Merida waleczna: Animacja zbyt dojrzała?

brave-f

Najnowsze animowane dzieło Pixara to bez wątpienia zachwycająca opowieść o odwadze i dojrzewaniu. Jest przy tym zachwycająca głównie wizualnie, bowiem w sferze przekazu wydaje się nieco zbyt hermetyczna.

Merida waleczna była dla mnie całkowitą niespodzianką. Tym razem nie chodzi jednak wyłącznie o brak jakichkolwiek informacji dotyczących fabuły – bo to, że nie czytam zapowiedzi to już norma – ale zaskoczenie wynikające z rozwoju tej fabuły. Mniej więcej po trzydziestu minutach filmu zaczęłam się zastanawiać, o czym on tak naprawdę będzie, bo bardzo niewiele wskazywało na kierunek, jaki ostatecznie obierze. W efekcie wyszło na to, że o ile przedstawiona historia szczerze mnie poruszyła, tak przez cały seans nie mogłam pozbyć się jednego nagminnego wrażenia: Meridzie walecznej brakuje konsekwencji, ale przede wszystkim tej najważniejszej disneyowskiej iskry, która uczyniłaby ją ponadczasowym dziełem dla osób w każdym wieku. Moim zdaniem Merida dla wszystkich nie jest.

Na pierwszy rzut oka, wszystko jest na swoim miejscu. Krnąbrna i żywiołowa królewna za nic w świecie nie chce stać się swoją matką – elegancką, dystyngowaną damą, która starannie dobiera słowa, ceni właściwe zachowanie przy stole stole i w każdej sytuacji zachowuje królewski szyk (oj, znowu czuję napad cytatów z Króla Lwa). W kontraście do matki, Merida to wolny duch, który kocha poczucie wolności, strzelanie z łuku i świat poza granicami zamku. Narastający konflikt pomiędzy oczekiwaniami matki a dorastającym dziewczęciem osiąga punkt kulminacyjny po zrujnowaniu przez Meridę turnieju, który miał osądzić o jej rychłym, ale niechcianych, ożenku. Dziewczę ucieka więc z domu, bo nie zgadza się na to, by ktoś planował jej życie za nią, po czym w wyniku przypadkowego spotkania postanawia odmienić swój los… rzucając na matkę urok (mniej-więcej trzydziesta minuta filmu, jeśli nie dłużej). Nie będę spoilerować dalej, ale powiem, że tylko swoista zamiana miejsc spowoduje, że obie panie dojrzeją do tego, by spojrzeć na siebie z drugiej perspektywy.

Merida waleczna to więc przede wszystkim film o relacji matki z córką, szczególnie trudnej w okresie dojrzewania, oraz o uczeniu się kompromisów i wzajemnego zrozumienia. I tutaj właśnie pojawia się problem – relacja pomiędzy matką a córką jest rzeczą bardzo specyficzną. Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile będzie ona zrozumiała dla męskiej części widowni, a już na pewno mam wątpliwości, czy zrozumieją ją widzowie młodsi, którzy z problemami dorastania raczej nie mieli jeszcze przyjemności się spotkać. Kwestia pozycji społecznej kobiety, od której oczekuje się wypełniania konkretnej roli (w tym przypadku dodatkowo królewny, czyli władczyni, gospodyni, ostoi rozsądku) jest w końcu trudna sama w sobie, a kwestia zrozumienia, dlaczego rodzicielki przykładają szczególną uwagę do właściwego wychowania swoich córek, jeszcze trudniejsza. Ja pojęłam ją po latach, nie wiem, ile zajęłoby to przeciętnemu mężczyźnie (nie piszę tego złośliwie, ale na chłodno się zastanawiam). Z tego powodu bez problemu mogłam odnieść się do sytuacji Meridy, bo przecież ileż razy kłóciłam się z mamą o to, czego nie mogę założyć, jak mam siedzieć przy stole, czy że mam nie rechotać (wyobraźcie sobie moją dumę, jak usłyszałam to na filmie). Ale – mając tyle lat, ile mam – równie dobrze dostrzegałam sytuację z perspektywy Elinor (w efekcie czego zachowanie Meridy momentami strasznie mnie irytowało, bo przecież było dokładnie pokazane, jak silna potrafi być kobieta bez łuku i biegania po lesie – co też w filmie zostało kompletnie zignorowane). To wszystko sprawiło, że film nabrał dla mnie dodatkowego wydźwięku, ale gdybym miała kompletnie go zignorować, nie jestem pewna, czy Merida waleczna byłaby dla mnie o czymkolwiek. O czymkolwiek, w każdym razie, wystarczająco satysfakcjonującym, by miała do mnie przemówić.

merida-waleczna-03

To jest właśnie ta hermetyczność. Jak dla mnie, filmowi brakuje uniwersalności, która pozwoliłaby mu przemawiać do szerokiej widowni. Jest za bardzo o kobietach i tym, co kobietom bliskie. Oczywiście, jest tu przekaz dotyczący postrzegania rzeczywistości oczami drugiego człowieka, podejmowania życiowych decyzji tylko wtedy, gdy jest się na nie gotowym, oraz poświęceniu – czy też niemożności zdobycia się na poświęcenie, ale w takim natłoku zwyczajnie się rozmywają. Za wyjątkiem tematu matki i córki, Meridzie brakuje punktu skupienia, który trzymałby się tego filmu od początku do końca. Zabieg żonglowania kilkoma naraz, celowy czy nie, nie do końca się tutaj udał, przez co film może się wydawać stosunkowo płaski. Co więcej, Merida odbywa oczyszczającą podróż, ale odbywa ją prawie wyłącznie wewnątrz siebie. Nie jest to na pierwszy rzut oka oczywiste, stąd też właśnie owa dojrzałość – jeśli nie wiadomo, czego w tym filmie szukać, ciężko jest to znaleźć. Przekaz staje się jaśniejszy dopiero przy głębszym wejrzeniu w przedstawioną historię, wymagającym pewnego wysiłku i doświadczenia. To już nie do końca te same uniwersalne emocje, które po dziś dzień wywołuje we mnie Król Lew, Toy Story czy Mała Syrenka.

Jednak zgodnie z tradycją, film kontrastuje poważniejsze wątki z elementami komediowymi, których rolę spełniają trzej niesforni bracia głównej bohaterki, jej ojciec oraz członkowie konkurencyjnych klanów. Fakt, że wszyscy to przedstawiciele płci męskiej (dobra, z wyjątkiem szalonej czarownicy) ponownie mówi tutaj coś o postrzeganiu pozycji kobiety. Co ciekawe, i co znów przemawia za Meridą jako filmem dla doroślejszych widzów, mamy tu prawie całkowity brak gadających lub inaczej upersonifikowanych zwierząt. Pewnego kroku w tym kierunku dokonali już wcześniejsi Zaplątani, ale tym razem postanowiono ograniczyć tę opcję do minimum. Bohaterka jest w efekcie zdana na siebie i sama musi dojść do zrozumienia spraw kierujących jej życiem. Co – ponownie – zostawia dość niejasne pole do końcowej interpretacji.

Żałuję również, że Szkocji, w której dzieje się akcja, nie wykorzystano w trochę lepszy sposób. Funkcjonuje tutaj prawie wyłącznie jako piękna i bujna kraina, źródło żartów (wojny klanowe) i folklorystyczne tło (gra na dudach, zawody sportowe), a za tymi historiami i tradycjami kryje się znacznie więcej, niż widać na pierwszy rzut oka. Niestety, pod tym względem niczego odkrywczego tu nie ma.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam, dwa słowa na temat animacji. W zasadzie wystarczy jedno – Pixar – ale nie mogę powstrzymać się przed skomentowaniem włosów Meridy. Dość powiedzieć, że wyznaczono właśnie nową jakość w tworzeniu animacji (a ja bardzo lubię, jak filmy wyznaczają nową jakość w tworzeniu animacji). Włosy bohaterki żyją własnym życiem i w zasadzie bardziej patrzyłam się na nie niż na ich właścicielkę. Zresztą, nie ma co się oszukiwać – ten film jest ucztą dla oka. Jest piękny, dopracowany, barwny, żywy. Za moment zacznę żałować, że nie wybrałam się na wersję 3D, bo jest duża szansa, że wyszłabym jeszcze bardziej oczarowana, ale samo patrzenie na zdjęcia potrafi mnie wprawić w niekłamany zachwyt.

merida-waleczna-02

Na koniec jeszcze dwa słowa o dubbingu – choć z ogromną chęcią obejrzę Meridę w oryginalnej wersji językowej (zwłaszcza, że tam takie nazwiska jak Billy Connolly, Emma Thompson, Robie Coltrane czy Kevin McKidd), polski dubbing nie był taki zły. Co prawda nie rozumiałam połowy tego, co mówili przywódcy klanów, i tylko piąte przez dziesiąte, co głosem Andrzeja Grabowskiego gadał Fergus, ale muszę przyznać, że nie słuchało się tego źle. To głównie zasługa Domini Kluźniak (której kompletnie nie znam) w głównej roli, która świetnie oddała zadziorność i nieposłuszeństwo swojej bohaterki. Mnie najbardziej podobało jej się znudzone i zniecierpliwione „mamooo!”

W podsumowaniu pozostaje mi powiedzieć jedno – pomimo tego, że wydaje się, że film mi się wcale nie podobał. Oglądają Meridę swoim dorosłym okiem byłam zadowolona, bo znalazłam w niej kwestie, które mnie i poruszyły, i wzruszyły. Chodzi jednak o to, że nie do końca takiego filmu się spodziewałam. Chciałam wejść w beztroski i porywający świat animowanej fantazji, dać się porwać jego humorowi i przeżyć wspaniałą przygodę z pięknym, szczęśliwym zakończeniem, a tutaj musiałam trochę poudawać. To nie było złe – wbrew pozorom konieczność zastanowienia się przy filmie to bardzo dobra rzecz – ale wolałabym, gdyby Merida zmusiła mnie do tego nieświadomie. Pomimo głębokiej historii i ważnego przekazu, poszczególne elementy scenariusza nie grają ze sobą w jednej płaszczyźnie, przez co ostatecznie, zamiast zachwycona, jestem tylko zadowolona.

Merida waleczna (Brave), 2012
Reżyseria: Mark Andrews, Brenda Chapman
Obsada: Kelly Macdonald, Billy Connolly, Emma Thompson, Julie Walters, Robbie Coltrane, Kevin McKidd, Craig Ferguson
Muzyka: Patrick Doyle
Ocena: 7/10

  • Nólanis

    Wiesz, że ja normalnie nie komentuję, ale mam wrażenie że tu się przyda opinia kogoś może nie tyle siedzącego w temacie, co na temat mającego przynajmniej wcale nie najgorszy widok (tak gwoli wyjaśnienia dla tych którzy nie znają mnie z innych zakamarków internetsów – piszę z Aberdeen, gdzie mieszkam i studiuję język celtycki od niemal roku). Więc będzie uzupełnienie językowo – kulturowo – kontekstowe.

    Byłam na „Brave” w kinie dwa razy – raz na seansie 3D, raz na 2D, w obu przypadkach ze swoim miłym, któremu ten film podobał się co najmniej tak samo, jeśli nie bardziej niż mnie. Nie czuć wielkiej różnicy przy stracie trzeciego wymiaru, ale też ja nie jestem wielką fanką technologii 3D, więc jest mi to generalnie obojętne.

    Oglądaliśmy oczywiście po angielsku, rozkoszując się m.in. pięknie zagranym szkockim akcentem Emmy Thompson; nie wiem jak w tłumaczeniu, ale w oryginale wszyscy celtowie mówią ładnym, czystym szkockim angielskim… z wyjątkiem młodego McGuffina – cały żart polegał na tym, że mówił z tak ostrym góralskim akcentem, że nawet postacie na ekranie nie były w stanie go zrozumieć, a w kinowej sali może co czwarty widz, a i to głównie miejscowi, bo obcokrajowcy jak ja tylko powtarzali sobie, że tym razem to nie problem, że nie rozumieją większości wypowiedzi :D
    Obejrzałam raz z ciekawości trailer filmu z polskim dubbingiem i stwierdziłam, że będę tę wersję językową omijać szerokim łukiem – uwierzę ci na słowo, że nie jest tak źle, jak mi się wydaje.

    No i zapomniałaś wspomnieć o muzyce, bardzo dobrej, klimatycznej, choć na mój specyficzny gust – trochę zbyt mainstreamowej (ale to w końcu mainstreamowy film). Z czystej ciekawości, czy celtycka kołysanka śpiewana przez Elinor została przetłumaczona w polskim dubbingu?

    • że się wtrącę… celtycka kołysanka nie została przetłumaczona. ja po prostu nie zrozumiałam w tym polskiego :P

  • hmmm… każdy ma prawo do własnego zdania i być może w Twojej opinii jest sporo racji. też mi się wydaje, że jak na Disneya nie jest to jakiś wiekopomny wyczyn, ale nie oszukujmy się, dzisiejszy Disney to nie to samo co ten tradycyjnie malowany. To tamte bajki kocham najbardziej i do tamtych wracam cały czas.

    Merida podąża w ciekawym kierunku. W sumie to widziałam zwiastun, ale nie przypominam sobie tam miśka. Może specjalnie to zakamuflowano. Sama nie wiem, nie pamiętam a załączać mi się nie chce :P poza tym… mnie urzekł ten klimat szkocji, no i muzyka, piękna muzyka była.

  • myślałam że to kolejna ckliwa bajeczka dla dzieci, ale z twojego opisu wynika że ta bajeczka mogłaby mi się spodobać

    ps. co masz na myśli mówiąc to nowy rodzaj animacji??

    • Niekoniecznie nowy rodzaj, bardziej jak nowy krok podjęty w celu uzyskania maksymalnego zbliżenia do rzeczywistości. Z tego, co czytałam, każdy pojedynczy włos Meridy był animowany osobno, a wysiłek opłacił się z nawiązką – genialnymi wrażeniami wizualnymi. Bardzo sobie cenię, gdy twórcy filmowi podejmują dodatkowy wysiłek w celu zachwycenia widza chociażby zwykłą techniką kręcenia.

      I jeszcze małe wtrącenie o 3D – wbrew pozorom, uwielbiam kino 3D, ale na „Meridę” nie poszłam, bo nie pasowała mi godzina ;)

  • Nie widziałem tego filmu, wiec nie odnoszę się do sedna sprawy (czyli filmu), ale szalenie zaciekawiło mnie to stwierdzenie:

    „To jest właśnie ta hermetyczność. Jak dla mnie, filmowi brakuje uniwersalności, która pozwoliłaby mu przemawiać do szerokiej widowni. Jest za bardzo o kobietach i tym, co kobietom bliskie”.

    Dla mnie to jest niesamowicie ciekawe, skąd pomysł, że „kobiece tematy” – rozumiem, że chodzi tutaj o relacje matka-córka, nie mogą być uniwersalne?

  • Niekoniecznie chodzi o to, że nie uważam je uniwersalne, ale bardziej się zastanawiam, na ile uniwersalne są dla innych odbiorców. Chcąc nie chcąc, patrzę na „Meridę” z bardzo kobiecego punktu widzenia, więc temat relacji matka-córka bardzo silnie do mnie przemówił – nie dlatego, że opowiada o uniwersalnym problemie konfliktu generacji, ale dlatego, że dotyczy kobiet i spełnienia ról, jakie matki oczekują od swoich córek. „Merida” jest bardzo mocno osadzona w temacie buntu wobec oczekiwań społeczeństwa, ale właśnie z punktu widzenia kobiety. Filmy, w których to młody chłopak buntuje się przeciw ojcu, by nie zostać taki on jest są dla mnie całkowicie zrozumiałe, ale nie oddziałują na mnie w taki sam sposób. Raczej powierzchownie, po prostu wierzę im na słowo i wyciągam z nich tę najbardziej uniwersalną płaszczyznę.

    Dla kontrastu, niedługo wejdzie na ekrany film Setha Macfarlane’a „Ted”, opowiadający o bohaterze i jego najlepszym przyjacielu, przy okazji wywlekając na wierzch męską „dziecinadę”. Mogę zaakceptować fakt istnienia męskiej przyjaźni tego typu (a raczej metafory na taką przyjaźń), ale nie będzie ona dla mnie całkowicie zrozumiała, bo nie jestem mężczyzną i nie odczuwam tego w ten sam sposób.

    Natomiast, wracając do meritum, filmy animowane, zwłaszcza ze stajni Disney/Pixar przyzwyczaiły mnie do tego, że pod pretekstem fabuły odnoszą się do emocji, które odczuwać mogą wszyscy, bez względu na płeć, wiek, przekonania, etc. Miłość, poświęcenie, pragnienie wolności, przyjaźń. „Merida” też to ma, ale nie jest to dla mnie aż tak wyraźne, bo na pierwszy plan wysunęła mi się jej kobiecość. Więc – nie wiem, to tylko moje prywatne odczucie i może zupełnie mylę się w odnalezieniu przekazu tego filmu, ale po prostu zastanawiam się. I mam nadzieję, że choć trochę wyjaśniłam :)