Zanim pomyślicie, że zwariowałam… – nie, to już było. Dziś chcę potwierdzić, że jeśli faktycznie zwariowałam, to tylko na punkcie wspaniałości Power Rangers. Oto więc tekst dla „wiarków” i niedowiarków: wszystkich, którzy chcieliby dowiedzieć się, jacy naprawdę są kolorowi wojownicy w ciasnych kostiumach – i dlaczego warto dać im szansę.

Jak wielu z Was zapewne wie – albo i nie – w połowie tego roku stwierdziłam, że obejrzę Power Rangers RPM: jeden z nowszych, a więc nowoczesnych sezonów, powstały w 2009 roku, który wybrałam ze względu na Rose McIver, jedną z moich ulubionych serialowych aktorek. Dlaczego w ogóle zerknęłam w stronę Power Rangers i skąd wziął się impuls, żeby ich wypróbować? Dobrze, że pytacie, bo całą zasługę kieruję w stronę Misiaela, bez którego nigdy nie poznałabym wspaniałości tego serialu i któremu z tego miejsca pragnę ogromnie podziękować. Jego (trwający!) cykl tekstów omawiających poszczególne sezony –  entuzjastycznie, jak i krytycznie – zaciekawił mnie na tyle, że w końcu musiałam zadać sobie pytanie: czy to naprawdę może być aż tak fajne? Szybkość, z jaką przekonałam się, że tak, może, mogę porównać tylko do pewnych komiksowych biegaczy. Od czasu ukończenia RPM, obejrzałam już sześć innych sezonów, właśnie zaczęłam siódmy, a w kolejce czeka jeszcze sześć kolejnych. W tym czasie poznałam tyle niesamowitych postaci, zobaczyłam tyle zaskakujących wątków, obserwowałam tyle skomplikowanych relacji i zachwyciłam się tyloma scenami akcji, że na ich wspomnienie aż trudno utrzymać mi entuzjazm na wodzy. Gdy niedawno sam Misiael skwitował, że w życiu nie przypuszczał, jak bardzo wciągnie mnie ten świat, praktycznie spuchłam z dumy. Miałam czekać, aż obejrzę wszystkie interesujące mnie sezony, ale z tego kipiącego entuzjazmu już nie wytrzymałam. Dziś więc chcę podzielić się z Wami moją pasją i radością, opisując wszystko, co w Power Rangers najwspanialsze oraz przekonując, że pod warstwą wieloletnich uprzedzeń, lekceważących śmiechów i niedowierzającego wytykania palcami kryje się pełna wartości, głębi i niezwykłych emocji opowieść o prawdziwym bohaterstwie.

green_by_quirkilicious-d7ifbo2Ok, na początek, małe trivia dla tych, dla których Power Rangers zaczyna się i kończy na polsatowskiej emisji Mighty Morphin Power Rangers w połowie lat 90-tych – tego z Kimberly, Tommym, czarnoskórym Czarnym Wojownikiem, Żółtą Rangerką pochodzenia azjatyckiego i wielką łysą głową zawieszoną w gigantycznej tubie wypełnionej bliżej niesprecyzowaną substancją: Power Rangers może od tego się zaczęli, ale bynajmniej na tym nie spoczęli. Powiem więcej, uważam za krzywdzące wobec całego serialu patrzenie na niego przez pryzmat de facto pierwszego sezonu, który może broni się statusem kultowego, ale dziś niedomaga na więcej niż jednej płaszczyźnie. Mighty Morpin na zawsze będę wdzięczna za wzbudzenie we mnie fascynacji ratowaniem świata w odpowiedniej garderobie, ale to dopiero dalsze serie uświadomiły mi, jak wiele Power Rangers mają mi do zaoferowania.

Bo o co chodzi: otóż przez ponad 20 lat trwania serialu, tylko pierwsze sześć sezonów jest ze sobą powiązanych fabularnie (Mighty Morphin 1, 2, 3, Zeo, Turbo, In Space) – pozostałe to autonomiczne historie, połączone wspólnym universum, ale posiadające własną fabułę, własnych bohaterów i odrębne klimaty. W jednym chlubnym przypadku mamy do czynienia nawet z alternatywną rzeczywistością. Co z tego wynika? Że Power Rangers można oglądać od środka, potem pójść dwa sezonu do przodu, przeskoczyć pięć do tyłu, a na koniec ewentualnie dooglądać te pozostałe. Ewentualnie – bo zasadniczo nie trzeba (opcja zarezerwowana dla tych, którzy zwariują na punkcie tego, co już zobaczyli i będą chcieć więcej). Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie ten fakt stał się wręcz fundamentalny – niezależnie od tego, jaką sympatią darzę pierwszy, oryginalny sezon i jak długo Trini pozostaje w mym sercu jako Żółta Wojowniczka, nie byłabym w stanie oglądać początkowych serii z taką przyjemnością, z jaką oglądam nowe dzisiaj (jeśli ktoś w dzisiejszych czasach potrafi oglądać Mighty Morphin, to jest lepszą istotą ludzką ode mnie). I tym wstępem pozwolę sobie zabrać Was po wszystkich niesamowitych zaletach Power Rangers, w które jeszcze pół roku temu sama nie mogłam uwierzyć.

We all do things in life we regret. But if we don’t learn from them and move towards a brighter future, we pay twice

Zacznę może od kwestii, która niekoniecznie rzuca się w oczy przy pierwszym wypróbowaniu, ale jest wiodąca i może niektórych od razu przekonać do spojrzenia na Power Rangers w innym świetle: historie większości niezależnych sezonów zachowują ciągłość fabularną. Nie mówią tu o dwu- czy trzy-partowcach z kolejnymi numerkami, które zdarzają się oczywiście jak wszędzie, ani o schemacie jednego Big Bada na sezon, ale pewnym ciągu przyczynowo-skutkowym przechodzącym z jednego odcinka na drugi. W trakcie sezonu bohaterowie – i to ci po obu stronach barykady – rozwijają się poza stockowe cechy, z którymi zaczynają w pilocie, często przywoływane są minione wydarzenia w ramach lekcji na przyszłość, z porażek wyciągane są nowe doświadczenia, a przeszłości nierzadko stanowią przedmioty traum, jak i motywacji. Zdarza się, że szeregowy odcinek kończy się na porażce albo dokonaniu jakiegoś nowego okrycia, które stają się pozycją startową dla kolejnego. Bardzo charakterystyczne są konkretne story arci w środku sezonów, które rozwijają się przez kilka odcinków aż do przejścia w dalszy, jeszcze bardziej epicki etap historii. Najbardziej charakterystyczne jest też wzbogacanie drużyny o nowe postacie, technologie, maszyny czy moce. Wojownicy powszechnie zdobywają potężniejsze formy bojowe albo nowe zordy, oczywiście używane potem do końca; nie ma też serii nie powiększanej o tzw. Szóstego Rangera, którego przedstawieniu poświęca się niejednokrotnie osobny, albo nawet kilka, odcinków.

Wszystko powyższe działa pomimo konstrukcji serialu, czyli dwudziestominutowych odcinków, w których jedna trzecia poświęcona jest na obowiązkowe sceny walk – zamiast sezonu składającego się z jednostkowych fillerów (jak było w pierwszych pięciu), mamy sezon zaplanowany praktycznie od razu w całości, który krok po kroku serwuje nam cząstki stosunkowo sensownej całości. Nawet nie wiecie, jak wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrycie takiej fabularnej spójności, kiedy zasadniczo spodziewałam się historyjki o młodocianych superbohaterach walczących z plastikowymi siłami zła. Tak, Power Rangers mają scenariusz – i to zaskakująco złożony, wciągający i sensowny.

Six working together to fight evil!

tumblr_ncd7yjUUOT1s9ikqeo1_1280Żadnego serialu nie ma jednak bez bohaterów, a żaden obejrzany przeze mnie sezon Power Rangers nie spodobałby mi się choć w połowie tak bardzo, gdyby nie zamieszkiwane przez niego postacie. Szczerze, nie jestem w stanie wskazać ani jednego bohatera, którzy wkurzałby mnie ponad miarę – zwykle albo darzę ich całą swoją sympatią, albo ci mniej interesujący wcale mi nie przeszkadzają. Jeszcze lepiej: w jednym sezonie owszem, jedna postać strasznie mnie irytowała, ale jej ewolucja w późniejszych odcinkach ostatecznie sprawiła, że ani się obejrzałam, a kompletnie zapomniałam o wszelkich animozjach. Najlepsze są oczywiście sytuacje, kiedy lubię całą paczkę naraz – albo jeszcze lepiej: całą paczkę naraz łącznie z etatowymi złoczyńcami (do tego stopnia, że aż nie wiem, komu kibicować). I bohaterowie to kolejny niesamowicie pozytywny aspekt całego serialu, i to pozytywny tym bardziej, że razem tworzą zgraną, sympatyczną drużynę pełną wewnętrznych relacji – przyjaźni, rywalizacji, nawet miłości – z którymi po dobrnięciu do ostatniego odcinka naprawdę ciężko się rozstać. To czasami niesamowite, jak dużo jest w Power Rangers scen typowo bondingowych, pokazujących normalnych młodych ludzi podczas normalnych codzienności, które niejednokrotnie ogląda się lepiej niż jakiekolwiek bitwy, potyczki czy zwycięstwa.

Warto jednak zaznaczyć, że bohaterom sprzed 2000 roku ciężko przypisać jakieś konkretne cechy charakteru – zwykle była to zawsze wspierająca się, sympatyczna i życzliwa paczka przyjaciół, których indywidualne cechy zlewały się praktycznie w jedno. Spieszę zatem donieść, że w seriach po 200o roku zmienia się to na plus i od tamtej pory mamy tak luzackich cwaniaków i oddanych służbistów, jak młodych gniewnych, zagubione dusze czy nawet rozpieszczone księżniczki (plus o wiele, wiele więcej). Żaden członek drużyny nie jest taki sam, pojawiają się więc spięcia, trudne przyjaźnie, ale również wzruszające pojednania (trzeba mimo wszystko pamiętać, że to serial docelowo dla młodszych i przekaz musi być). A skoro mowa o przekazach – zróżnicowanie charakterologiczne bohaterów to nie jedyne zróżnicowanie w serii, ale o podejściu do płci i kolorów skóry niech opowie Wam Misiael.

There’s only room for one evil monarch.  And that will be me

Zabierając się po tych kilkunastu latach za Power Rangers, zabierałam się za nich ze świadomością, że to opowieść o bohaterach i pokonywaniu zła. Zupełnie nie przyszło mi wtedy do głowy, że po drugiej stronie barykady są jeszcze złoczyńcy – i z tego powodu czekał na mnie kubeł zimnej wody. Gdy zobaczyłam się, że za kulisami czynienia zła i prób pokonania Wojowników znajdują się jeszcze prywatne waśnie, rywalizacje, zdrady i knowania, moja rodząca się wtedy miłość do tego serialu z miejsca wzrosła co najmniej dwukrotnie. Mało tego, wątki osobiste złoczyńców nierzadko wiążą się bezpośrednio z postaciami Rangersów, a sami złoczyńcy nie okazują się wcale tak przerysowani i czarno-biali, jak się wydają. Nie zawsze mają swoje własne backstory, ale prawie zawsze mają swoje własne motywacje, charaktery, a nawet uczucia. Można im współczuć, można im kibicować, można cieszyć się z ich sukcesów, smucić, gdy dostają po tyłkach, a także bać się o ich skórę, i to bynajmniej nie z rąk Wojowników. Słowo daję, w jednym z moich ulubionych sezonów to nie Rangersi zawładnęli moim sercem, a właśnie złoczyńcy – i to z ich osiągnięć cieszyłam się wtedy najbardziej.

Oczywiście, kreacje złoczyńców różnią się z sezonu na sezon – w niektórych seriach zdarza im się funkcjonować jako comic relief, co jest ewidentnie słabsze – ale w tych, w których lśnią, lśnią mocno jak diament. Niejednokrotnie łapałam się na tym, że wcale nie chciałam unicestwienia sił zła, bo byłoby to względem nich zbyt okrutne, i z fascynacją śledziłam ich postępującą ewolucję. I to kolejny piękny przekaz zawarty w Power Rangers – danie nam szansy spojrzenia na „tych złych” pod innym kątem, swoistej próby usprawiedliwienia ich wrogich intencji i pokazania złożoności ich wzajemnych relacji, nie mniej skomplikowanych niż u bohaterów pozytywnych. Biorąc pod uwagę, że spora część Big Badów ma ludzkie twarze, taki zabieg ich uczłowiecza i zmusza do refleksji. Naprawdę, będziecie zaskoczeni niektórymi kreacjami złoczyńców i na długo zapamiętacie swój pierwszy moment olśnienia.

Enough posing – let’s fight!

jungle_fury___wolf_ranger_by_mangarainbow-d86gvhqPoprawcie mnie, jeśli się mylę, ale mam wrażenie, że wśród powodów do wytykania Power Rangers palcami są m.in. tandetne sceny walk. Otóż, jak się domyślacie, nic bardziej mylnego. Walki w Power Rangers są niesamowicie efektowne, szczególnie te w strojach – choć tzw. cywilne wcale im wiele nie ustępują. Przede wszystkim rzuca się w oczy typowa „japońskość” potyczek, czyli skoki na 10 metrów, sprzeczne z zasadami grawitacji ataki z powietrza, promieniste rozpryski energii – jednym słowem nic, czego nie widziałby wcześniej każdy miłośnik anime. Tutaj mamy to w wersji na żywo, więc co jak co, ale można być pod wrażeniem, że co odcinek udaje się nakręcić scenę pełną świetnej choreografii i cieszących oczy akrobacji, okraszonej dynamicznymi zdjęciami, świetlistymi efektami specjalnymi i oczywiście legendarnymi eksplozjami – tak legendarnymi, że, jak głosi sławny mem, wybucha od nich trawa.

Spoglądając prawdzie w oczy – tak, walki w Power Rangers są specyficzne. Zdjęcia wyjęte bezpośrednio z japońskich oryginałów, Super Sentai, dyktują serialowi pewne warunki, które ten jednak z powodzeniem adaptuje na swoje potrzeby. Wspomniałam o walkach cywilnych, z oczywistych powodów kręconych przez amerykańską ekipę, a tak samo pełnych kaskaderskich łamań karków i choreograficznych popisów, że w żadnym stopniu nie można mówić o odstawaniu poziomem. Zdarzają się oczywiście słabsze pomysły (wpada mi do głowy niesławna scena z ludzką karuzelą z Mighty Morphin Power Rangers – którą jednakowoż można wybaczyć ze względu na początki serialu), ale w zdecydowanej większości potyczki da się oglądać pod pełną hipnozą – szczególnie, jeśli wschodnie sztuki walki kręcą kogoś hobbystycznie. Trzeba po prostu pamiętać, że od lat 90-tych Power Rangers są kręceni praktycznie rok po roku – efekty sprzed dziesięciu lat mają prawo wyraźnie odstawać od fajerwerków godnych XXI w.

No i oczywiście: pozowanie. Bez przedstawienia każdego Rangera po kolei, a potem ustawieniu się we wspólnej konfiguracji – jeszcze najlepiej z eksplozją w tle – nie ma odcinka. Wzięło się to oczywiście z Super Sentai, gdzie jest jedną z cech charakterystycznych tokusatsu, czyli gatunku, do którego Super Sentai przynależy, ale wiecie, po tylu obejrzanych odcinkach, gdyby teraz miało mi pozowania zabraknąć, czułabym się co najmniej dziwnie. Przy czym co jest w tym najlepsze? Że tak bardzo, jak wrosło mi w krew, wciąż mogę się z niego śmiać – z pełną świadomością sedna żartu. To też jest cudowne w Power Rangers – kochanie tego serialu całym sercem wcale nie wyklucza umiejętności podchodzenia do niego krytycznie (tym bardziej, że niekiedy sam serial potrafi śmiać się z siebie lepiej niż ktokolwiek inny).

Merriment and togetherness make me ill. Every year for centuries, these nauseating Earthlings get together and celebrate the holidays. But this year, it’s going to be different

Założę się, że jeden z największych oporów przed oglądaniem Power Rangers wiąże się z faktem użerania się z nastoletnimi bohaterami. Otóż wcale nie trzeba się z nimi użerać. To znaczy: nie zawsze. Odkąd przyjęta została polityka odrębnych sezonów, przed dobre kilkanaście lat pod rząd główni bohaterowie przynależeli do niesprecyzowanego pokolenia pozaszkolnego, mieszcząc się gdzieś w przedziale wiekowym ok. dwudziestu lat. Jedynym wyjątkiem jest Dino Thunder, którego cała koncepcja celowo zakłada nostalgiczny powrót do klimatów z Mighty Morphin (powraca nawet Tommy, tym razem w roli mentora dla nowego pokolenia Rangersów). Trend ten zmienia się dopiero w serii Megaforce z 2013 roku, co w sumie daje dwanaście sezonów dziejących się w dziesiątkach miejsc, z których żadne nie jest amerykańskim liceum, opowiadających o dziesiątkach bohaterów, którzy poza przywdziewaniem kolorowych kostiumów mają w swoich życiach jakieś konkretną profesję.

Ale z tym wiąże się jeszcze lepsza rzecz: jak już wychodzić poza licea, to wychodzić w stylu. Tym samym zdecydowana większość sezonów osadzona jest w innych, niezależnych od siebie klimatach, od których miłośnikom fantastyki powinny zaświecić się oczka. Są zatem sezony o kosmicznych obrońcach galaktyki (In Space, Lost Galaxy), podróżnikach z przyszłości należących do agencji zwalczania terrorystów (Time Force), adeptach dalekowschodnich sztuk walki (Ninja Storm, Jungle Fury, Samurai), futurystycznych policyjnych jednostkach specjalnych (SPD), wymachujących różdżkami czarodziejach (Mystic Force), obrońców ostatniego ludzkiego miasta w przyszłości zmiecionej przez apokalipsę (RPM), czy nawet poszukiwaczach galaktycznych skarbów (Operation Overdrive). Pomimo powtarzających się tematów (np. dinozaury, ninja czy moce zwierząt), każdy sezon zachowuje odrębny i unikalny dla siebie charakter, który rządzi się swoimi prawami, ale zachowuje tradycyjne cechy serialu. Ta różnorodność sprawia, że (na co często zwraca uwagę Misiael) nie ma dwóch fanów Power Rangers, którym podobają się dokładnie te same serie. Więcej: są osoby, które uwielbiają sezony powszechnie znienawidzone, tak jak są osoby, które nienawidzą sezonów powszechnie uwielbianych. Każdy fan może każdy sezon lubić za coś innego – a to różnorodność, dzięki której nie sposób patrzeć na Power Rangers jako jednego i tego samego serialu.

Mając to na uwadze, wyobraźcie sobie teraz oczekiwanie na nową serię, Dino Charge, która trafi na mały ekran w przyszłym roku. To nie kwestia tego, czy sezon będzie dobry, czy zły (choć oczywiście wszyscy chcemy, żeby był dobry!), tylko jak bardzo inny i unikatowy będzie względem wszystkich poprzednich.

To powiedziawszy, warto oczywiście (wyraźnie) zaznaczyć, że są sezony wyjątkowo świetne, są sezony ucieleśniające wszystkie najgorsze wady serii, są sezony ani dobre, ani złe, zwyczajnie średnie, są sezony, których wręcz nie da się oglądać. Ale jest na to proste rozwiązanie: wystarczy zacząć od tych najlepszych. Jeśli raz Power Rangers pokochacie, istnieje duża szansa, że pokochacie ich na zawsze.

We may not be Power Rangers anymore, and our wildzords may be gone. But their spirit still lives… inside us!

quantum_ranger_by_diabolicol-d4q7r7lDobra, przechodzimy do cięższej artylerii (see what I did there in 3… 2… 1), czyli aspektu, którego sama niekoniecznie lubię, ale akceptuję ich obecność jako takiego, a innego stanu rzeczy: zordów. Generalnie, nie przepadam za zordami. W teorii wielkie, potężne roboty zdolne transformować się w niemal dowolne konfiguracje, w praktyce lateksowe kostiumy ledwo trzymające się na kaskaderach wywijających w nich kończynami, zordy są czymś pomiędzy przykrą koniecznością a zapychaczem czasu. Jeśli pomyśli się, że ich obecność w serialu jest usprawiedliwiona po pierwsze zdjęciami z oryginalnych Sentaiów, a po drugie wymiarem marketingowym – zabawki same się nie sprzedadzą – można je bez większych grymasów przełknąć. Ale jeśli zobaczy się, że poza funkcją bojową, zordy pełnią również funkcję symboliczną, nagle, przy odrobinie wyobraźni, można się z ich powodu nawet wzruszyć.

Bo widzicie, zordy to zasadniczo manifestacja największej potęgi Rangersów. Gdy wszystko inne zawodzi, a wróg wydaje się nie do pokonania, bohaterowie wsiadają do swoich wielkich robotów (lub dosiadają swoje inteligentne bestie, lub sami przechodzą transformacje) i zamiatają przeciwnikami podłogę (znaczy się miasto). Tylko że bohaterowie nie zawsze mogą na zordach polegać. Z racji swojej potęgi, te wielkie maszyny są zazwyczaj celem ataków i wrogom nierzadko zdarza się je unicestwić. I naprawdę przyznam szczerze, przy całej swojej sztuczności i wylewającym się z boków plastiku, widok całkowitej destrukcji zorda potrafi jednak ścisnąć za serce. Niekoniecznie faktycznym widokiem – ale właśnie znaczeniem, które ze sobą niesie. Bo nawet, jeśli Rangersi tracą swoje moce, nawet jeśli stają przed beznadziejnymi szansami na powodzenie, nawet jeśli patrzą śmierci w oczy – to się nie poddają. Call me a sucker for cheap heroism, ale po tylu przejściach, doświadczeniach i przeciwnościach, z jakimi dziennie zmierzają się bohaterowie, jedyne, co jest w tym cheap to brak budżetu na kosztowne CGI i utalentowanych aktorów.

I wiecie, co jeszcze z tego wynika? Tak – że w Power Rangers są stawki, są emocje i jest dające zadość tytułowi napięcie.

Wait a minute. Listen, everyone. The Rangers have never let us down before. We have to believe they’ll be here

Łącząc następny temat z powyższym – Rangersi nie zawsze są niepokonani. Prawda, w serialu docelowo kierowanym do młodych zło nigdy nie może zatriumfować na dobre, ale to wcale nie oznacza, że po drodze nie może skopać bohaterom tyłków – ani że ci zawsze potrafią sobie ze wszystkim poradzić. Wspomniałam, że odcinki mogą kończyć się na porażce oraz że bohaterowie wyciągają z tych porażek nauczki, ale teraz wspomnę, że często wcale nie samodzielnie. Prawda jest taka, że czasem bez pomocy sił z zewnątrz nie poruszyliby się ani krok do przodu. I w tym miejscu czas wspomnieć o bohaterach drugoplanowych, którzy wcale nie muszą posiadać specjalnych mocy ani być specjalnymi wybrańcami, aby udowadniać wszystkim wokół, jacy są sercem i duchem wielcy. To oni – niezależnie od tego, czy znają tożsamość Rangersów, czy nie – służą im wsparciem i poradą, to oni przypominają o stawkach, za jakie w ogóle toczy się gra, to w końcu sprowadzają nas, widzów, na ziemię, pokazując, że nie oglądamy niezwyciężonych herosów, ale zwykłych młodych ludzi borykających się ze zwykłymi i niezwykłymi problemami. Jedne z najlepszych scen w wielu sezonach wiążą się właśnie z tymi postaciami, którzy w krytycznych chwilach właściwie przejmują kontrolę nad sytuacją. I jasne, jak wszędzie, trafiają się postacie lepsze i gorsze, bardziej sympatyczne i mniej sympatyczne, nie mówiąc już o skrajnie irytujących, ale w tych wyjątkowych momentach nawet oni potrafią człowieka poruszyć.

I to kolejny mocny punkt serialu – ukazanie, że wcale nie trzeba zakładać bojowego kostiumu, by wykazać się swoim własnym rodzajem odwagi, nieważne, czy chodzi o ratowanie świata, czy sprzeciwianie się przyjętemu porządkowi rzeczy. Hell, nawet Mięśniak i Czacha, postacie, których wcale nie chciałam po tych kilkunastu latach znowu oglądać, dostali jeden z najpiękniejszych i najpotężniejszych wątków w całym serialu, na zawsze przekonując nawet mnie, że bez nich Power Rangers byłby znacznie uboższym serialem. Call me a sucker for the power of good and all that crapbut you know the drill.

But… she’s a girl!

Pink_Ranger_by_CosmoXJ9No dobra, miałam zostawić ten temat Misiaelowi w tekście podlinkowanym wyżej, ale ponieważ to temat bliski memu sercu, pozwolę sobie wtrącić o nim swoje trzy grosze. Otóż postacie kobiece w Power Rangers wymiatają. Zanim powiecie „ale przecież jak to, skoro kobiety są zawsze w mniejszości”, albo „czemu kobieta nie może być Czerwonym Rangerem”, tudzież „różowy to dyskryminacja – no i czemu zawsze spódniczki?”, pozwólcie, że wyjawię Wam prawdę: prawda jest taka, że nawet niedoreprezentowane (is that a word?) i kolorystycznie marginalizowane (choć wcale nie zawsze!), postacie kobiece są w Power Rangers bardzo dobrze pomyślane. Zaczynając chociażby od Wild Force, gdzie Żółtą Rangerką jest wojskowa pilotka, przez Time Force, gdzie drużyną dowodzi Różowa Wojowniczka, po RPM, któremu mentoruje najbardziej złożona i chyba najciekawsza postać w historii serialu, a kobieta, kobiety w Power Rangers są przedstawiane jako kompetentne, wartościowe wojowniczki, których w drużynie nikt za bycie kobietą nie wytyka palcami.  Więcej, nie trafiają im się „typowo kobiece” wątki, nie są dowartościowywane przez obecność mężczyzny, nie potrzebują wdawać się w romanse, by stać się ciekawszymi. Co z tego, że noszą spódniczki i mają przypisane tylko konkretne kolory, co z tego, że główny punkt skupienia w drużynie zgarnia zwykle Czerwony Ranger (a zgarnia wszystkim niezależnie od płci), w zasadzie nawet co z tego, że w drużynie przydałoby się ich więcej – konia z rzędem serialowi, który od lat pisze postacie kobiece jako ludzkie istoty, które pomimo wszelkich przeciwności potrafią same decydować o swoim losie (już abstrahując od tego, że konia z rzędem serialowi, który nie potrzebuje seksualizować swoich bohaterek dla podkreślenia ich badassowości – pal licho, że to wynik targetu).

Oczywiście, to wcale nie oznacza, że Power Rangers jest jakiś kobiecym świętym Graalem – oczywiście, że zdarzają się wpadki, kręcenia nosem, nieszczególnie trafne linijki dialogu. Jeden z sezonów wyraźnie nawiązuje do niechęci wobec przyjmowania rozkazów od kobiety – tylko po to, by pod koniec zweryfikować poglądy powątpiewającego bohatera. Zdarzają się damy w opałach – które później wydostają się z opresji samodzielnie, na deser w pojedynkę śląc oprawców do piachu. Są słowa, których mogłoby nie być, ale po których kwaśne wrażenia zacierają zwykle późniejsze czyny. Wszystko to jest warte wybaczenia przez sam fakt pokazywania kobiet – a tym samym wzorów dla dziewczynek i nastolatek – które są tak samo potężne, złożone i wartościowe, jak każdy inny członek zespołu. Jeśli to nie jest pozytywny przekaz, to ja nie wiem, co.

Hold it! hold it! Hold everything, people. In times like this, there is one question that needs to be answered: Are we, or are we not, the good guys?

I na koniec coś, w co pewnie uwierzyć najtrudniej, co niemniej gwarantuje największą satysfakcję – to wcale nie jest serial o niczym. Podsumowując wszystkie powyższe akapity, Power Rangers to wcale nie kolekcja prostych historyjek o pokonywaniu zła w wybuchowej otoczce nastawionej na sprzedawanie zabawek kojarzonych z fajnymi bohaterami. Ten serial, w głębi, pod grubą warstwą campu, plastikowych potworów i zakrzywionej logiki, naprawdę próbuje przekazać całe mnóstwo pozytywnych wartości. Pomińmy już bohaterstwo, wzajemne wspieranie się i środowiskową propagandę – popatrzmy za to na wątki konfliktów z rodzicami uczącymi  się akceptować pasje swoich dzieci. Przyjrzyjmy się koncepcji zła i spróbujmy w nim dostrzec odcienie szarości. Popatrzmy na bohaterów i to, co i dlaczego nimi kieruje. Omówmy szacunek, obowiązek i głęboką pasję płynącą prosto z serca. Popatrzmy nawet na zemstę czy odkupienie, nierzadko jeden z najbardziej poruszających wątków w serialu. To nie są tylko puste frazesy, Power Rangers naprawdę podejmuje takie tematy, i to niejednokrotnie w bardzo trafny i przejmujący sposób. Jasne, robi to w swoim stylu, który jest jaki jest i nie ma się co oszukiwać, że się zmienia – ale gdyby przenieść je na płaszczyznę standardowego 45-cio minutowego tytułu w wieczornym slocie, wcale nie odstawałyby od nich poziomem. W jednym chlubnym przypadku mogłyby nawet stawać z nimi w szranki dokładnie takie, jakie są.

I tutaj, na koniec, wypada powiedzieć jasno i wyraźnie: tak, Power Rangers wizualnie nie prezentuje się jak gwiazdka na święta (zwłaszcza w kreacjach pomniejszych złoczyńców), nigdy nie zasłużą na żadną statuetkę za scenariusz, nie pochwalą się również wysokim (czy lepiej powiedzieć: równym) poziomem aktorstwa, a do tego mają całą masę swoich własnych dziwacznych quirków – ale to właśnie te quirki i te synchroniczne pozycje i te równoczesne okrzyki i te kartonowe dekoracje i ci lateksowi złoczyńcy z ledwo poruszającymi się ustami są nieodłączną częścią uroku, bez którego ten serial nigdy nie byłby sobą. Jeśli będziecie w stanie je pokochać, pokochacie Power Rangers za każdą pozytywną niespodziankę, jaką Was uraczy, i wybaczycie mu każdą wpadkę, jaką po drodze zaliczy. A potem może nawet poczujecie się dumni – tak jak ja się czuję – że możecie zaliczać się w poczet ich fanów.

Jacy są zatem Power Rangers? Zaskakujący, efektowni, błyskotliwi, zabawni, złożeni, infantylni, kreskówkowi, nielogiczni, oryginalni, unikatowi, szaleni, zwariowani, nieziemscy – wszystko wzięte razem i osobno – a do tego inni niż wszystko, co widzieliście do tej pory, ale jednocześnie bardzo, bardzo znajomi. Czy naprawdę jest się czego bać?

  • Świetny tekst! Mam pytanie, od którego sezonu powinnam zacząć? Przyznam, że widziałam tylko oryginalne Mighty Morphin (do którego niekoniecznie chcę wracać ;) i pojedyncze odcinki Ninja Storm. Który sezon uważasz za najlepszy dla takiego laika jak ja? :)

    • Dzięki! I zdecydowanie polecam zacząć od „RPM” – ten sezon dosłownie rozwalił mi mózg wszystkim, czego się w nim absolutnie nie spodziewałam. To ten chlubny przypadek, o którym wspominałam w tekście – dalej Power Rangers, ale co najmniej 10 razy lepszy niż można sobie wyobrazić :)

      • Popieram. najpierw RPM, a potem wszystko inne.

        • Lyokoheros

          Ja tam najbardziej lubię Mistyczną Moc… ale z drugiej strony ona jest najbardziej „inna” od pozostałych. Na pewno godna polecenia jest też seria „W kosmosie”

  • Sorki za offtop, ale bardzo, bardzo, bardzo chciałabym przeczytać Twoje odpowiedzi, więc Cię nominowałam – sorki ;-)

    http://slightlygeek.pl/a-to-ci-zaskoczenie-czyli-nominacja-do-liebster-blog-award-2014/