Marhawa Desire, czyli Resident Evil jakich mało

Mało co ożywia mój wewnętrzny popkulturalny radar donośnym piskiem jak dwa ułożone obok siebie słowa „Resident Evil”. Kiedy trafiłam na wydaną przez J.P.Fantastica mangę, wtedy nie byłam do nich jeszcze przekonana – ale Marhawa Desire nawet pomimo tego musiałam mieć.

Wówczas 4-tomową serię kupiłam więc za jednym zamachem, tylko po to, żeby trzy tygodnie później dowiedzieć się, że jej zamknięciu potrzebny będzie jeszcze jeden. Na szczęście długo nie trzeba było na niego czekać – J.P.F. nawet z opóźnieniem wydał go raz-dwa – a ja przy okazji zastanowiłam się, jakim cudem ta perełka w ogóle trafiła na rynek polski – bo z pewnością nie dla tej rzeszy rodzimych miłośników gier Capcomu, podobnie jak nie dla fanów filmów, bo z nimi ma z kolei wspólnego tyle co dwa słowa w tytule. Na odpowiedź nigdzie nie natrafiłam, mogę za to przypuszczać, że miało to jakiś związek z wprowadzeniem przez wydawnictwo serii seinen przeznaczonej dla dojrzalszych czytelników. Jednak to nie zombie, nie horror i nawet nie flaki z olejem, jakie leją się w późniejszych tomach, świadczą o dojrzałości tej opowieści. Jej najsilniejszą stroną jest przede wszystkim dobrze skonstruowany scenariusz, który wraz z ciekawie rozpisanymi bohaterami wiedzie przez kilka niezłych zwrotów i odkryć. Scenariusz – i mnóstwo smaczków dla uważnych fanów gier.

Ci uważni fani będą mieć frajdę z czytania już drugiej strony, która zdradza-nie zdradza tożsamość jednej znanej z gier postaci. Osobiście właśnie w tym momencie zrozumiałam, że komiks będzie mi się podobać znacznie bardziej niż przypuszczałam, a późniejsze zliczanie wszystkich ogranych w oryginałach motywów ubarwiło mi tę przyjemność jeszcze dziesięciokrotnie. Wiecie, jak to w Residentach jest – zaczyna się niewinnie, by potem nagle odkryć istnienie tajnych podziemnych laboratoriów, mutacji na pięćdziesiątą stronę i oczywiście życiodajnego środka transportu na sam koniec. Nie, że zdradzam elementy fabuły, ale serio, każdy, kto grał choć w kilka gier powinien się spodziewać, że mangowa historia nie odbiegnie od obranego przez grową serię schematu. Nie odbiegnie, ale też jej nie skopiuje, a tym Marhawa Desire potrafiła się nieźle popisać.

Niech nie zmyli Was jednak fakt, że grafikę tego wpisu zdobi facjata Chrisa Redfielda. Powiedziałabym też, że mylący jest również oficjalny opis na stronie J.P.F.-u, który od Chrisa zaczyna i na Chrisie kończy. Owszem, starszy Redfield w opowieści się pojawia – u jego boku debiutuje z kolei Piers Nivans – ale on i jego mały oddział BSAA przez większość czasu stanowi jedynie drugoplanowe tło. Głównym bohaterem Marhawa Desire jest niejaki Ricky Tozawa – student uniwersytetu Bennet, którego wujek, znany bakteriolog profesor Doug Wright, zostaje poproszony o zbadanie tajemniczego zarażenia zombie w elitarnej azjatyckiej szkole Marhawa. Profesor zabiera krnąbrnego siostrzeńca ze sobą, by ten mógł zapracować na zaliczenie, ale to, co odkryją na miejscu oczywiście przerośnie ich oczekiwania i możliwości. Szybko zorientują się także, że perspektywa pandemii nie stanowi jedynej przeszkody na drodze do uratowania odciętej od świata placówki, a ciężka batalia, jaka ich czeka, niespodziewanie okaże się próbą sił tak fizycznych, jak i psychicznych. Nacisk na wewnętrzne przeżycia bohaterów – zwłaszcza młodego, niedoświadczonego życiowo Ricky’ego – jest jedną z większych zalet, jakie odnalazłam w tej serii. Tym bardziej, iż wiele wskazywało na to, że mogła być to przede wszystkim krwawa jatka.

Fabuła jest zatem jedną z największych zalet tej opowieści, ale powyższe powody to tylko namiastka jej możliwości. Warto na moment zatrzymać się przy samej postaci Ricky’ego, który w świecie Residentów jest kompletnym świeżakiem, a jednak świetnie sprawdza się w roli głównego bohatera. Osobiście taki krok bardzo mnie cieszy, nie przepadam bowiem za pakowaniem flagowych dla jakiejkolwiek serii twarzy gdzie popadnie, bo czasem po takich zabiegach zupełnie nie można doliczyć się ustalonej wewnątrz danego universum chronologii. Poza tym taki Chris to bohater już ukształtowany – jego obecność w Marhawa Desire tylko podkreśla wszystkie jego cechy, ale szczególnie więcej do nich nie doda. Tymczasem Ricky to sympatyczny lekkoduch, którego życie niewiele od niego oczekiwało, ale który ma na tyle charakteru, że gdy trzeba, potrafi wziąć się w garść. Przyznam, że początkowo miałam względem niego obawy, ale w krytycznych momentach zawsze wychodził obronną ręką. Nie jest też tak, że z racji statusu głównego bohatera Ricky pcha się wszędzie, gdzie popadnie – przeciwnie, jego obecność jest przemyślana i wyważona, i na pewno nie stanowi dania głównego. Zresztą w momencie, w którym zawisłości fabuły zaczynają wkraczać na pierwszy plan, nawet o bohaterach można na moment zapomnieć.

Marhawa Desire bowiem wciąga, i to wciąga naprawdę skutecznie. Pod tym względem nabiera sensu nazywanie jej powieścią graficzną, a nie mangą, choć tak naprawdę nie ma prawa, skoro poszczególne rozdziały były najpierw publikowane w mangowym magazynie, a dopiero później wydane w osobnych tomikach. Zmierzam jednak do tego, że ogromnie się cieszę ze swojej decyzji poczekania do momentu uzbierania całego kompletu. Teraz, gdy już wiem, co się w nim dzieje, ciężko mi wyobrazić sobie czytanie serii w odcinkach, bo te są niestety krótkie i czytając je jeden po drugim w nie wiadomo jak długich odstępach chyba bym sobie powyrywała włosy. Sprawa jest o tyle istotna, że pierwszy tom nie jest tak naprawdę wstępem, tylko wstępem do wstępu. Intryga prowadzona jest wolno – czyli dokładnie tak jak lubię – przez co można się świetnie zapoznać z klimatem i bohaterami, ale akcja potrafi urwać się nawet nie w najciekawszym momencie, ale w momencie, zanim coś ciekawego zacznie się w ogóle dziać. W tym sensie czytanie kompletu było istnym błogosławieństwem i Wam od razu polecam zrobić to samo, inaczej możecie odczuć niedosyt, o którym powstało już parę niepochlebnych recenzji. I co ważne, a chyba zapomniałam zaznaczyć, 5 tomów to 5 tomów, nie więcej. Historia jest zamknięta, zakończona, podsumowana – i przy okazji naprawdę fajnie połączona z wydarzeniami Resident Evil 6. 

I tutaj zapomniałam też dodać – właściwie to nie zapomniałam, a chciałam zostawić na później – że Marhawa Desire zaczęła pojawiać się gdzieś w 2011 albo 2012 roku. Pewna nie jestem dlatego, że cholernie trudno znaleźć o niej jakiekolwiek informacje w sieci. Tak czy inaczej, fabuła osadzona jest pomiędzy wydarzeniami z piątki i szóstki, o czym dobitnie świadczą pewne oczywiste dla fanów fakty, jak chociażby ów debiutujący Piers Nivans czy wspomniana wyżej ciekawostka na drugiej stronie. Przedstawiona tu historia funkcjonuje jednak jako osobna całość, nie ma więc wydarzeń, które bezpośrednio wpływają na ciągłość fabularną gier, są za to bezpośrednie nawiązania, które zgrabnie łączą rzeczywistość przedstawioną w mandze ze ustanowionym w grach światem. W sumie nie ma się co dziwić, skoro pod scenariuszem podpisuje się Capcom. Muszę jednak przyznać, że odwołania są tu na tyle zgrabne i skuteczne, że gdy będę ponownie przechodzić kampanię Chrisa aż się rozejrzę, czy przypadkiem nie wstawiono w niej smaczka dla uważnego czytelnika.

Scenariusz to zatem jedna zaleta, drugą bez wątpienia jest za to oprawa graficzna. W czasach, gdy do mang nie byłam jeszcze przekona, design postaci był dla mnie kwestią dosyć istotną – i Marhawa Desire ewidentnie się na tym polu wyróżniała. Patrząc na wygląd niektórych postaci można by w zasadzie odnieść wrażenie, że po porządnym podkolorowaniu bez trudu uszedłby za standard na Zachodzie. Kreska autora, Naokiego Serizawy, jest bardzo szczegółowa i miejscami niemalże fotograficzna – co ma sens biorąc pod uwagę, że rysownik jest przy okazji fotografem, a na dodatek sposób, w jaki rozplanowane są kadry jest niezwykle filmowy – co ma sens biorąc pod uwagę, że rysownik pracował też przy okazji przy filmach. Wszystko to ma znaczenie o tyle, że dwójka bohaterów z universum Residenta wygląda tu naprawdę porządnie i zupełnie nie „mangowo”, co dla fanów takich jak ja jest zdecydowanie istotne. Pozostali bohaterowie są potraktowani z lekkim ustępstwem, ale tylko lekkim, więc nawet mangowi sceptycy powinni być usatysfakcjonowani. Tym bardziej, że wszystkie inne elementy – tła, ubrania, zombie czy cudownie szczegółowe bronie są odwzorowane mega-realistycznie. I choć może tej technice brakować lekkości, nie czyta się Marhawy ciężko. Ale o tym już mówiłam przy okazji fabuły.

No dobra, ale czy w gąszczu tych wszystkich zalet są tu jakieś wady? Niestety są, choć zapewne nie wszystkim będą przeszkadzać tak jak mnie. Radośnie piszę sobie bowiem o szczegółowej kresce, ale wiedząc, że szczegóły te odnoszą się również do sylwetek postaci kobiecych, już przestaje być tak różowo. Jest otóż w Marhawie bardzo sympatyczna i ciekawa bohaterka, która tą sympatię i ciekawość zdobywa nawet pomimo tego, że poświęcono jej zdecydowanie za mało czasu. Bohaterka należy do BSAA i jak każda kobieta akcji obracająca się w towarzystwie męskich towarzyszy akcji, nosi naturalnie obcisły lateksowy kostium podkreślający wszystkie zalety jej kobiecych krągłości. Nigdy nie zrozumiem, jaka logika kryje się w noszeniu krępujących ruchy ciuchów do walki i innych takich, ale na to mogłabym jeszcze przymknąć oko, gdyby manga przy okazji nie musiała tych krągłości nadmiernie eksponować. Nie zawsze i nie wszędzie, przyznaję, ale z całą pewnością o kilka razy za dużo. Z przykrością musiałam więc pogodzić się z faktem, że święcąca od rastrów pupa bohaterki zajmuje miejscami o kilka centymetrów w kadrze za dużo. Mało tego, bohaterka nie jest jakąś tam pomocnicą z trzeciego planu, na którą się tylko fajnie patrzy – ma swoje własne backstory i ów ten interesujący charakter – ale i tak nie mogłam pozbyć się wrażenia, że scenariusz nie wykorzystał całego potencjału, jaki sam w niej zbudował. W efekcie bohaterka zostaje sprowadzone głównie do roli fighting chick, a choć w biciu się jest świetna, niedosyt, że brakło czegoś więcej, pozostał.

Pozostaje jeszcze dodać, że polskie wydanie spisuje się bez zarzutu – dobre wrażenie robią zwłaszcza wyczerpujące streszczenia wydarzeń z poprzednich tomów – ale jako fanka gier nie byłabym sobą, gdybym nie zahaczyła o jedną, malutką, niewiele znaczącą drobnostkę. Otóż ci, którzy grali w Resident Evil 6 na pewno pamiętają, jakim sztywniakiem bywał Piers, a już na pewno wbiło im się w pamięć – bo mnie się wbiło – że do Chrisa zawsze, ale to zawsze zwracał się per „captain”. Tymczasem w mandze, już abstrahując do tego, że jest nieco bardziej wyluzowany, zdarza mu się mówić „szefie”. Niby nic, a jednak odrobinę zaburza percepcję. Oczywiście nie znam się na tłumaczeniu z japońskiego na polski i nie wiem, jak te wyrażenia brzmiały w oryginale, ale jago fanka gier musiałam się przyczepić.

A zatem prosto i wyraźnie – manga czy nie, fanom growej serii powinna się Marhawa Desire zdecydowanie spodobać, fanów zombie horroru usatysfakcjonować, a miłośników akcji przynajmniej zaciekawić. 5 tomów to w świecie japońskiego komiksu tyle co nic, a historia w nich przedstawiona, nawet pomimo niedociągnięć, pasuje do Residentów jak ulał (są nawet… a nie, nie będę Wam psuć zabawy). Inaczej mówiąc, polecam.

Wszystkie ilustracje należą do Wydawnictwa J.P.Fantastica.

  • Ile za tomik?

    • 19,90 zł, ale JPF ma teraz promocję – 15,92 zł za tom.

  • Świetna seria, choć trzeba przyznać, że fabularnie trochę leży. Sporo zombie, epidemii i doborowy oddział żołnierzy. Jednak dla fana serii (za jakiego się uważam) to najlepsza rzecz jaką mogło wydać JPF w ubiegłym roku.