Po powrocie na mały ekran – długiej przerwie od zakończenia Zagubionych – Josh Holloway nie miał szczęścia do seriali: futurystyczny procedural Intelligence odszedł w niepamięć po jednym sezonie. Dobrze, że to Hollowaya nie zniechęciło. Colony, dramat/thriller o okupowanym przez kosmitów Los Angeles prawdopodobnie – i dobrze – zostanie z nami najdłużej.

Przynajmniej na kolejny rok, tak na dobry początek – dzięki dobrym wynikom oglądalności serial otrzymał niedawno drugi sezon, więc jeśli po lekturze tego tekstu ktokolwiek się nim zainteresuje, niech wie, że pierwsze dziesięć odcinków to zaledwie przygrywka. Dziesięć odcinków: tyle bowiem liczyć sobie będzie Colony (przed nami jeszcze cztery), a jak wiecie, z odcinkami jest tak, że nie ma lepszej ilości niż ograniczona. Serial zaczęłam oglądać trochę bez przekonania, z trochę mieszanymi uczuciami deja vu – zaledwie kilka miesięcy minęło w końcu od debiutu Fear the Walking Dead, też dziejącego się w Los Angeles, też z bohaterami pod militarną strażą, też z klimatem dość obyczajowym i rodzinnym. Fakt, że jeden serial opowiada o zombie, a drugi o kosmitach, jest kwestią drugorzędną. W Fear the Walking Dead wkręciłam się od razu – Colony, początkowo trochę mało angażujące, podeszło mi dopiero po obejrzeniu kilku odcinków naraz. Dobrze jednak, że odczekałam. Co się okazało: że niespieszne tempo buduje świetną atmosferę, stopniowe poznawanie świata wciąga, bohaterowie zyskują warstw, a etapowo rozwijana tajemnica okupacji autentycznie pobudza wyobraźnię. Piątkowe oglądanie seriali zaczynałam zwykle od The 100 – teraz zaczynam od Colony.

„Los Angeles okupowane przez kosmitów” to oczywiście za mało powiedziane. Zasadniczo to samo miejsce akcji, czyli wielkie miasto, które na pierwszy rzut oka wygląda jak idylliczna kraina palm i słońca. Dopiero po chwili dostrzega się wysoki, gruby mur, który bezwzględnie odcina mieszkańców od reszty świata, przecinając po horyzont nawet ocean. Ulice poprzetykane są punktami kontrolnymi, bezpieczeństwa strzegą oddziały specjalne, ponad głowami latają drony szpiegowskie. Za najdrobniejsze przewinienie można spodziewać się zbrojnego najazdu, aresztowania i natychmiastowego zesłania do ciężkich robót w Fabryce; wieczorami rządzą z kolei godziny policyjne. Społeczność jest podzielona: kolaboranci – policja, urzędznicy, władze – z własnej woli pracują dla „gości”, wymieniając dobrobyt na zaufanie bliźniego; a działający z ukrycia rebelianci za wszelką cenę, choćby kosztem niewinnych, usiłują zdobyć przewagę w cichej wojnie z okupantem. O kosmitach nie wiadomo w zasadzie nic; tylko nieliczni dostąpili zaszczytu ujrzenia ich oblicza. Jedno wydaje się jednak pewne: dopóki ludzie nie sprawiają problemów, obcy są perfekcyjnie usatysfakcjonowani przyglądać im się z daleka. Oczywiście wiadomo, coś z tym pięknym obrazku musi pewnego razu pęknąć – i tutaj zaczyna się akcja serialu (uwaga na spoilery w tekście: są konieczne do załapania klimatu).

Powyżej opisałam Wam jedną z trzech rzeczy, jakie zachwycają mnie w Colony najbardziej: atmosferę pozornej normalności, którą burzą mniej lub bardziej subtelne zmiany w zwyczajnej codzienności. Policja dalej jest policją – ale teraz pracującą dla „gości”, więc strach im zaufać; władze rządowe to uprzywilejowani biurokraci, nic tylko chcący upodobać się okupantom; nawet szkoły stały się miejscem pełnym pułapek, jeśli tylko zawrze się niewłaściwy układ. Ten codzienny niepokój, świadomość, że życia ludzi nie są już ich własnymi, świetnie kontrastuje z wizją słonecznego Los Angeles i w praktycznie każdym odcinku stawia przed bohaterami nowe, pełne subtelnie odczuwanego napięcia wyzwania. A tych mają bez liku. W pilocie poznajemy rodzinę Bowmanów – Willa (Josh Holloway) i Katie (Sarah Wayne Callies) oraz ich dwójkę dzieci. Problem w tym, że Bowmanowie mają jeszcze trzecie dziecko: młodszego syna, który został rozdzielony z rodzicami podczas pierwszego kontaktu z obcymi. Chłopak prawdopodobnie znajduje się w sąsiednim bloku, Santa Monica – tylko że dostęp poza mur jest mieszkańcom ściśle zabroniony. Tego wszystkiego dowiadujemy się już w pierwszych minutach odcinka, kiedy Will próbuje przemycić się poza granice Los Angeles, by odszukać syna. Niestety, zostaje złapany, jednak gotuje mu inne przeznaczenie niż zesłanie do Fabryki. Bohater – który w swoim poprzednim życiu był agentem FBI, a w dodatku komandosem – otrzymuje propozycję nie do odrzucenia: przystąpić do specjalnego oddziału policji w celu wytropienia liderów rebelii. W zamian, być może, sprawujący władzę pełnomocnik „gości” (Peter Jacobson) zjednoczy rozdzieloną rodzinę.

Nietrudno domyślić się, jaką decyzję podejmuje bohater, ale to – z całym bagażem, jakie niesie ze sobą praca po stronie kolaborantów – nie jest jeszcze połową problemów. W kulminacyjnym momencie pierwszego odcinka (sorry za spoiler, ale jest fundamentalny w załapaniu klimatu) okazuje się, że Katie, która przez całego pilota zachowywała się nieco zbyt nerwowo i nieco zbyt ostrożnie, w rzeczywistości przynależy do rebelii. W chwili, gdy oznajmia swoim zwierzchnikom, że dzięki nieświadomemu niczego mężowi zyskała dostęp do tajnych informacji, ujawia się prawdziwe sedno konfliktu w Colony: walka z okupantem, ta jawna, poprzez działania Willa, który pomimo związanych rąk stara się pomagać bliźnim, jest tylko tłem do skomplikowanych i zawiłych lojalności, jakimi targani są bohaterowie. Will i Katie to niezwykle kochająca się para. Pomimo lat, dzieci i nieszczęść, nadal są razem, nadal się wspierają, nadal czuć pomiędzy nimi pasję, jaką się wzajemnie obdarzają – ale niemal z każdym krokiem poszerza się pomiędzy nimi przepaść. Will to pragmatyk: nienawidzi swojej pracy (choć jest w niej dobry), ale dla syna jest gotów na każde poświęcenie. Katie jest z kolei idealistką: nienawidzi obcych i zrobi wszystko, by wspomóc dobrą sprawę. On to doświadczony weteran, ona amatorka ledwo co umiejąca posłużyć się bronią. On jest szczery i wspierający, ona z jednej strony coraz bardziej nienawidzi samej siebie za konieczność życia w kłamstwie, z drugiej ze zdwojoną determinacją podejmuje się coraz bardziej ryzykownych działań – a musi chronić nie tylko siebie przed prawdą, ale również męża przed rebeliantami. Jej wewnętrzne rozdarcie jest już niemal namacalne, a każdą podbramkową sytuację – na przykład rutynowe przesłuchanie przez polizcję – śledzę w autentycznym napięciu. Jestem przekonana, że gdy Will w końcu dowie się o sekretnej działalności żony, będzie tak samo rozdarty jak ona. Nie mogę się doczekać.

Bohaterów jest w Colony więcej – starszy syn Bowmanów wikła się w jakąś osobną tajemnicę, a siostra Willa, Madeline (Amanda Righetti), desperacko chwyta się każdej brzytwy, by zapewnić swojemu choremu na cukrzycę synowi stałe źródło insuliny, ale obserwowanie impasu Willa i Katie – którzy sami są dla siebie największymi przeciwnikami – jest póki co najbardziej fascynujące. Z odcinka na odcinek zyskuje jednak postać grana przez Petera Jacobsona – pełnomocnika obcych w bloku Los Angeles, Alana Snydera, który początkowo wydaje się bezdusznym i nadmiernie ambitnym urzędasem, ale przez bliski kontak z Bowmanami coraz wyraźniej wychodzą z niego bardziej ludzkie emocje. W serialu dostajemy też bliski wgląd w członków rebelii, których poświęcenie sprawie jest godne pochwały, ale metody godne potępienia. Krótko mówiąc, mało który bohater jest tu malowany tylko jednym kolorem; wszyscy są pod jakimś względem zamknięci w niemożliwym konflikcie, z którego nie ma prostego ratunku. Obserwowanie kolejnych warstw tego konfliktu to całe clue serialu i mówię Wam, jest ono absolutnie pasjonujące.

To już dwie z najważniejszych zalet Colony – atmosfera i wewnętrzne sprzeczności – ale jest trzecia, finałowa. Otóż serial wcale nie zapomina o obcych, aczkolwiek jakichkolwiek informacji na ich temat udziela bardzo fragmentarycznie. Po siedmiu odcinkach wciąż nie wiadomo, jak wyglądają, jakie są ich plany, a już na pewno, czy poza Kalifornią istnieją jeszcze jakieś inne kolonie – ani w jakim celu. Obecność kosmitów jest nieustannie podkreślana, ale przez oddanie ich głosu i wizerunku w ręce ludzi ich wizja staje się bardziej niepokojąca. W końcu kto jak nie inny człowiek potrafi zgotować ludziom najbardziej koszmarną wersję losu. W dodatku obcy umiejętnie żerują na ludzkich słabościach, sankcjonując nowy – i krypny – religijny kult czczący ich przybycie jako zbawicieli ludzkości. Całe napięcie pomiędzy powszechnie znienawidzonymi kolaborantami a społecznością, która dla własnego bezpieczeństwa woli pochylić głowy i dostosować się do zasad podkreśla ciągły strach szarego obywatela, umiejętnie nadając wagi scenom, w których obserwujemy trybiki myślące w głowach bohaterów. „Goście” są nieobecni tylko pozornie – w rzeczywistości sprawują władzę nie tylko poprzez kontrolę fizyczną, ale przede wszystkim poprzez wszechobecny terror.

Na początku nazwałam Colony dramatem/thrillerem, jednak miłośnicy nieco bardziej aktywnych akcji też nie powinni być rozczarowani. Pomimo nacisku na konflikt psychologiczny, w serialu dzieje się wcale niemało – w końcu Will to były komandos, na coś musi się kolaborantom przydać. Zaś samego materiału fabularnego jest zwyczajnie dużo: próby przemycania rodzin, pracowania na dwie strony, tuszowania śladów, kolejne wartwy śledztwa (tak dla głównej pary bohaterów, jak i pozostałych). Pomimo dość systematycznego tempa, dzięki tym przeciwnościom i wyrastającemu z nich napięciu Colony i tak ogląda się z zaciekawieniem. Nie tknęliśmy jeszcze mięska – to, zakładam, zostało odłożone na kolejny sezon – ale każdy nowy kawałek układanki budzi nowe pytania (w tym miejscu warto dodać, że współ-pomysłodawcą serialu jest Carlton Cuse – Josh Holloway to nie jedyne nazwisko, które przywędrowało do serialu z wyspy Zagubionych). Aż strach się bać, żeby to całe misternie budowanie napięcie nie uleciało jak powietrze z balonu, jeśli finał sezonu miałby nie spełnić oczekiwań.

Tak czy inaczej, wyjątkowo polecam. Coś, co zaczęło się od toczenia się jak po smole nabrało po drodze gęstego klimatu i rozwinęło się w soczysty thriller z ciekawym założeniem i mnóstwem tajemnic podanych w dokładnie takiej proporcji, od której wciąż chce się więcej. Nie spodziewałam się, ale kosmici w Los Angeles porwali mnie bardziej niż zombie.

  • Marcin Segit

    Moja teoria: nie ma żadnych obcych. To była albo świetnie propagandowo przygotowana inwazja obcego kraju, albo doskonały pretekst do wprowadzenia w USA stanu wyjątkowego. :) PS. Patrz, zgadzamy się! ;)

  • Obejrzałam jeden odcinek i zostawiłam, ale chyba jeszcze dam szanse Colony :)