Koniec z czwartym sezonem True Blood

true-blood-f

[Uwaga: spoilery] Zakończył się czwarty sezon True Blood i wreszcie mogę powiedzieć „wreszcie”. Jak słowo daję, nie wynudziłam się tak bardzo i nie wołałam o pomstę do nieba tak głośno chyba przy żadnym innym serialu. Gdyby nie to, że przywiązałam się do klimatu, już dawno bym go sobie darowała. Mniej więcej od 2-3 odcinka zaczęłam mieć nadzieję, że wszystko się jeszcze rozkręci, bo w końcu był to jeszcze początek, ale jedyne, co dostałam to pojedyncze ciekawe sceny. Zdecydowanie za mało, by wypowiedzieć się o tym sezonie pochlebnie.

Przede wszystkim: bohaterowie. Abstrahując od Sookie, która jest dokładnie tą samą głupiutką blondynką, którą była na samym początku – pomimo setek deklaracji, że „wierzcie mi, skończyłam z wampirami” – nie znalazłam w tym sezonie prawie żadnej postaci, której losem bym się szczerze przejęła. Ba, chciała przejąć. Jason? Przez pierwsze pół sezonu płaczący, że zgwałciła go banda panterołaków, a przed drugie pół wzdychający do Jessici i użalający się nad swoją zdradą Hoyta? Tara? Cudownie odnaleziona w swej niespodziewanej homoseksualności i tak naiwna w swej nienawiści, że dająca się manipulować na prawo i lewo? Eric? Z niebezpiecznego boga seksu i bezwzględnego drapieżnika zmieniony w wielkie dziecko? Jessica? Podejmująca jedną decyzję gorszą od drugiej? Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, ale wszystko sprowadza się do jednego: wzdychający do siebie trójkącik Sookie/Bill/Eric pod koniec był już tak mdły, że kompletnie udało mu się zniszczyć moje nadzieje z trzeciego sezonu i prawie całkowicie odebrać przyjemność z oglądania czwartego.

Na szczęście mówię „prawie”, bo kilka postaci stanęło na wysokości zadania, aczkolwiek poświęcono im zdecydowanie za mało czasu – co jest kolejnym wielkim minusem. Lafayette ze swoimi sztandarowymi komentarzami był jednocześnie słodki jak miód i konkretny do bólu. Szkoda tylko, że jego rola w wątku z Jesusem ograniczała się do „nie chcę mieć z tym nic wspólnego”, „co ty gadasz”, „to jest cholernie chore”, etc. Uwielbiam kolesia, ale poza dwoma opętaniami praktycznie nie miał co tutaj robić. Wątkowi Sama, pomimo całej swej sensowności, brakowało pazura. Duet Alcide i Debbie, świetnie oddana para z bagażem i problemami, wypadł bardzo autentycznie, dlatego żałuję, że skończył się na rzecz Sookie. Pam błyszczała w każdej scenie, jaką z nią nakręcili, ale czemu było ich tak mało? Były momenty, kiedy zastanawiałam się, czy wampirzyca w ogóle pojawi się w danym odcinku. Arlene i Terry byli słodcy, ale to przecież nie postacie, które ciągną ten serial. Wiecznie wściekła Nan zaczęła być w końcu tak przewidywalna, że stała się nudna i przejaskrawiona. Co ciekawe – i czym zaskoczyłam sama siebie – bardzo podobała mi się kreacja Billa z pierwszej części sezonu. Niestety, odkąd zimny i zdecydowany król na powrót zaczął robić maślane oczka do swojej „dzieweczki w letniej sukience”, ja zaczęłam oczami wywracać. Prawda więc w tym taka, że nawet poszczególni bohaterowie, którzy mimo wszystko wzbudzali moją sympatię, nie byli w stanie udźwignąć ciężaru, jakim było oglądanie czwartego sezonu.

A wątek główny? Potyczka czarownicy vs wampiry, choć zapowiadała się świetnie, nie wniosła sobą niczego, co zmieniłoby status quo tego serialu. Fajerwerków nie było, jeśli nie liczyć kilku ognisk, czarów-marów i falujących sztucznym wiatrem włosów. Owszem, prawda na temat Marnie sprawiła mi miłą niespodziankę, ale rozwiązanie, na które zdecydowano się na końcu spowodowało opad rąk. Potężna, rządna krwi i zemsty czarownica, niedowartościowywana przez lata, dała się przekonać, że spokojne odejście ku śmierci będzie dla niej lepsze? Coś nie sądzę. Mimo wszystko chylę czoła przed Fioną Shaw, która dała pokaz niesamowitych zdolności aktorskich. W jednej chwili fajtłapowata Marnie, w drugiej pewna siebie Marnie-tonia. Wspaniale się to oglądało.

Na koniec wspomnę o kilku scenach, które osłodziły mi gorycz z oglądania tego sezonu. Wszystkie sceny z Pam, absolutnie wszystkie – ale głównie dwie. Pierwsza, gdy Eric na amnezji każe jej być miłą dla Sookie. Druga, z ostatniego odcinka, kiedy wampirzyca wybucha rozpaczą z powodu możliwej utraty Erica, i mimo gróźb pozwala się przytulić Ginger. Równie rozczulająca była interwencja antynarkotykowa zgotowana Andy’emu przez Terry’ego. Terry to porządny facet, który wie, co jest dobre, a co złe, i nie wierzę w żadne-tam ostrzeżenia, że jest zły. Do tego scena wyrzucenia Jessici za drzwi – dwie sceny wyrzucenia Jessici za drzwi. Choć postępowanie dziewczyny bardzo mi nie odpowiadało, bycie tak brutalnie odrzuconą przez dwóch mężczyzn, na których jej zależało, jednak łamało serce.

Sezon czwarty miał w tym wszystkim jedną zaletę – skończył się. Miał jednak to szczęście, że skończył się obiecująco. Zapowiedzi przyszłych wątków wyglądają smakowicie i trzymam kciuki za to, by okazały się warte pokładanych w nich nadziei. W innym wypadku sezon piąty obsmaruję jeszcze gorzej, niż jego poprzednika.

  • Hello, the whole thing is going perfectly here and ofcourse every one is sharing facts, that’s genuinely good, keep up writing.