Jestem dzisiaj szczęśliwym człowiekiem. Tak wielu ludzi wokół mnie bardzo chciało nie polubić nowego serialu ze świata Gwiezdnych wojen, że teraz czytanie pozytywnie zaskoczonych opinii jest balsamem na mą duszę. Jednak ja ogromnie chciałam ten serial polubić – więc teraz jest mi jeszcze lepiej, bo przecież się (znowu) zakochałam. Iskra Rebelii jest świetna!

Wyjaśnijmy sobie na początek jedno: godzinny pilot Star Wars Rebels to list miłosny do klasycznej trylogii. Wyzywam Was do spróbowania zaprzeczenia, że ryk podwójnych silników jonowych TIE fightera już w pierwszej minucie odcinka nie poruszył w Was nostalgicznej radości. Że widok zawieszonego nad miastem gwiezdnego niszczyciela nie odbił w Waszej pamięci ciepłych wspomnień z Imperium kontratakuje. Że melodia „Tales of a Jedi Knight”, którą na soundtracku z Epizodu IV-ego słyszeliście dziesiątki razy, nie podniosła Wam ciśnienia w sercu. Skłamię, jeśli powiem, że nie piszczałam wtedy ze szczęścia. Jakże żałowałam, że nie oglądam tego pilota w towarzystwie innych fanów, by móc odbijać od nich tę nieskrępowaną uciechę! 42 minuty spędzone w towarzystwie rebeliantów rozjaśniły mój dzień jak bliźniacze słońca Tatooine i ja wiedziałam, ja po prostu wiedziałam, że miałam wszystkie powody, by na ten serial tak niecierpliwie czekać.

Zaczyna się bardzo prosto: ujęciem najmniej interesującej mnie postaci w całym serialu, ulicznego złodziejaszka Ezry, który na widok lądujących na planecie oddziałów imperialnych nabiera inspiracji do podziałania czegoś w mieście. Działanie to oczywiście wykiwanie żołnierzy na prawo i lewo, łącznie z drobną kradzieżą jedzenia – dobrymi intencjami osierocony 14-latek się przecież nie nakarmi. W trakcie owego kiwania chłopak, wiedziony wrodzonym instynktem (cue „Tales of a Jedi Knight”), zwraca uwagę na uzbrojonego mężczyznę dziwnie czającego się pośród uliczek. Moment później obserwuje skoordynowany atak na imperialnych przewożących skrzynie z ważnym towarem, po czym postanawia skorzystać z okazji i skapnąć coś dla siebie. Kilka fajnych sekwencji akcji później (na brzmiących dokładnie tak samo jak w Powrocie Jedi speeder bike’ach!) Ezra niechętnie ląduje na pokładzie Ghosta, gdzie staje się dla bohaterów istnym wrzodem na tyłku jeszcze zanim muszą uciekać przed goniącymi ich myśliwcami przy jakże adekwatnym akompaniamencie przerobionego „Here They Come!”.

fot. Disney-ABC

To jest pierwsze 11 minut serialu, w których poznajemy nie tylko Ezrę, zadziornego lekkoducha jak każdy nastolatek uważającego, że umie sobie z wszystkim poradzić sam; Kanana, pozującego na niewrażliwego najemnika byłego Jedi; szorstkiego mięśniaka Zeba mającego komentarz na każdą okazję; krewką Mandaloriankę z zamiłowaniem do wybuchów Sabine; oraz trzeźwo myślącą pilotkę Herę o ciętym języku i matczynym usposobieniu. Oczywiście, wszystkich tych bohaterów doskonale już znamy – przynajmniej, jeśli śledziliśmy proces twórczy powstawania serialu – ale co innego oglądać ich w reklamowych urywkach, co innego we wspólnym, zgranym zespole. A zespół mają co najmniej sympatyczny – zespół, lub, jak od niechcenia określa to Sabine, rodzinę. Liczne interakcje czy nawet nonszalanckie traktowanie dzieciaka jako przeszkadzajkę w rutynie ich codzienności świetnie pokazują ich wzajemne, wieloletnie zgranie, a to w końcu coś, co uwielbiam najbardziej na świecie. Nic więc dziwnego, że momentalnie wpadłam pod ich urok.

Większość wydarzeń w Iskrze Rebelii obserwujemy jednak z punktu widzenia Ezry. Niektórzy nazywają go głównym bohaterem – pewnie dlatego, że od niego ta historia się zaczyna i jako młody uczeń Jedi będzie pełnił w niej wyraźną rolę. Mimo wszystko wciąż pamiętam stwierdzające w jednym wywiadzie słowa, że perspektywa Ezry z czasem zmieni się w ogólną. Dzieciak zdecydowanie widzi mi się w tym odcinku jako wprowadzenie w świat serialu, tym bardziej, że przecież mamy do czynienia z tytułem dla młodszych widzów, którzy szybciej zidentyfikują się z bohaterem bliższym ich wiekowi. Tak czy inaczej, dzieciak czy nie, Ezra specjalnie mi w tej roli nie przeszkadzał, bo podobnie jak Ahsoka z The Clone Wars jest całkiem samowystarczalny i ma swoje momenty. Owszem, przypomina nieco cudowne dziecko z Mrocznego widma, które wsiada do myśliwca i w pojedynkę rozwala cały statek wroga, ale zasadniczo podobieństwo kończy się i zaczyna na posiadaniu kontaktu z Mocą. Jestem więc w stanie wybaczyć mu ogrywanie szturmowców jak chce, bo generalnie na tym opiera się koncept serialu, nieważne, czy mowa o krnąbrnym nastolatku czy zorganizowanej bandzie rebeliantów. Trudno mieć mu za złe, że trzyma się swoich własnych zapowiedzi.

fot. Disney-ABC

Podoba mi się za to, że wątek Ezry zręcznie, bo mimochodem, pokazał po pierwsze zależności w drużynie, a po drugie charaktery ich członków. Po Kananie widać, że w dzieciaku odbija się obraz jego młodszego siebie, zsuwa się więc maska nieustraszonego twardziela, gdy postanawia wziąć go pod swoje skrzydła. Zeba początkowo wkurza najbardziej, on zatem ma do niego najwięcej pretensji, ale odzywają się w nim głęboko skrywane pod warstwą szorstkości niemal rodzicielskie uczucia odpowiedzialności. Ta relacja zresztą zapowiada się w serialu najciekawiej – wielkolud i dzieciak – bo mają z Ezrą jedną wspólną cechę: czerpią dziecięcą radość z grania imperialnym na nosie. Podobna sprawa ma się z Herą, która instynktownie otacza Ezrę opieką, ku wyraźnemu niezadowoleniu ze strony Kanana. Z kolei na Sabine, twardej, niezależnej młódce, chłopak zrobił niemałe wrażenie swoją zaradnością i odpornością, również szykując podwaliny pod interesującą interakcję. I tak, choć odcinek skupił się na Ezrze, świetnie odkreślił charaktery pozostałych postaci i zarazem przyszłą dynamikę relacji w serialu. Jak dla mnie wilk syty i owca cała.

Co dalej? No cóż, po wstępnym zapoznaniu następuje rzecz jasna wplątanie w sprawę większą niż własna skóra – w tym przypadku ratowania pojmanych Wookieech – oraz tradycyjnego uciekania przed Imperium. Wszystko to prowadzi do jedynej spodziewanej konkluzji, ale po drodze zabiera nas w podróż przez wspomnienia, która w moim odczuciu udała się po prostu pysznie. Ponieważ, jak widać, Iskra Rebelii korzysta z klasycznej trylogii garściami, jest tu np. przepiękna scena nawiązująca nie tylko do wkradnięcia się Hana, Luke’a i Chewiego na Gwiazdę Śmierci, ale i wczesnych szkiców Chewbacci Ralpha McQuarrie’go, na których twórcy serialu oparli postać Zeba (w tym miejscu zakwiczałam z radości po raz kolejny). Zresztą, nie tylko postać Chewbacci – rękę rysownika czuć i w plenerach, i zdjęciach i generalnym designie Rebeliantów, co autentycznie pozwala czuć się jak w domu. Sporo ludzi narzeka z kolei na wygląd postaci – podobno jest za bardzo disneyowy? Nieszczególnie kojarzę, o co może chodzić, bo przecież obejrzałam Wojny Klonów i tam też postacie miały animowany, czasem mocno przerysowany wygląd, ale może rzeczywiście w Star Wars Rebels twarze bohaterów są odrobinę bardziej uproszczone. Złego słowa nie mogę za to powiedzieć o animacji, która tutaj już teraz prezentuje się lepiej i płynniej niż w pierwszych sezonach Clone Warsów. A skoro jesteśmy jeszcze przy technikaliach, to voice acting – rany, jak ja uwielbiam dobry, oryginalny voice acting i jak bardzo cieszyłam się z oglądania tego odcinka w jedyny prawdziwy sposób.

fot. Disney-ABC

Pod tym wszystkim przewija się jednak jedna ważna kwestia: Iskrze Rebelii daleko do głębi, powagi i dramatyzmu znanych z najlepszych fragmentów The Clone Wars, więc nie ma się co oszukiwać: odcinek jest luźny, prosty i rozrywkowy. Oczywiście mam wiarę i nadzieję, że w miarę rozwoju wydarzeń motywy fabularne zejdą na ciemniejszą stronę Mocy, ale mam też świadomość, że póki co oglądam starwarsową opowiastkę dla młodszych. W odcinku jest mnóstwo skrótów i uproszczeń, a do tego chwytów, na który ciężko nabrać się dorosłemu widzowi, ale jeśli tylko da się skupić na atmosferze przygody i zachłysnąć się poczuciem nostalgii, przechodzi się przez to zupełnie bezboleśnie. Cieszy jednak wyraźne poświęcanie bohaterom czasu – i zarazem brak dosłowności – więc już teraz widzę, że serial idzie w dobrym kierunku. Zresztą, kaman, to Gwiezdne wojny o rebeliantach! W mojej głowie to się zwyczajnie nie mogło nie udać.

Przy czym fakt, zmieniony wygląd Wookieech uderza i to wcale nie tak, jakbyśmy chcieli.

Natomiast czego tu nie mamy? Jest zdecydowanie mniej mojego ukochanego slapstickowego humoru z Wojen Klonów, bo choć szturmowcy są jednak przedstawieni jako postacie o niższym levelu, to jednak brak im bezmózgowia separatystycznych droidów. Przy czym mówiąc „mniej” nie twierdzę, że „w ogóle” – powodów do śmiechu jest wcale niemało, z czego duża część rzeczywiście dotyczy szturmowców, ale jest to humor odrobinę bardziej wyrafinowany niż w poprzednim serialu (co w pewnym sensie wychodzi temu na lepsze). Nie ma też jeszcze dostatecznie groźnego wroga – bohaterów goni jakiś-tam zawzięty oficer, ale zapowiadany Inkwizytor zalicza póki co występ na zasadzie cameo. Funnily enough, nie ma też jeszcze fabuły, choć w sumie trudno przewidzieć, czy w ogóle można się tu spodziewać jakiegoś meta-plotu. Jest za to – czy już wspomniałam? – cała masa gwiezdnowojennego charakteru, który sączy się przed ekran kadr po kadrze. Jeśli Star Wars Rebels są czymkolwiek, to przede wszystkim są Gwiezdnymi wojnami.

To widać, słychać i czuć, więc zachęcam, namawiam i potrójnie polecam, bo można się tu naprawdę świetnie, a przy tym bardzo starwarsowo, bawić. Więcej, poproszę!

  • Marcin Segit

    Spodziewałem się więcej. Na razie dostałem serial dla młodszych nastolatków, z paroma fajnymi scenami i z tak koszmarnie wyglądającymi wookie (tam wygląd, zachowanie – stoją i stoją, i stoją, i stoją…), że tylko siąść i płakać. Co do animacji, to też zgrzyta, zwłaszcza gdy postacie biegną na drugim planie. Zapowiedzi były fajne, premiera mnie rozczarowała. Zobaczę, co będzie dalej.

  • Oprawa wizualna nic a nic nie zachęca do romansu.

  • Mnie premiera dostarczyła sporo rozrywki, między innymi, tak jak mówisz, tym klimatem starej trylogii. Jasne – było kilka niedociągnięć (prosta, w gruncie rzeczy konstrukcja fabuły i te paskudne tekstury na wookich), ale frajda i tak jest wielka, a to się dla mnie w „Gwiezdnych Wojnach” liczy. Mam nadzieję, że kolejne odcinki też będą udane :)

  • Pierwszy odcinek był ok, choć rzeczywiście Ezra i fekalne Wookie to zgrzyt. Muzyka i nawiązania do oryginalnej trylogii świetne! Zastanawiam się jak istnienie widocznych Jedi połączą i pogodzą z wydarzeniami trylogii.
    Całość — drużyna (Zeb zwłaszcza), statek, misje — baaardzo mi przypominają Firefly. Chyba dobrze, bo Firefly bardzo lubię. Ale Zed to Jayne dla wczesnych nastolatków.

    • Jeśli tylko takie wczesne nastolatki wiedzą, kim jest Jayne, bo to w końcu nie serial dla młodszych ;)

      • Chodzi mi, że jest to złagodzona wersja Jayne’a, w sam raz dla nastolatków (i nie tylko, dla mnie też wyśmienita:P)

  • Obejrzałam, bardzo mi się podobało, wpisałam do kalendarzyka ;). Fabuła na razie bardzo standardowa, ale to dopiero pierwszy odcinek, a postacie są sympatyczne. Trochę mnie zaskoczyl wygląd wookiech, ale ostatecznie nie był on najważniejszy.
    No i wreszcie w kreskówce o Jedi mamy efektywnego Jedi (bo Anakin&Co. używają mocy zgodnie z Imperatywem Narracyjnym)!

    No i te wielkie niebieskie oczy Kenobiego :P.