W Apollo 13 jest taka scena, w której NASA musi wykombinować, jak zmieścić sześcian w pojemniku o kształcie tuby, bo inaczej astronauci uduszą się dwutlenkiem węgla. Podchodzi do tego kreatywnie – robiąc po prostu nowe, oblepione niestandardowymi elementami pudełko. W skrócie, taka jest właśnie Saga księżycowa: pomysłowa, konstruktywna i szalenie efektywna.

Nie bez powodu przywołuję tutaj film o podróży w kosmos, nie przypadkowo wspominam też o dwóch kawałkach ewidentnie pasujących gdzie indziej, bo ze wszystkiego na świecie te dwie rzeczy z Sagą księżycową (The Lunar Chronicles) skojarzyły mi się najbardziej. Dlaczego? Ponieważ rozpoczynająca się tomem Cinder seria Marissy Meyer to baśniowy retelling wszystkim dobrze znanych historii o Kopciuszku i innych postaciach… w przyszłości. Baśnie. Science-fiction. Can anything be cooler than that? Długo zastanawiałam się, jaki temat wybrać sobie do czytelniczego wyzwania Rusty Angel, ale gdy tylko usłyszałam o cyborgach, inwazjach z kosmosu, a do tego jeszcze globalnych epidemiach (!) wiedziałam, że nic mnie bardziej nie ucieszy. Powtórzę to jeszcze raz: baśnie i science-fiction! Can I say yay!?

Na początek wyobraźcie sobie młodą, szesnastoletnią dziewczynę, wiecznie umorusaną smarem i z włosami w permanentnym nieładzie, która jest najbardziej utalentowanym mechanikiem w całym Nowym Pekinie. Potrafi przywrócić do życia każde domowe urządzenie, czy to służebnego androida, czy anty-grawitacyjny pojazd, a do tego uruchomić zardzewiałą kupę złomu, która w przeszłym stuleciu była samochodem. Dziewczyna rozumie się z maszynami jak z nikim na świecie – w końcu niemal w połowie sama jest jedną z nich. W wyniku tragicznego wypadku w wieku jedenastu lat, przeszła operację wszczepienia cybernetycznej ręki i nogi oraz uzupełnienia zniszczonych fragmentów mózgu. Teraz ma ekran w siatkówce oka, dostęp do sieci w ułamku sekundy oraz tajne schowki w swojej mechanicznej łydce. Nie ma za to pozycji w społeczeństwie – jako cyborg, znajduje się na marginesie prawnie traktowanym jak obywatele niższej kategorii. Dziewczyna nazywa się Lihn Cinder i nie marzy o niczym innym, jak o ucieczce z nędznego życia jako popychadło swojej prawnej opiekunki i jej dwóch córek.

Jedno przypadkowe spotkanie z następcą cesarskiego tronu, księciem Kaiem, wplata ją jednak w intrygę, w której nieświadomie znajduje się w samym centrum.

Chociaż w sumie nie, intryga na początek wcale nie jest taka istotna, ponieważ nie wiem jak Wy, ale ja na początek zachłysnęłam się całym tym pomysłem, żeby z zabrudzonej kurzem pasierbicy zrobić oblepioną smarem mechaniczkę, która żyje w pogardzie społeczeństwa zamieszkującego dalekowschodni Nowy Pekin i naprawia cybernetyczne cuda ówczesnej technologii. Wiecie, co się w pierwszym odruchu kojarzy z dziewczyną-mechanikiem? Kaywinnit Lee “Kaylee” Frye. I jest to bardzo dobre, wręcz genialne skojarzenie, bo Cinder wygląda niemal dokładnie tak samo – z tymi włosami, smarem i workowatymi spodniami, a nawet z odrobiną orientalnych rysów twarzy, dzięki którym idealnie wpasowuje się w chińsko-pochodną populację. Od Kaylee różni ją usposobienie – znacznie więcej języka, waleczności i uporu – ale od czasów Gadżet z Brygady RR tak czy inaczej uwielbiam trope kobiety-mechanika (bo zaradność, bo pomysłowość, bo +10 do zajebistości), a u Cinder wszystko jest na swoim miejscu. Szczęśliwie nie ma co porównywać jej do oryginalnego Kopciuszka, zwiewnego i delikatnego, a że staje się to oczywiste już na pierwszych stronach książki, oto wyłania się protagonistka, która porwała mnie w swój świat jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.

Wpakować tę bohaterkę w realia futurystycznych Chin (obok wody, nie ma na mnie lepszego wabika), które miejscami są tak brudne i obskurne jak najlepsze fragmenty z Łowcy androidów (lol), i nie musiałabym nawet wiedzieć, że w późniejszych tomach cała ekipa baśniowych postaci ląduje w istnej space operze na pokładzie lśniącego statku-bazy. Zaczyna się tymczasem od wzmianki na temat balu, od której od razu wiadomo, że Cinder odhaczy wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy baśni, jednak perypetie bohaterki prowadzą ją przez tak wiele wydarzeń w międzyczasie, że klamra baśniowa jest tu raczej wskazówką niż wytyczną. W efekcie zarówno pierwsza, a już tym bardziej kolejne części przestają być retellingiem per se, a zamieniają się w serię przekształceń, nawiązań i odniesień, które w realiach stworzonych przez autorkę stanowią jakże rozkoszny punkt programu. Oczywiście można się domyślić, w czym Cinder pojechała na bal albo że uciekając ze schodów wcale nie straciła pantofelka? No właśnie. A to, zaprawdę uwierzcie, zaledwie wstęp.

Saga księżycowa składa się obecnie z trzech pełnych tomów: Cinder, Scarlet i Cress (trzeciego w Polsce jeszcze brak), kilku uzupełniających opowiadań oraz dwóch nie napisanych jeszcze części, Fairest i Winter, które w Stanach pojawią się w przyszłym roku. Najbardziej wyróżniającym ją elementem – poza wycieczką w przyszłość – jest po pierwsze sprawnie przeprowadzona, wielopoziomowa intryga, a po drugie wplecenie w tę opowieść nie jednej, nie dwóch, ani nawet nie trzech różnych baśni naraz. Jeśli przeczytacie Cinder i stwierdzicie, że skala fabuły kręcąca się wokół jednej postaci to za mało, a świat przedstawiony ma sporo dziur i niedopowiedzeń, to wiedzcie, że pierwszy tom jest zaledwie wprowadzeniem do zabawy i w kolejnych następuje znaczne rozbudowanie tej historii. Już w drugim poznajemy np. Scarlet, nieustępliwego rudzielca nie rozstającego się ze swoją ulubioną czerwoną bluzą z kapturem, której babcia zniknęła w tajemniczych okolicznościach i dla której poruszy niebo i ziemię, by ją odnaleźć. W następnym mamy Cress, drobną, długowłosą – and I mean długowłosą – blondynkę i utalentowaną hakerkę, która spędza lata swojej młodości uwięziona na satelicie orbitującej wokół Księżyca. Do tego dochodzą jeszcze panowie, lub inaczej odpowiednie pary dla bohaterek, którzy zajmują w całości znacznie mniej miejsca, ale bez problemu da się ich polubić. Ścieżki całej tej zgrai w pewnym momencie się ze sobą krzyżują, tworząc nie tylko sympatyczną bandę kosmicznych wyrzutków, ale przede wszystkim strasznie fajny misz-masz baśniowych powiązań. Bo co może mieć wspólnego Czerwony Kapturek z Kopciuszkiem i jak w to wszystko wpisuje się Roszpunka? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać! Ja byłam iście zachwycona.

Ponieważ naturalnie fabuła Sagi skupia się na bohaterkach, trzeba zaznaczyć, że Marissa Meyer bardzo się postarała, żeby ukazać nam je w jak najszerszym wymiarze. Już Cinder, generalnie najbardziej schematyczna ze wszystkich, ma całą listę nawarstwiających się motywacji, które bardzo dobrze oddają jej skomplikowaną sytuacją i skonfliktowane strony charakteru. Jest bystra buntownicza, szorstka, opiekuńcza, zawistna, dumna i niezłomna – generalnie zbiór najbardziej charakterystycznych cech fikcyjnej protagonistki – ale na to wszystko znajduje się odpowiedni czas, miejsce i okoliczności, nadając jej znacznie żywszych kolorów niż się wydaje. Zdecydowanie podobała mi się jej wewnętrzna przemiana, zdecydowanie podobały mi się również słabsze i brzydsze cechy jej charakteru. Ogólnie: jak na szesnastolatkę, jest ok. Znacznie lepiej niż ok jest za to w przypadku Scarlet, którą bezwzględnie (i niespodziewanie znacznie mocniej niż Cinder) pokochałam od momentu, kiedy z wściekłości obrzuca bogu ducha winną ścianę pomidorami z własnej hodowli. Scarlet jest starsza, co widać niemal we wszystkim, co robi, jest też inteligentna i zaradna, ale uparta jak osioł i skłonna do impulsywnej agresji. Nie jest cyborgiem, przeciwnie, jest najnormalniejszym człowiekiem, jaki istnieje w tej rzeczywistości, a wśród bohaterów znajduje się pod tym względem w mniejszości. Ale w tym właśnie jej urok. Przy czym nie przeszkadza, że swój kawałek przygody przeżywa w towarzystwie tajemniczego samotnika o imieniu… Wolf!

Niestety na tle tych dwóch samodzielnych bohaterek, nieśmiała i płaczliwa Cress odstaje dosyć wyraźnie. To znaczy ok, wszystko jest na swoim miejscu – trudno, żeby wieloletnie zamknięcie i życie pod groźbą śmierci dało dziewczynie szansę na zdobycie pewności siebie, ale mimo wielu skojarzeń z disneyowskimi Zaplątanymi – głównie ze względu na tutejszego odpowiednika Flynna Ridera – Cress w porównaniu do wesołej wariatki z filmu wypada zdecydowanie gorzej. A wspominam o tym dlatego, że naprawdę chciałoby się, by była tą wesołą wariatką. Jej wątek, charakter i ewolucja są stosunkowo wiarygodne, ale mimo swojej wiedzy i umiejętności nie należy do moich ulubionych postaci w Sadze. Z niecierpliwością czekam za to na futurystyczne oblicze Śnieżki, którą, jeśli po kilku fragmentach w Cress można ją jakoś opisać, to na pewno jako „wyjątkowo interesującą”.

I tak oto wraz z owymi bohaterkami Marissa Meyer przeprowadza nas przez kosmiczne intrygi, wieloletnie spiski, brawurowe sceny akcji, a nawet inwazje, epidemie i śluby, wszystko w towarzystwie zaawansowanej, ale dziwnie znajomej technologii, która nadaje baśniowym historiom jeszcze bardziej fantastycznego koloru. Nie czyta się tego ani jak lekkiej space opery, nie czyta się ani jak przygodowego filmu, ale czyta się całkiem przyjemnie przede wszystkim jako wciągającą historię o walce dobra ze złem i z samym sobą. Trudno zapomnieć, że to jednak literatura YA – i nie tylko trudno, a wręcz niemożliwie, bo przypominają o tym chociażby liczne wstawki o łopoczących w sercu motylkach. Na duży plus można jednak zaliczyć Sadze fakt, że miłostki, owszem są i odgrywają dość istotną rolę – trudno, żeby nie, skoro są oparte na materiale baśniowym – ale tak naprawdę nie stanowią najsmakowitszego dania głównego. Autorka zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie umiejętnością zręcznego przestawienia wydarzeń na korzyść bohaterek, robiąc z nich partie działające i samodzielnie poruszające akcję do przodu. Na pierwszym planie mamy ich i tylko ich motywacje, a to dzięki nim każda zyskuje dużego bonusa do autentyczności. Może widzieliście mój komentarz o YA na fanpage’u – jeśli z takich bohaterek wyrosną później dorosłe protagonistki, to jesteśmy na bardzo dobrej drodze do książkowej krainy szczęśliwości.

Cinder zostawi Was jednak z większą ilością pytań niż odpowiedzi, przy czym nie mam na myśli samej fabuły, a chociażby istnienia śmiertelnej plagi nękającej całą Ziemię. Jako miłośniczka epidemii, przez praktycznie całą lekturę zastanawiałam się nad jej źródłem, objawami i sposobami zarażenia, ale częściowe, za to fabularnie satysfakcjonujące odpowiedzi dostałam dopiero w późniejszych tomach. W dużym uproszczeniu potraktowana jest również kwestia polityki – jest tu np. jedna wielka dziura logiczna, której ni w ząb nie potrafiłam zaakceptować, a która ma kluczowe znaczenie dla fabuły. Ostatecznie doszłam do wniosku, że znajduję w lekturze inne przyjemności, więc, what the hell, postanowiłam ją wziąć ją na klatę. Zresztą dziur logicznych oraz słabizn w dialogach jest tu znacznie więcej, dlatego całe szczęście, że emocjonująco angażująca historia wybija się ponad przeciętność. Gdzieniegdzie ciężko też uwierzyć w wiek bohaterów, zwłaszcza męskich – tam, gdzie po zachowaniu i usposobieniu wyobrażałam sobie trzydziestolatka, dostajemy młodzika o ledwie dwudziestu wiosnach. Na szczęście to kobiety wiodą prym, więc niech już będzie.

Jednak tak jak wspomniałam, w Sadze wygrywa przede wszystkim innowacyjne połączenie science fiction z baśniami – jedno obudowane obok drugiego jak to pudełko z Apollo 13 – kreacje bohaterek oraz wielowarstwowa intryga łącząca wszystkie te znane historie w jedną całość. Być może całość nie zasługuje na takie zachwyty, jakimi tutaj pieję, być może nie przeczytałam jeszcze wystarczająco dużo YA, by z taką swobodą móc oceniać tę serię, ale z drugiej strony jeśli zrobiła na mnie aż takie wrażenie, to czemu nie? Przeczytałam te trzy tomy praktycznie za jednym zamachem, a średnia ocen gdzie nie patrzę to 4/5, więc chyba nie jestem odosobniona. I może podoba mi się każda wycieczka w kosmos, jaką mi się zaproponuje (bo kosmos!), ale nikt jeszcze nie zaproponował mi jej w towarzystwie Kopciuszka i spółki. So there!

wyzwanie-czytelnicze-retelling

  • Dzięki Ci Aeth za tą recenzję. Od jakiegoś czasu chodzi za mną jakieś przyzwoite YA, ale za każdym razem coś mi nie pasowało. O Sadze Księżycowej nie słyszałam, ale na pewno ją sprawdzę, bo świat przedstawiony to ewidentnie moje klimaty :)

  • O, wyszło po polsku? Może wypożyczone z biblioteki szybciej przeczytam.

  • Spriggana

    uwielbiam trope kobiety-mechanika

    Na takie dictum mogę tylko polecić https://www.baenebooks.com/c-126-elfhome-series-by-wen-spencer.aspx . Jest tam technika (przyszłościowa) i – jak sam tytuł wskazuje – elfy. Efekty zderzenia kultur bywają urocze:

    The contents of her pockets sat elegantly
    arranged in an elegant rosewood box. Elves stunned her sometimes. Most humans
    probably would have gone through her pockets and tossed most of her treasures.
    The hospice staff, however, had not only cleaned all the old grease-coated nuts
    and bolts, but had properly mated them together, and then arranged them by size
    on green velvet.

  • Baśnie s-f?! Oj, będę czytać! Trafiłam z wyzwania u Rusty, nie spodziewając się nawet, że znajdę tak świetną polecankę!