiet silnych w jednej dziedzinie, a w innych totalnie słabych – to jest właśnie pisanie prawdziwych Strong Female Characters.

  • agrafek

    Rozumiem emancypację i wolę zatupania Księżniczek Disneya, co to marzą wyłącznie o tym, by gotować i sprzątać dla swojego Księcia. Ale niezadowolenie z faktu, że jakaś nastolatka w filmie chce się zakochać „W Tym Jedynym” wydaje mi się przesadne. Bo zdaje mi się, że nie jest to jakieś bardzo nienastolatkowe marzenie.

    • Jakieś bardzo nie, ale przeszkadza mi sam fakt, że Disney od lat powtarza tę samą mantrę. Ile razy taka młoda dziewczyna obejrzy film Disneya, tyle razy utwierdzi się w przekonaniu, że najważniejszy w życiu jest mężczyzna, a nie na przykład marzenia, cele, inne istotne wartości. Przejaskrawiam oczywiście – dla zobrazowania przykładu – ale z tym własnie mam problem :)

      • agrafek

        Może to kwestia oczekiwania na kontrę – skoro dawniej były przegięte w jedną stronę, budzi się chęć oczekiwania na przegięcie w drugą?

        Ja to widzę z trochę innej strony i mnie np. irytowało w „Meridzie”, że prawie wszyscy mężczyźni w tym filmie to kretyni i prymitywni barbarzyńcy. Może animacjom trudno uciec od uproszczeń – w tę, bądź inną stronę? Może dlatego lubię „Tangled” – tam właściwie nie ma postaci stworzonych (i to infantylnie) jako „słabe”; każda ma swoją mocną stronę, nawet jeśli jest z gruntu zła a nawet zła i poboczna.

        • Też coś w tym jest – w tym usilnym pragnieniu, żeby pokazali coś zupełnie innego. Ostatnio zresztą zauważam, że Disney (i Pixar) mają dobre intencje, ale coś im po drodze niekoniecznie wychodzi (przy czym „Zaplątanych” również uważam za szczęśliwie wyważonych). Trochę ciekawiej do sprawy podchodzi DreamWorsk np. ze swoimi smokami, bo tam płeć bohaterki i jej aspiracje były po prostu aspiracjami młodej osóbki.

          Ogólnie jednak chyba warto zwracać na to uwagę – w końcu jeden świetny film nie mógł być tylko dziełem przypadku ;)

  • pierwsza myśl na to jak troll w zasadzie zabronił dziewczynce używania mocy było: dlaczego jej nie trenować, żeby umiała ją okiełznać!?

  • Anka

    Po pierwsze – po raz kolejny pokazujesz, że nawet na najfajniejszy temat potrafisz totalnie przynudzić. Na siłę starasz się być „profesjonalną blogerką” i wychodzi Ci to bokiem, bo po prostu nie masz lekkiego pióra.
    Poniżej komentuje Mysza, która też pisze strasznie długie teksty, ale ma dziewczyna talent i czyta się je niezwykle przyjemnie.

    Jeśli nie umie się pisać to trzeba trzymać się krótkich form. Jeśli chcesz zarabiać na blogu to też trzymaj się krótkich form.

    Cały tekst wydaje mi się bez sensu, bo zapomniałaś o jednej ważnej rzeczy – to bajka DLA DZIECI. Nie dla starych krów, które nie mają, co robić i rozbijają bajkę na recenzenckie czynniki pierwsze.

    • Ok, na to mam tylko jedną odpowiedź: piszę jak chcę, jak lubię i jaką sprawia mi frajdę i będę tak pisać do końca świata i jeszcze dalej. Zawsze znajdzie się ktoś, komu nie będzie się podobać – sorry, taka prawda :)

      Hipotezy o tym, co chcę, co pokazuję, co umiem i jakie mam plany zostawię dla siebie :)

      A bajki to pisał Krasicki i nawet one niekoniecznie były dla dzieci :)

    • Ja wiem, że w internecie się o tym zapomina, ale po drugiej stronie ekranu siedzi osoba, która wlała w ten tekst sporo serca i czasu. Nawet jeśli nie odpowiada Ci czyjś styl pisania, to są inne sposoby na to, żeby zwrócić komuś na to uwagę.

      No i te bajki dla dzieci. Zwracamy szczególną uwagę na to, co dzieci jedzą, w co się ubierają etc. Dlaczego w podobny sposób nie oceniać tego, co oglądają?

    • Krystyna Kowalska

      Uwielbiam męczennice, które podejmują trud przebrnięcia przez ‚długi i nudny’ tekst tylko po to, żeby na koniec obrazić Autorkę. O ile się orientuję, Wiedźma nie pisze notek z nastawieniem na zarobkowanie na nich (a jak się uda, to brawo dla Wiedźmy i wartość dodana z połączenia pasji z korzyścią materialną), tylko przede wszystkim dla frajdy swojej i – jak widać z wielu komentarzy na jej blogu – czytelników, którym jej styl odpowiada.
      Argument o starych krowach jest dowodem wyjątkowego braku kultury i – jak dla mnie – sporego ograniczenia: współczuję ludziom, którzy odcinają się etykietkami od dobrych i ciekawych dzieł kultury, bo są „dla dzieci”.

    • Serio? Ale serio? To, czego zawsze zazdrościłam Wiedźmie to umiejętności ładnego, skondensowanego i bardzo czytelnego formułowania wniosków oraz ciekawego, wciągającego stylu. No i wiedzy. No i ładnego bloga. Dobra, czemu ja w ogóle piszę obronny komentarz, skoro ja Ci Wiedźma wszystkiego zazdroszczę? ;)

    • Wiedźma fajnie pisze? Prawda. Mysza fajnie pisze? Prawda. Więc proszę Was, nie karmcie trolla!

  • Większość problemów, które masz z Krainą Lodu wynika z braków scenariuszowych i prezentacyjnych. Na samym początku historii Naczelny Troll wspomina o tym, że to miłość roztapia lód w sercu, ale rodzice Elsy ignorują tę sugestię, przez co widownia też zapomina o tym zdaniu. Jak słusznie wspomniałaś, szczęśliwe zakończenie też nastąpiło zbyt prędko – a wystarczyło usunąć głupią piosenkę o swataniu Anny i Kristoffa, wcisnąć parę scenek między siostrami, gdzieś jeszcze wspomnieć o tym jaka to miłość jest super ważna i byłoby znacznie lepiej.

    Ja też polubiłam Olafa, ale traktuję go jako symbol miłości między siostrami. Znowu, gdyby rozwinąć jego rolę i usunąć trochę slapsticku, też byłby bardziej strawny dla większej ilości osób.

    Szczerze mówiąc Kraina Lodu nie podobała mi się prawie wcale, bo sprawiała wrażenie zrobionej tylko przez dział marketingu i w efekcie bezpłciowa. Ale ‚Let it go’ jest niezaprzeczalnie wspaniałe. :)

  • Jeśli mam być absolutnie szczera to ja zachowanie rodziców dziewczynek odebrałam jako próbę dekonstrukcji toposu Idealnego Rodzica. Bo umówmy się, we wcześniejszych filmach Disney’a rodzice byli dobrzy, może zbytnio opresyjni, ale na pewno MĄDRZY. A rodzice Anny i Elsy to idioci (nie znajduję innego słowa). Ich zachowanie było tak strasznie od czapy, że automatycznie wrzuciłam je do worka z napisem „pokażmy dzieciom, że rodzice to nie są nadludzkie istoty które zjadły wszystkie rozumy i że też, jak wszyscy, mają prawo do błędu”. Choć wcale nie upieram się przy swoim. Możliwe, że właśnie dorabiam ideologię do ziejącego plot hole’a.
    Mammniej więcej taki sam problem z zakończeniem Krainy Lodu jaki mam z zakończeniem Zaplątanych. Jest zwyczajnie zbyt różowe i zbyt szybkie. Od tego z Zaplątanych jest jednak trochę lepsze, bo Elsa ląduje u boku ukochanej siostry, a nie obcych ludzi.
    Nie przeszkadza mi, że Anna lata za chłopakami. To taki wiek. Nic w tym zdrożnego. No i koniec końców dostała swoją „miłość przez przypadek”.
    Osobiście najbardziej ucieszyłoby mnie gdyby Hans nie był zły. Tak w ogóle. Może ambitny, może szemrany, ale nie zły. Też poczułam się w tym momencie oszukana przez Disney’a.

  • Piko

    Troszkę nie zrozumiałam co miałaś na myśli pisząc, że Olaf jest tym bałwanem stworzonym w dzieciństwie :) Już prostuję o co mi chodzi- uważam, że ten chodzący i mówiący Olaf z filmu to tak naprawdę ten „egzemplarz” stworzony podczas wykonywania piosenki „Let it Go”, którego Elsa tworzy w ramach pamięci o tych wszystkich dobrych wspomnieniach, których Anna już nie ma. Nie wiem tylko jakim cudem zaczął żyć, skoro Elsa tworzy tradycyjnego bałwana, który ewidentnie się nie rusza. Zostawiam to pod etykietką „uczucia są zdolne do wszystkiego i ożywić bałwana mogą”. W każdym razie ten Olaf to moim zdaniem jedyny aspekt pozostawionego życia, którego Elsa żałuje (czas spędzony z siostrą).
    Zaciekawiło mnie, że zawsze podajesz angielskich aktorów oraz angielskie tytuły i teksty piosenek- nie lubisz oglądać bajek z dubbingiem? :)

    • W 9-ciu przypadkach na 10 zdecydowanie wolę oryginalną angielską wersję językowych (chyba, że film jest „Shrekiem”, „Asteriksem i Obeliksem: Misją Kleopatra” albo „Lili & Stitch”). Słysząc wersję, w jakiej film (i gra!) została stworzona, lepiej mi się wczuć, bo mam swobodę świadomości, że wszystko jest takie, jakie miało być. Więc z „Krainą lodu” czekałam, aż pojawi się wydanie DVD :)

  • Guest

    No nie wiem.

  • quna

    Jak już krytykujesz film za „niuanse i niedomówienia”, to jeszcze do tego wszystkiego dodaj stwierdzenie gdzie i na czym Elza spała w tym swoim kryształowym zamku, co tam jadła i jak dbała o higienę.
    Jak tam żyła nie mając nic prócz lodu…

    • Kurcze, w sumie to się nad tym nawet zastanawiałam, ale szybko stwierdziłam, że to sprawa tak szara, zwyczajna i przyziemna, że w baśniowej konwencji po prostu nie ma na nią miejsca. Zresztą tak samo dawno przeszło mi rozkminianie, w którym momencie filmów bohaterowie chodzą do toalety ;)

      Nie, dobra fabuła musi mieć logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, którego we „Kranie lodu” mi zwyczajnie zabrakło. Co nie oznacza, że film mi się nie podobał.

    • Nic(k)

      Jeszcze można czepiać się przekroczenia naprężeń dopuszczalnych łukach lodowych schodów gdy nie były one zakotwiczone po górnej stronie ( Elsa biegła po nich jako jednostronnie podpartych w trakcie ich tworzenia i nie zawaliły się!). Zauważyliście, że ten filmu staramy się traktować jak cały świat? Oczekujemy, aby tak wiele się w nim spełniało?

  • Pingback: Mój problem z Malazańską Ksiegą Poległych | Bobrownia()

  • hol

    1. Elsa sama przerażona tym, ze może skrzywdzić swoich bliskich zamyka się w sobie, rodzice widząc, że sobie nie radzi proponują ukrywanie jej – również dla dobra Anny
    2. Anna bardzo chce się zakochać i zakochuje jest młodziutka dziewczyną, zamkniętą w wierzy, otoczoną pięknymi obrazami i szukającą miłości, której rodzice już nie mogą dać, a siostra nie chce. Elsa ucieka od miłości, Anna do niej garnie, obie te postawy w zakończeniu zostają wyśrodkowane. Disney po raz pierwszy się reflektuje (bo miłość od pierwszego wejrzenia to stary baśniowy motyw) – podsuwa Kristofa, który naśmiewa się z Anny, a z księcia robi czarny charakter z ukrytymi zamiarami. Anna za swoją naiwność płaci cenę.
    3. Olaf – jest postacią która ma bawić, w tym dorosłych. We wszystkich animacjach od dekad pojawia się taka postać, nie musi niczego wnosić, chociaż Olaf akurat ma swój udział – przypomina Annie i Elsie o szczęśliwym dzieciństwie. Annie i Elsie uświadamia, że skoro istnieje, to Elsa jednak może stworzyć coś na wskroś dobrego. Wreszcie Olaf marzy o czymś niemożliwym z pozoru , ale udaje mu się to osiągnąć, jak Elsie – lód w lecie, czyli groźna moc, która już nie stanowi zagrożenia, gdy towarzyszy jej miłość.
    4. Książę, jest świetny. Za dobry, za idealny, budzi podejrzenia. Zdradza się nagle, jak i nagle przychodzą rozczarowania.

  • Paula123la

    Nie lubię Elsy :* Kocham Annę :*

  • olivia

    a kto ma moc niech powie tak

  • Kinga Ciurapińska

    Ludzie dorośli bajki tworzą, ale dla dzieci, a one bajek raczej nie analizują tak dokładnie, kto gdzie i dlaczego. Pominąwszy ten drobny szczegół… historia mimo wszystko jest dość realistyczna. Ktoś jest inny, ma moc, która jest wyjątkowa, niespotykana i nikt nie wie jak dokładnie sobie z nią radzić. Reakcja rodziców jest, mimo sprzeciwów tu, wielce prawdopodobna – jak zwykli ludzie się boją. Ale mimo tego strachu i wypadku, który się jednej córce wydarzył, drugiej nie wygnali gdzieś w świat, byle być z dala od problemu. Skoro Troll nie wiedział co im doradzić, co mogli począć sami? Najbezpieczniej jest odizolować. Dziewczyna dorastała w przekonaniu, że ma zabójczą, nieposkromioną moc i w niej rosło napięcie, moc blokowała jak mogła, a wraz z tym emocje. Chyba każdy z nas wie jakie może takie hamowanie się mieć skutki. Smutne, ale też o to chodziło.
    Jakże cudowny książę – właśnie to było najlepsze, niby wielka miłość, cud, miód i orzeszki (co już dało podstawy do podejrzeń, że coś jest nie tak) a prawda jest logiczna i realistyczna jak na czasy królewskie – chce tronu, to nie ważne są środki. A dziewczyna sama się nadstawiła.
    Bałwanek jako fajny dodatek, tym bardziej zwracający uwagę DZIECI – małe i pierdołowate jak i one, wszędzie go pełno, z głową w chmurach, ale też gorącym i szczerym serduszkiem.
    Myślę, że ta bajka ma wiele do przekazania. Miłość nie jest tylko między mężczyzną a kobietą kij wie skąd, ale miłość to też uczucie łączące rodzinę, nawet mimo jakichś pretensji i kłopotów po drodze. Jest pięknie pokazane, że trzeba uważać, bo nawet jeśli się kogoś pokocha (czy ma się takie wrażenie), może wbić Ci nóż w plecy. Postacie to takie typowe panienki, jedna duże dziecko z wyidealizowanym światem, druga zamknięta w sobie i na „nie” wobec świata.

  • olivia

    suchajcie jak mieć moc!