Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. jest komiksem zaklętym w serialu

shield-02

[1xo1 „Pilot”] Stało się. Najgorętsza premiera tego sezonu – serial oparty na kinowych ekranizacjach komiksów Marvela – oficjalnie wyruszył na podbój jesiennej ramówki. Z wielkim utęsknieniem wyczekiwałam go jako ogromna fanka Jossa Whedona, który to właśnie na małym ekranie stworzył swoje największe dzieła. Tymczasem okazuje się, że Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. to przede wszystkim gratka dla fanów komiksów.

Historii przeniesienia filmowego universum Marvela na grunt serialowy nie trzeba chyba przytaczać. Potencjał, już nie wspominając, że kasowy, jest w tym kroku olbrzymi, bo po sukcesie Avengersów łatwo przewidzieć, że przed ekranem co tydzień zasiadać będą miliony. Jakkolwiek podobały mi się pełnometrażowe filmy, a sam pomysł na serial o agentach nie-superbohaterach wywoływał we mnie fanowskie spazmy entuzjazmu, postać Jossa Whedona jako twórcy i producenta, gdzieniegdzie scenarzysty i reżysera, fascynowała mnie mnie jednak zdecydowanie bardziej. Tytuły takie jak Buffy: Postrach wampirów czy nieodżałowany Firefly to w końcu żywe dowody jego scenopisarskiego geniuszu, tak naprawdę mogłabym więc oglądać wszystko, byle wyszło spod jego ręki. Ale padło na Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. – i będę oglądać ich nie tylko dlatego, że ten pomysł po prostu szalenie mi się podoba, nie tylko dlatego, że to serial Jossa Whedona i zarazem nawiązanie do jednego z największych universum popkultury, ale dlatego, że to będzie naprawdę dobra rozrywka.

Kto jeszcze nie wie, na czym skupiać się będzie fabuła Agentów, ten pewnie przespał pół Internetu. Otóż świat po znanej z Avengers Bitwie o Nowy Jork się zmienił. Herosi, potwory i bogowie przedostali się do świadomości publicznej, tworząc wyrwę tak w bezpieczeństwie narodowym, jak i obywatelskim. W celu minimalizowania zagrożenia, agent Coulson (Clark Gregg), wcale nie tak martwy po śmierci z rąk Lokiego w Avengers, powołuje specjalny zespół do interwencji w sprawach związanych z niewyjaśnionym. I skoro mowa o serialu Jossa Whedona, całą resztę opisu można skończyć na „zmuszonych do współpracy jednostkach, które pozornie wcale do siebie nie pasują” – bo jeśli Joss Whedon cokolwiek w swoich serialach udowodnił, to na pierwszym miejscu należy postawić jego smykałkę do skupiania fabuły na bohaterach. Krótko mówiąc, „Agenci” nie mogli dorobić się lepszego tytułu.

I tak w pilocie dostajemy z jednej strony wątek przypadkowego superbohatera, który wcale nie chce skupiać na sobie żadnej uwagi, ale okoliczności mają o tym inne zdanie – z drugiej powstającą z niczego drużynę, której członkowie nawet nie wiedzą, czy mogą sobie wzajemnie ufać. Na tle przeplatających się wydarzeń wyraźnie przebrzmiewa rezonans kinowego odpowiednika: padają tu te same pytania o to, co oznacza bycie bohaterem albo jak żyć w świecie, w którym wszystko przestało być prawdziwe. To oczywiście świetny łącznik pomiędzy jednym a drugim tytułem, a zarazem sygnał, że pod powierzchnią szpiegowskiego serialu akcji, Agenci sięgną również po dojrzalsze tematy. Żeby tego było mało, ilość nawiązań do bohaterów filmu jest cudownym smaczkiem dla miłośnika serii, ale uważny fan z łatwością doszuka się też innych prezentów. Znajome nazwiska i odzywki to jednak nie jedyna zaleta pilotowego scenariusza, bo jest on wręcz przepełniony trafnymi one-linerami i humorem sytuacyjnym – chwilami nieco wymuszonym, ale pasującym do konwencji – a sama jego całość tworzy stosunkowo zgrabną historię, która ewidentnie tworzy podkład pod wydarzenia o większej skali. I tutaj możemy zatrzymać się na dłużej.

Pojawia się bowiem pierwsza rzecz: otóż nie na darmo piszę „będzie”, „sięgną” czy „tworzy podkład”. Nie mogę zaprzeczyć, że pilota oglądało mi się rzeczywiście przyjemnie – zasługa tak przyjętych bohaterów, jak i ogólnego klimatu – ale jednocześnie trudno mi ukryć, że czegoś mi tu jednak brakowało. Coś jakby chemia pomiędzy obsadą nie działała jeszcze na należytym poziomie, albo zarysowane wątki trochę pospieszyły się ze swoim ujawnieniem. Było wręcz kilka scen, które nie do końca grały na tej samej nucie. W rezultacie widać w tym pilocie spory potencjał, ale przed samym serialem jeszcze trochę drogi nim zbliży się miana prawdziwego hitu. Nie ma za to wątpliwości, że takim a nie innym doborem postaci zapewnił sobie całą masę tematów, które w świetnym whedonowskim stylu może sobie wziąć pod lupę.

Weźmy na przykład samego Coulsona – w filmach bohater drugiego planu, w serialu postać centralna i spoiwo utrzymujące zespół w jednym kawałku. Z charakteru to spokojny, zrównoważony gość, który do przeciwności podchodzi z pewnym siebie uśmieszkiem na ustach – widział w końcu niejedno – ale na pewno nie twardziel, którego kule się nie imają. Teoretycznie, w naturalny sposób pasuje na lidera, zwłaszcza, że od zadań „brudniejszych” jest dwójka innych bohaterów, ale serial musi jeszcze pokazać, czy ta statyczna, ciepła powierzchowność, za którą polubiły go miliony, sprawdzi się na dłuższą metę – i zarazem czy sam Coulson da radę udźwignąć nałożoną na siebie odpowiedzialność. Pilot ładnie podpowiada, że krążą wokół niego demony, więc spokojnie można zacząć zacierać ręce.

Drugą ciekawą postacią jest młoda hakerka Skye (Chloe Bennet), która pokazała się chyba od najbardziej charakterystycznej strony. Tak samo wyszczekana, jak ciamajdowata, jest świetnym miksem sprytnego dziecka ulicy i rozemocjonowanej dziewczynki. W zasadzie ta druga strona jest charakteru, ciamajdowata i rozemocjonowana, wzięła mnie z kompletnego zaskoczenia, bo zupełnie nie takiej bohaterki się spodziewałam. Tym lepiej – widać, że stereotypy się tradycyjnie Whedona nie trzymają. W kontekście Skye najbardziej ciekawi mnie natomiast jej butna natura i sposób, w jaki wpasuje się do drużyny „ludzi w garniturach”, którym wydała przecież własną prywatną wojenkę. Na horyzoncie rodzi się więc konflikt ideologiczny, tym mocniej podkręcany przez wzgląd na dwa wybuchowe charaktery – niecierpliwy Granta i wybuchowy jej. Romansu nie chcę jeszcze wróżyć, ale flirtom nie powiedziałabym „nie”.

CHLOE BENNET, CLARK GREGG

Pozostali bohaterowie są póki co mało wyraziści. Duet Fitz-Simmons (Iain De Caestecker/Elizabeth Henstridge) to na razie zabawny miks naukowców, których wcześniej już gdzieś widzieliśmy, Grant (Brett Dalton) wygląda na typowy przykład Zosi-samosi, a Melinda May (Ming-Na Wen) jest z nich postacią najciekawszą, tylko głównie dlatego, że dowiedzieliśmy się o niej najmniej. Wszystkich z przyjemnością poznam jednak lepiej, bo jak mówiłam, mało co w świecie serialowym wywołuje mnie takie pokłady zaufania, jak Joss Whedon.

Wszystko to składa się więc na bardzo luźny, lekki klimat, w którym pierwsze skrzypce gra dynamika pomiędzy postaciami, humorystyczne dialogi i sytuacje i, łącznie z wymyślnymi gadżetami, odpowiednia dawka akcji. I tutaj mamy drugą rzecz: nie czytałam w swojej karierze zbyt wielu komiksów, ale zaprezentowany w pilocie stopień przerysowania wyraźnie przywodzi na myśl strony marvelowskich opowieści. Zapewne w tym momencie można się zacząć kłócić, czy jest to słuszny kierunek, czy serial powinien być komiksem, czy też ile komiksu powinno być w serialu, zanim stanie się on śmieszny, ale wydaje mi się, że z samego założenia jabłko nie mogło tutaj spaść zbyt daleko od jabłoni. Whedonowi udało się po pierwsze oddać hołd oryginałom, z których się Agenci przecież wywodzą, po drugie nawiązać do filmów, do których w końcu nawiązują, pozostać na dodatek produktem świeżym – czyli z superbohaterami zaledwie w tle – i tak w ogóle stworzyć sobie niszę, z której może się później rozwinąć jak pączki na wiosnę. Nie wiem, jak Wy, ale ja widzę w tym spore osiągnięcie.

Nie można też zapominać, że Agenci kierowani są do znacznie szerszej widowni niż nie tylko seriale Whedona, ale seriale w ogóle – muszą przecież ściągnąć przed telewizor miłośników filmów, i to najczęściej młodych miłośników filmów – więc choć teraz pilot może wydawać się płytki i odrobinę poniżej oczekiwanych standardów, nie oznacza to wcale, że w ramach poszerzania swojej mitologii serial nie skręci w lepszym kierunku. Życzę mu tego pełnią swojego serialowego serca, bo rozrywka rozrywką, ale ekipa z Jossem Whedonem na czele potrafi o wiele więcej.

Podsumowując, Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. zaliczyli dobry, solidny start. Komiksowa konwencja to na pewno kierunek, bez którego straciliby wiele swojego uroku, więc kto liczy na luźną rozrywkę, może się śmiało za pilota zabrać. Jednocześnie, ku mojej uciesze, widać w nim przebłyski przyszłego geniuszu (przesadzam, ale ładnie zabrzmiało), których wyczekiwać będę bez utraty sił. Za bardzo podoba mi się sam pomysł, bym mogła zrazić się odrobinę mniej niż perfekcyjnym wykonaniem. W końcu to tylko początek, zaledwie origin story.

 

  • Po serial ja sięgnę raczej z dziennikarskiego obowiązku niż dla przyjemności… Nie spodziewam się niczego dobrego po tym, jak wynudziłem się na Avengersach.

  • Seji

    Jakoś mnie nie porwał. Owszem, fajne (no i „with great power comes a ton of weird crap” ;)) ale brakuje tego czegoś. Może się rozkręci.

  • Mi się pilot podobał, może z wyjątkiem traktowania SHIELD-u jako kolejnej organizacji zrzeszającej nadludzi (bo gdzieś już to widziałem), jest ok.

    Wg moich obserwacji wynika, akcja serialu toczy się po Bitwie o NY, ale jest Extremis, a w IM3 nie występował nikt z agencji, więc możliwe iż fabuła osadzona jest także po przygodzie z Mandarynem.

    Oby się wkrótce wyjaśniło.

  • Paweł Zarzycki

    Whedon potrafi świetnie pisać dialogi. Potrafi też ustawiać małe, pojedyncze scenki, które są fajne. Nie umie za to zrobić intryg co z lepszym lub gorszym skutkiem stara się maskować. Whedon tworzy postacie, bawi się nimi sprytnie i wprawnie, ale pod spodem wieje pustką. I to też jest problem pilota Agents…, który po prostu jest dość nudny. Brakuje jakiegoś zęba, który by sprawił, że czeka się na to co będzie dalej. Serialu nie skreślam, może się rozrusza, ale na razie jest bardzo przeciętnie.

  • Michał Piwowarczyk

    Serial zawiódł mnie niestety na całej linii. Jak na razie to takie Smallvile 2.0, ale to, co Smallvile lata temu można było wybaczyć, SHIELD z całym zapleczem Marvela jest już słabe, kiepsko napisane i bardzo słabo zagrane. Widać gołym okiem, do jakiej dupy grocelowej to jest kierowane, piękni, genialni, 20-letni, nawet żyjąc w samochodzie zawsze z idealną fryzurą i śnieżnobiałym uśmiechem.

    Marvel mógł skorzystać z tego, że serialom wolno więcej w tej chwili niż filmom, ale rozgrywa karty bezpiecznie aż do bólu. Dla mnie strata czasu.