Koniec ery zombie

Ostatnio dużo się mówi o przejedzeniu się w zombie w tworach popkultury – gdzie „ostatnio” może równie dobrze oznaczać kilka miesięcy, jak i kilka lat. Jako osoba niezmiennie zakochana w motywie żywych trupów, niewiele sobie z tych narzekań robiłam. Do momentu, kiedy plany stworzenia serialu o kobiecie zombie rozwiązującej zagadki detektywistyczne nie zostawiły mnie z poczuciem, że już wiem, jak się czują miłośnicy wampirów.

Jeśli śledziliście mojego Facebooka, pewnie wiecie, że rzeczonym serialem jest ekranizacja komiksu iZombie (kompletnie mi nieznanego) przez twórcę kultowej Veronici Mars, Roba Thomasa (wystarczająco dobrze mi znanego). Przeczytawszy opis tego projektu – link tutaj – przez chwilę właściwie nie wiedziałam, co się stało. Kobieta-zombie, która dla zachowania człowieczeństwa musi jeść ludzkie mózgi, ale wraz z mózgami przejmuje wspomnienia ich zmarłych właścicieli, więc z pomocą lekarza medycyny sądowej i policjanta rozwiązuje kryminalne śledztwa… To, co po przeczytaniu tego opisu poczułam to nawet nie było zdumienie, to była kompletna, totalna i ziejąca pustka. Od tego czasu dosyć już jednak ochłonęłam, dokształcenie się dodatkowo wyjawiło, że z iZombie to nie do końca jest tak jak myślałam, ale mimo wszystko pozostała mi w głowie gorzka, nie dająca spokoju myśl: że żywe trupy w popkulturze już naprawdę umierają.

Świadomość ta przemknęła mi przez głowę gdzieś pomiędzy chłonięciem a odzyskiwaniem zdolności klarownego formułowania własnych myśli. Otóż nic nie mogło mi wyraźniej powiedzieć, że „zombie” stały się nazwą używaną z wygody, pustym nośnikiem, w który twórcy mogą włożyć cokolwiek, co podpasuje im w koncept wymyślonej przez siebie historii, nieważne, jak niedorzecznie i absurdalnie miałaby ona by brzmieć. W końcu słowa-klucze przyciągają fanów konkretnego gatunku, po co więc robić historię o dziewczynie-detektyw z nadprzyrodzonymi zdolnościami, kiedy można zbić dwie pieczenie na jednym ogniu. Oczywiście powody takiej decyzji są zrozumiałe nie tylko z marketingowego punktu widzenia. Wytwory popkultury od dawna zjadają własny ogon, nie powstaje nic nowego, wszystko jest tylko mniej lub bardziej zgrabną mieszanką popularnych motywów, których potencjał potrafią wykorzystać tylko ci co bardziej zdolni (przejaskrawienia alert). W kontekście przejedzenia się próba stworzenia z zombie czegoś innego jest więc ideą godną podziwu – problem mam jednak wtedy, gdy w wyniku tego procesu tracą one swój unikalny, rozpoznawalny charakter.

Bo widzicie, dla mnie zombie to charakter. To nie bezmyślne powłoki cielesne powłóczące nogami w poszukiwaniu ludzkiego mięsa – to sposób, w jaki ich obecność oddziałuje na bohaterów i świat, w jakim żyją. To charakter, jakiego nabiera opowieść, w której podstawą jest grupa ocalałych zmagająca się z hordami nieumarłych, a przy okazji walcząca pomiędzy sobą, odpędzająca się od własnych demonów, staczająca się równie nisko, jak wysoko może się wspiąć. To ciągłe uczucie niepewności, straty, rozdarcia, to test człowieczeństwa i granic ludzkich wytrzymałości. Widziałam już niejedną produkcję o „grupie ocalałych uciekających przed apokalipsą żywych trupów”, i pomimo ich oklepanej formułki wciąż czuję, że mogę w nich znaleźć wartościowe, interesujące mnie treści. To wszystko sprawia, że na słowo „zombie” od razu pojawiają mi się w głowie Noc żywych trupów, Świt żywych trupów, 28 dni później, Resident Evil, The Walking Dead, te wszystkie nieliczne filmowe ilustracje, które w poważny i dojrzały sposób podchodzą do tematu życia wśród śmierci. Napięcie, horror i dramat to moje słowa-klucze, i bez nich zombie praktycznie dla mnie nie istnieją.

I nawet, gdy zombie zaczęły opanowywać terytorium komedii (Martwica mózgu, Shaun of the Dead, Zombieland), ale wciąż być na poziomie, cieszyłam się, że truposze wciąż żyją i wciąż umieją wprowadzić do gatunku coś wyjątkowego. Nie przejmowałam się nawet tym, kiedy z komizmu zaczęły popadać w śmieszność i zamiast straszyć subtelnym, nastrojowym klimatem, zmieniły się w niezliczone hordy podkładające się pod ostrzał w rytm dynamicznego montażu. W jednej czy w drugiej formie, zombie zawsze pozostawały bowiem zagrożeniem, czymś, czego należało się bać, od czego uciekać, co pokonywać. W momencie, w którym zombie zmienia się w bohatera, ten mój ukochany, uwielbiony motyw całkowicie zmienia kierunek – i to już po prostu nie jest to.

Długo broniłam się przed zaakceptowaniem tego faktu. Pierwsze symptomy nadchodzących zmian mogłam chyba przewiedzieć na przykładzie błyszczących w świetle słońca wampirów, ale wampiry nigdy mnie jakoś przesadnie nie kręciły, nigdy więc po ich przemianie specjalnie nie zapłakałam. Podobnież wilkołaków nie uważałam za budzących przesadną grozę, za to świetnie się bawię oglądając perypetie Scotta i jego paczki w Teen Wolfie. Tegorocznego Wiecznie żywego – o zakochanym zombie – potraktowałam więc jako nieszkodliwą ciekawostkę, obok której spokojnie mogę sobie przejść ze stoicką obojętnością. Niedługo później BBC wyemitowało stworzony przez siebie trzyodcinkowy In the Flesh, który zniechęcił mnie już samym swoim założeniem. Nie chcę zombie jako metafory akceptacji i zmian społecznych, chcę zombie-potwory, przed którymi trzeba uciekać i zmuszać się do rewaluacji wszystkiego, w co się do tej pory wierzyło. Może to nudne, może po prostu nie widziałam tych produkcji na tyle wiele, by zdążyć się nimi zmęczyć – a wybieram jedynie starannie wyselekcjonowane tytuły – ale teraz, w tym momencie, tego właśnie chcę. Tylko co z tego, kiedy czuję, że pomimo pozornie stabilnej pozycji, jaką cieszą się zombie w popkulturze, te prawdziwe, te straszne i te przerażające żywe trupy już naprawdę odeszły w zapomnienie.

Właśnie to jest dla mnie oznaką, że szczyt popularności zombie osiągnął punkt krytyczny. Nie to ciągle gadanie o przejadaniu się, nie kolejna łupanka, w której umarlaki są tylko pretekstem do pociśnięcia za spust, nie kolejny filmowy Resident Evil, który już nawet nie próbuje bawić się w odrobinę powagi – ale powstawanie tytułów, które „zombie” używają tylko z nazwy. To nie są moje zombie, to nie są moje potwory, to nie jest mój uwielbiony horror. I choć nowy serial Roba Thomasa z pewnością obejrzę – wiedząc już, że bohaterka to twór z jeszcze innej bajki – już teraz z bólem zapalam żywym trupom świeczkę. Niech spoczną ostatecznie w spokoju.

 

  • Mnie zombie zamęczyły już dawno temu. Jak dla mnie tego motywu jest zwyczajnie za dużo, czuję się zombie przejedzona.Ale niestety to jedno z praw popkultury, jest na coś moda więc jednocześnie nikt nie patrzy na to, że wszystkie produkcje zaczynają się zlewać w jedno, a tylko myśli o tym jak napełnić swoje kieszenie.
    Były wampiry, teraz zombie, co będzie następne?

    • Wieszczą, że piraci :)

      • Boże, błagam, nie piraci! D:
        Osobiście nie miałbym nic przeciwko mutantom albo robotom/cyborgom… :)

      • Znowu piraci? Kurcze, spodziewałam się bardziej mumii albo czegoś takiego..

        • Skoro tak wieszczą, to pewnie będzie coś innego. Podczas ery wampierzy często powtarzano, że zastąpią je wilkołaki, a zamiast tego były żywe trupy. Pożyjemy, zobaczymy:)

      • rob

        obstawiam androidy zwłaszcza jeśli twój faworyt almost human odniesie sukces;) albo fuzje wszystkich tych tematów i powstanie serial o krwiopijczych zombie laptopach lodówkach i innym sprzęcie powszechnego użytku polujących na biednych ludzi ;))

  • mani

    Uważam, że to nieuniknione i wbrew pozorom dobre zjawisko. W ten sposób gatunek ewoluuje. To samo mogli powiedzieć fani rocka, który ewoluował w heavy metal, a potem np. w trash metal – że to już nie ten stary dobry rock. A ile gatunków dziwolągów padło po drodze?
    Ten i inne seriale/filmy to dziwolągi, które pewnie nie odbiją się w żaden sposób w historii, ale żeby wymyślać nowe rzeczy, trzeba próbować. Teraz się nie uda, jutro też nie, ale za jakiś czas, ktoś zrobi Zombie na nowo i powstanie nowy gatunek, który będzie miał liczne grono fanów.

    • No tak, co nie zmienia faktu, że proces tego przechodzenia gatunku w inny jest bolesny, bo fani tacy jak ja nie bardzo mają w czym szukać pocieszenia. Próbowanie jest ok – jak sama pisałam, to warta uznania idea – ale zupełne odwracanie kota ogonem moim zdaniem mija się z celem, bo do fanów nie uderza. Pytanie więc, jaka jest szansa, że spodoba się komuś innemu – a na to jeszcze sobie poczekamy ;)

  • Feng

    Jestem jednym z wspomnianych przez Ciebie fanów wampirów, który, obserwując, co obecnie dzieje się z wszelkimi tworami z nurtu żywych trupów może teraz bez żalu dźgać wszystkich fanów zombie w plecy z mściwym „nareszcie wiesz, co czuję”. Chociaż sama w temacie nieumarłych nie znalazłam nic, co by mnie jakoś szczególnie zainteresowało i zajęło całkiem dla siebie kawałek mózgu (poza nielicznymi wyjątkami) doskonale rozumiem rozgoryczenie, kiedy całkiem zgrabny gatunek, z którego -wbrew pozorom- wiele jeszcze można wyciągnąć traci gdzieś swoje oryginalne założenie i idzie w zupełnie innym kierunku. Jak tu ktoś już (bardzo mądrze) powiedział, bez takiego bycia oryginalnym (czasem, a może bardzo często -na siłę) kino stałoby w miejscu, bo a nuż w tym morzu gniotów znajdzie się coś, co będzie autentycznie interesujące, i choć nie będzie miało zbyt wiele wspólnego z oryginalnymi założeniami stanie się podwaliną nowego gatunku. Ale obserwowanie tego procesu i tak jest bolesne, cóż… myślę, że gawiedź w szeroki zakresie tego słowa po prostu znudziła się wyświechtanymi motywami i chce „świeżej krwi”. Więc producenci ją dają, a nam zostały świecące wampiry i zombie-detektyw (czy jak to leciało).

    • No jakaś logika w tym jest – chociaż trudno przyznać, kiedy jest się przez nią poszkodowanym :P

  • Mnie ten trend się akurat podoba, moja płytkość wymaga niestety, żeby złe potwory były ładne – inaczej cała chęć do oglądania takich fantastycznych rzeczy unika i wracam na łono swoich małych, starych filmiczków.

  • Ba, niestety, autorzy coraz to nowych tworów z planami stworzenia czegoś o zombie usiłują włożyć coś od siebie, a nuż zwiększy się oglądalność i ktoś nazwie to oryginalnym…? Niestety ze słabym skutkiem, jak to właśnie stało się np. z wampirami. Kiedyś, gdy człowiek myślał o wampirach miał przed oczami Nosferatu lub powieść Brama Stokera. Teraz? Robert Pattinson. Brrrrr. Do tego dochodzą nastolatki-zombie. Ja definitywnie mówię NIE.

  • Buffy1977

    Serio będzie taki serial? Kurczę, już sam Twój opis fabuły brzmi jak żart…
    Ja tam zawsze wolałam wampiry od zombie, tzn. do pewnego momentu, do czasu boomu na świecące w słońcu mamłowate, zakochujące się w śmiertelniczkach pseudowampirki – teraz nawet ciężko mi zmusić się do obejrzenia filmu z klasyczną sylwetką ZŁEGO krwiopijcy. Co do amerykańskich zombie to nigdy tak do końca się do nich nie przekonałam, choć wspomnane przez Ciebie „Noc żywych trupów”, czy „Martwica mózgu” są niczego sobie. O wiele bardziej wolę żywe trupy w wykonaniu Fulci’ego i cokolwiek by nowego w tej materii nie wymyślili raczej już zdania nie zmienię;)