Lockout: Głupota w zamknięciu

lockout-f

Lockout wydaje się przykładem filmu, który przyczynia się do umiarkowanej popularności kina science-fiction i zwiększającego się przeświadczenia producentów, że to ryzykowny biznes. Mógł być bowiem całkiem przyzwoitą rozrywką na miarę ostatniej Pamięci absolutnej, gdyby tylko nie był tak straszliwym zlepkiem głupot, bezsensów i facepalmów.

Lockout to thriller science-fiction, który ujrzał światło dzienne w kwietniu tego roku, ale do polskich kin nie zawitał i już tego raczej nie zrobi. Scenariusz współtworzył Luc Besson, który podobno był również pomysłodawcą, a reklamowane powiązania ze świetną Uprowadzoną sprowadzają się wyłącznie do nazwy studia (i nazwiska odtwórczyni głównej roli żeńskiej). Jednak to wcale nie powiązania twórcze wzbudziły moją ciekawość, ale fajny temat i autentycznie atrakcyjny trailer. Spodziewałam się akcji podanej w ciekawej i składnej otoczce – nieskomplikowanej, ale wciągającej, jak to ja właśnie lubię – ale niestety nie spodziewałam się dziurawego scenariusza, tony uproszczeń i krytycznej masy tanich zagrywek. Nie wiem, może naoglądałam się ostatnio zbyt dużo filmów, które mi się podobały, i oślepłam na głupoty. Lockout, na szczęście, ponownie otworzył mi oczy.

Rzecz dzieje się w roku 2079. Snow (Guy Pearce), agent CIA, zostaje niesłusznie oskarżony o sprzedawanie tajnych informacji. Jego karą ma być 30 lat na MS One – zawieszonym na orbicie Ziemi więzieniu, który przetrzymuje skazańców w wywołującej kontrowersje hipostazie. Krążą plotki, że nie wszyscy budzą się z takiej śpiączki w pełni sił umysłowych. Sprawę bada córka prezydenta, Emilie Warnock (Maggie Grace), która przylatuje na MS One z wizytacją. Niestety, w wyniku nieszczęśliwego wypadku (i nieskończenie dennej głupoty), wszyscy więźniowie zostają przebudzeni. Gdy biorą zakładników, agencja postanawia wysłać jednego człowieka, by bezpiecznie sprowadził córkę prezydenta na Ziemię. Tym kimś jest Snow. Jednak bohater zgadza się na taki układ tylko dlatego, że w wyniku nieco bardziej szczęśliwego zbiegu wypadków na MS One znajduje się ktoś, kto może pomóc udowodnić jego niewinność.

Cynik i rozpieszczona panna - połączenie standardowe, ale powinno działać.
Cynik i rozpieszczona panna – połączenie standardowe, ale powinno działać.

W teorii, brzmi to jak przepis na naprawdę przyjemny, wybuchowy film, który miałby przy okazji coś mądrego do powiedzenia – kwestię moralnie wątpliwych eksperymentów na skazańcach. Teoria bardzo się jednak mija z rzeczywistością, kiedy w miarę oglądania człowiek zdaje sobie sprawę, że film chce zrobić z niego idiotę. Kilkanaście razy przeszło mi przez głowę, że w danej scenie reżyserzy wręcz świadomie machali ręką na wszelkie ewentualne wątpliwości, na zasadzie: „spoko, kto to w ogóle zauważy, kręcimy dalej”. W ten sposób wyszkolony ochroniarz prezydentówny popisuje się tak daleko posuniętą ciemnotą, że to aż boli, przebrana w męski kombinezon dziewczyna jest kompletnie nierozpoznawalna w tłumie nabuzowanych facetów, broń palna na stacji kosmicznej to norma, ale palenie już zabronione, a „przypadkowych” zbiegów okoliczności nie sposób naliczyć. Dodać do tego szybkie tempo, brak jakiegokolwiek napięcia, muzyczkę podpowiadającą, kiedy ma być romantycznie, przeczenie samemu sobie, wygodne skróty fabularne i tępych przeciwników, i jest przepis na porażkę. Słowo daję, takiego nawarstwienia bzdur nie widziałam dawno, naprawdę dawno (Prometeusz to pikuś). Wybuchy, strzelanki i nieprzerwany ciąg katastrof miały pewnie odwrócić uwagę od scenariusza, ale na tym się twórcy niestety przejechali. Na szczęście gdzieś pod koniec zaczęło mnie to bardziej śmieszyć niż denerwować, więc końcówkę obejrzałam już na zupełnie spokojnie. Człowiek się w końcu uodparnia.

Jednak o ile film sam w sobie się nie broni – przynajmniej nie jako zupełnie poważny thriller science-fiction – to całkowicie broni się postać bohatera wykreowanego przez Guya Pearce’a. Snow jest fantastyczny, nie ma co do tego wątpliwości. Od otwierającej Lockout sceny przesłuchania – dokładnie tej, co w trailerze – do samego końca pozostaje cynicznym dupkiem, który bezkarnie szydzi sobie ze wszystkich i ze wszystkiego. Jego głupie odzywki i aroganckie usposobienie to w zasadzie dziewięćdziesiąt procent powodów, dla których wytrzymałam do końca. Oczywiście, nie wiadomo, dlaczego taki jest, nie wiadomo o nim w sumie nic, ale to nie ma tu kompletnie znaczenia. Ważne, że w tej stercie idiotyzmów była jedna rzecz, która dostarczała mi autentycznej rozrywki.

No dobra, dwie rzeczy – Lockout momentami próbuje pokazać, że jest sprytny i że bohaterowie nie są wcale tak papierowi, jak się wydaje (czemu dowodzą przede wszystkim sceny pomiędzy Snowem a Emilie), ale to próby dosyć niezgrabne, każące widzowi domyślać się faktów z niepotrzebnie postrzępionych fragmentów (a czasami i absurdalnie się zaśmiać, choć to w tym filmie już nic nowego). Stara się, ale mu niestety nie wychodzi. Zdarza się (tym mniej utalentowanym bardziej).

Przeciwnicy są tu po to, bo ktoś musi opanować to więzienie.
Przeciwnicy są tu po to, bo ktoś musi opanować to więzienie.

Cieszy mnie też – ale już w zupełnie prywatny sposób – Maggie Grace. Lubię tę aktorkę, paradoksalnie nie po Zagubionych, ale właśnie Uprowadzonej, i nie mam nic przeciwko oglądaniu jej na dużym ekranie (abstrahując od gry, oczywiście, bo może się jeszcze wyrobi). W Lockout wystąpił też inny serialowy aktor, Lennie James (Jericho, The Walking Dead) i jak zwykle oczarowywał mnie swoim głosem, ale na tym pochwały się kończą.

Na plus zasługują również efekty specjalne, choć odnoszę dziwne wrażenie, że wszystko działo się tak szybko, by zakryć ich mankamenty. W jednej z początkowych scen rzuciła mi się w oczy pewna sztuczność – motocykl obijał się o ziemię w sposób nazbyt kojarzący się z grami komputerowymi – i już mi tak zostało do końca. Ale tak czy inaczej, sceny w kosmosie niezłe.

A zatem niestety, miało być fajnie, ale coś poszło nie tak. W zasadzie nie coś, ale kiepski, pocięty scenariusz (rzeczy w dużej mierze dzieją się „bo tak”, a o wątku eksperymentów film przypomniał sobie chyba niechcący), a do tego dziesiątki bzdur i wręcz jawne lekceważenie widza. Nie oczekiwałam wiele, ale jednak są pewne granice. W efekcie na pewno nie polecam nikomu, kto chce zobaczyć fajny odmóżdżający film, a jeśli polecam, to tylko dla postaci Guya Pearce’a. No i chyba, że ktoś chce na własne oczy zobaczyć tę stertę głupot, bo takie ilości piechotą nie chodzą.

Lockout, 2012
Reżyseria: James Mather, Stephen St. Leger
Obsada: Guy Pearce, Maggie Grace, Vincent Regan, Joseph Gilgun, Lennie James, Peter Stormare
Ocena: 4/10

  • Anonymous

    A ja mam zgoła przeciwne wrażenie. Na nowej Pamięci Absolutnej myślałem, że umrę (poza kilkoma scenami jest smutna jak mało co). A za to Lockout przypadł mi do gustu jako zacne kino rozrywkowe bez zadęcia i zacięcia (nom i ci Irlandczycy!)

    – Jak zawsze zły, Janek

    • Zostało mi wskazane, że „Lockout” mógł być filmem w pastiszowy sposób nawiązującym do kina akcji lat 90-tych, ale jeśli tak, to wg mnie bierze się zbyt poważnie. Nawet, jeśli nie oglądałam kina akcji lat 90-tych powinnam się zorientować, jeśli film ma luźny i niepoważny ton – a tutaj go niestety nie doświadczyłam. Ale że się mógł podobać, to rozumiem – w końcu mnie nie wszystko w nim tak strasznie nie pasowało ;)

  • Nie udało ci się mnie zniechęcić :) Lubię sci-fi, lubię dużo akcji i czasem się zdarza że lubię w filmach głupoty i debilizmy.Lockaut zapowiada się na całkiem niezłą komedię więc dam mu szansę.