Kobietą grać chcę

fem-shep-hawke

Niedawno zakończyłam przygody z dwoma potężnymi seriami komputerowych cRPG-ów: trylogią Mass Effect oraz dwoma częściami Dragon Age. Jak to zwykle bywa, po przejściu jednej świetnej gry, człowiek nakręca się na zagranie w inną. Nie inaczej było w moim przypadku – nie dotarłam jeszcze do końca DAII, a już zastanawiałam się, co wybrać następne. Biorąc pod uwagę dodatkowy fakt, że z grami komputerowymi niechętnie rozwiodłam się parę lat temu, aktualnie mam do dyspozycji niby cały szereg tytułów, które mogłabym nadrobić. Skąd jednak to „niby”? Sięgając po recenzje najlepiej ocenianych tytułów, moim pierwszym odruchem jest sprawdzenie, czy da się grać postacią kobiecą. I w ten sposób niestety uświadomiłam sobie, że w większość z najlepiej ocenianych tytułów po prostu grać mi się odechciało.

Nie ma co ukrywać, jestem kobietą. Zachowuję się jak kobieta, myślę jak kobieta, wyglądam jak kobieta. Pełny zestaw. Kobietą się urodziłam i nigdy nie miałam ochoty przekonywać się, jak to jest być mężczyzną – a biorąc pod uwagę fakt, że gram w RPG, mogłam spróbować przynajmniej w zabawie. Definiuję siebie, jako człowieka, poprzez bycie kobietą i z kobiecej perspektywy świat, wraz z wszystkim, co się w nim znajduje, jest dla mnie prawdziwy. Proste – tak proste, że w zasadzie ciężko mi ubrać to w słowa. Jako taka właśnie kobieta, mam również swoje hobby – zazwyczaj takie, które interesują mnie, bo jestem jaka jestem. Skoro jednak płeć ma wpływ na definicję mnie samej, wpływa również na moje hobby. Pewnie z tego właśnie powodu lubię się przebierać, robić zakupy i obrastać w biżuterię. Lubię także oglądać filmy, czytać książki i grać w gry komputerowe, a na wszystko to patrzę właśnie kobiecymi oczami. Najbardziej jednak lubię, gdy serwowana mi opowieść, czy to w filmie, książce czy grze, do mnie przemawia. Dzieje się to najczęściej, gdy odnajduję w bohaterach coś, co mi się podoba. I o ile z książkami i filmami sprawa jest prosta, bo w nich bezpośrednio nie uczestniczę, to gdy dostaję do sterowania postać, która ma mnie przeprowadzić przez całą kilkunastogodzinną fabułę, to chciałabym, żeby ta postać również do mnie przemawiała. Ale jak ma to zrobić, kiedy każe mi się „być” facetem?

Większość gier, w jakie gram, to cRPG. To mój ulubiony growy gatunek, bo daje mi możliwość kształtowania przebiegu fabuły. Do mnie należą decyzje, czy najpierw pójść zabić smoka, uratować wioskę, czy odbić zakładników. Ja też steruję dialogami i nastrojami w drużynie. Decyduję, kim będzie moja postać, co zrobi i w jaki sposób do tego dojdzie. Wszystko oczywiście w ograniczonym stopniu, ale na pewno w większym niż w grach o ściśle określonej strukturze. Dzięki tym możliwościom znaczniej łatwiej jest mi zatopić się w wirtualny świat, bo mogę formować swoją postać tak jak tego chcę. Dzięki nim wybory, które podejmuję, podejmuję jako kobieta – ta siedząca przed monitorem, i ta, która żyje w świecie gry. Z tego właśnie mam frajdę. Nie wyobrażam sobie natomiast czerpania takiej samej przyjemności – jakiejkolwiek przyjemności – jeśli przez całą grę miałabym wcielać się w postać faceta. Nie jestem facetem, nie zachowuję się i nie myślę jak facet, więc nawet, jeśli gra miałaby mnie prowadzić za rączkę podstawiając kilka opcji dialogowych, byłoby to dla mnie zupełnie nienaturalne. Nawet nie wiem, czy zależałoby mi wtedy na pieczołowitym kształtowaniu fabuły – skoro postać i tak nie odbijałaby mojego „ja”. A o to mi właśnie w cRPG-ach chodzi, o możliwość stworzenia swojej własnej spersonalizowanej wersji wydarzeń. Czy nie o to chodzi w cRPG-ach w ogóle? Poczynając od rasy, klasy (i płci), przez rozmowy, członków drużyny i przebieg questów, cRPG-i oferują wybory. Gdy odmawia mi się wyboru dla mnie elementarnego, już jestem na nie.

I niby nie ma się czym przejmować, to przecież tylko gra. Niestety – a może „stety” – dla mnie gra to też jakaś historia. Traktuję ją jak opowieść, rzecz o wyjątkowych postaciach dokonujących wyjątkowych czynów. Jak w książce czy w filmie. Różnica poleca na zaangażowaniu. Grając w grę, angażuję się w to, co się w niej dzieje, bo to ode mnie zależy, co się w niej dzieje. Angażuję się jako ja – gracz, uczestnik, kobieta. Zależy mi nie tylko na tym, co zrobię, ale jak to zrobię; zależy mi na ukształtowaniu tej historii pod siebie. Stąd też wybór płci tak naprawdę nie jest dla mnie żadnym wyborem, a oczywistością.

Co ciekawe, cała ta niechęć tyczy się tylko gatunku cRPG. Nie mam takich samych problemów grając np. w różne odsłony Final Fantasy, gdzie główną postacią jest tradycyjnie facet (w FFXIII nie grałam jeszcze w ogóle). Gdy się jednak zastanowić, od zawsze traktowałam Finale bardziej jako interaktywne filmy. Nie ma tam czegoś takiego jak opcje dialogowe dla głównej postaci, a personalizacja bohatera dotyczy zasadniczo tylko broni i wyposażenia. Wszystkie cutscenki są z góry zaplanowane i identyczne dla każdego gracza, którego rola, w dużym skrócie, sprowadza się do prowadzenia bohaterów od scenki do scenki. Nie ma questów, które można wykonywać w dowolnej kolejności, wszystko idzie bardzo liniowo, nie ma się wpływu na kształt historii. I żeby było śmieszniej – w Final Fantasy taka liniowość wcale mi nie przeszkadza. Podobnie jak nie przeszkadza mi ona w grach akcji takich jak Resident Evil czy Prince of Persia. Wtedy nie mam też problemu z prowadzeniem postaci męskiej – właśnie dlatego, że traktuję je, te gry i historie w nich zawarte, jak film, który oglądam. Frajdę mam za to z gameplaya, klimatu i ogólnej, przemawiającej do mnie fabuły. Nie ma problemu, bo nie ma cRPG-a i jego podstawowej właściwości: tworzenia wydarzeń według siebie.

Nie wiem, jaki jest obecnie procent kobiet graczek, ale mam wrażenie, że coraz większy. Być może niektórym producentom jeszcze nie opłaca się tworzyć drugiej warstwy gry specjalnie dla płci żeńskiej – ale kiedy się opłaci, jeśli graczki takie jak ja (a wiem, że takie są) nie będą grać w gry z narzuconym męskim bohaterem? Pytanie mogę sobie rzucić w kosmos. Nie wiem też, czy kiedykolwiek najdzie mnie ochota, by sięgnąć po Gothic, Risen czy Deus Ex. Nawet rodzimy Wiedźmin odpycha mnie na kilometr, choć płeć bohatera rozumie się sama przez się. Po prostu, zwyczajnie, denerwuje mnie lekceważenie żeńskiej części odbiorców i odbieranie im przyjemności z dokładnie tego, z czego cRPG słyną – tworzenia swojej własnej historii. Też jestem graczem i też chcę, żeby gra mi się podobała.

I tym optymistycznym akcentem kończę powtarzanie się jak zacięta płyta – z nadzieją, że mój punkt widzenia nie zostanie odebrany jako atak na brak „feminizmu” w grach ;)

  • W Dragon Age’ach kobietą grać nie możesz, za to gejem ponoć owszem. Nie żeby mi to przeszkadzało – ot, znak czasów.

  • Dzem, nie wiem w co grałeś, ale ja oba DA przeszłam kobietą.

  • A nie, nie grałem wcale. Źle zrozumiałem początek tekstu. Myślałem, że tam w DA też musiałaś grać facetem, ale że w końcu Ci to zbrzydło. W takim razie oba komentarze można usunąć.

  • W Ultimach mozna bylo wybrac plec glownego bohatera – nie pamietam, czy od U1/Akalabeth, ale byla taka mozliwosc. :)

    To wszystko to konsekwencje dekad, w ktorych w gry komputerowe grali glownie chlopcy/mezczyzni – tak samo, jak z klasycznym RPG: latwiej znalezc pokaz chainmail bikini, niz kobiete w roli wladcy czy bohatera. To sie zmienia powoli, ale niestety jeszcze troche potrwa (no i tworcy musza sie wreszcie nauczyc, ze kobieta nie sklada sie tylko z biustu i nog ;)).

  • @Dzemeuksis – musiałabym usunąć 3, a to by było nieładnie ;) Zresztą, to tylko honest mistake.

    @Seji – właśnie tak. Kobieta nie składa się tylko z biustu i nóg, i fajnie, że istnieją media, które to dostrzegają. Oby tylko to „dostrzegają” mogło już przerodzić się w „dostrzegli” ;)

  • Anonymous

    @Seji – problem sięga dalej, niż do początków RPG i gier komputerowych. To wszystko jakoś tam czerpie z legend i koncepcji średniowiecznych, gdzie – mimo wszystko – kobieta w aktywnej roli, jako wojownik czy inny bohater, to widok bardzo rzadki. Więc trzeba przełamać więcej, niż tylko inercję rynku gier. Na pocieszenie – sojusznikiem graczek w walce o żeńskie postacie jest pewien odsetek facetów, którzy wychodzą z założenia, że jak już mają przez kilkanaście(dziesiąt) godzin gapić się na plecy i tyłek swojej postaci, ratującej właśnie świat przed kolejną zagładą, to niechże będzie to tyłek damski ;)

  • @Anonim

    To ja bym pociagnal to dalej i nawiazal do patriarchalnych kultur i religii, z ktorych dziedzictwem wspolczesne spoleczenstwo wciaz sie bioryka. Ciekawe, jakby wygladaly dzisiaj gry, gdyby dominujacym popkulturowym wzorcem nie byl anglosakso-chrzescijanski (wiec patriarchalny), ale np. matrialchalny oparty na kulturze tubylcow Wysp Trobrianda :)

    Co do tylkow, to czekam, az wreszcie w grach bohaterki (czy w ogole kobiety – bo z tym jest problem, nie tylko z sama Lara Croft) beda wygladac jak ludzie, nie jak tapety z fotoszopa. W komiksach od czasu do czasu sie to udawalo (np Destiny z X-Men), ale byly to niestety wyjatki.

  • Ciekawe, że z jednej strony granie kobietą w „Tomb Rider”, czy „Syberii” zupełnie mi nie przeszkadzało, tymczasem z drugiej strony nigdy do głowy mi nie przyszło tworzyć takiej postaci w cRPG, nawet jeśli była taka możliwość.

    Skoro szukasz dobrych cRPGów, to ze swojej strony polecam gorąco „Morrowinda” (o ile nie znasz), ale nie pamiętam, czy tam można było grać kobietą (tak, czy owak, kwestia płci nie grała żadnej roli w fabule).

  • @dzemeuksis – to nie tylko kwestia roli w fabule i większych czy mniejszych zmian w zależności od płci (choć jest to oczywiście bardzo pożądane), ale też zapewnienia podstawowego, hmm, komfortu osobie grającej. W „Morrowinda” zaś i tak raczej boję się zagrać, bo słyszałam zatrważające historie, że świat tej gry jest nieskończenie wielki – a ja, jako perfekcjonistka, zamęczyłabym się próbując go w całości zgłębić ;)

  • *cough-cough* Final Fantasy to ciągle cRPG nawet jeżeli odbierasz go jako coś odmiennego. Wiele cRPG na przestrzeni dziejów było liniowych i niekoniecznie pozwalało na tworzenie własnej postaci.

    A poza tym, to Tifa nie byłą głowną bohaterką VII?! ;)

  • @Drejk – wszystko kwestia percepcji, I guess, niekoniecznie ścisłych definicji ;) Jeśli cRPG to każda komputerowa gra z elementami RPG, to czemu nie, ja jednak uważam, że jRPG mają na tyle odrębne cechy, że naturalnei postrzegam je w nieco innym świetle ;)

  • Anonymous

    To ten sam anonim ;)

    @Seji
    O sztucznych tyłkach… cóż. Patrząc na „zdjęcia” w reklamach i pismach – nie bardzo wierzę w „prawdziwe kobiety” w grach. Faceci raczej będą twardzi i umięśnieni a kobiety – będą mieć idealną cerę i „poprawione” proporcje. Nie zwalczysz tego. Większe już szanse widzę na to, że w kobiecych zbrojach płytowych znikną głębokie dekolty ;)

    A co do kultur matriarchalnych – uważaj jednak, jak daleko się cofasz, bo w końcu wpadniesz na biologię która… cóż, nie faworyzuje kobiet w roli wojowników. Jak się głębiej zastanowić, to w grach idea równouprawnienia kobiet jest niesamowicie mocno obecna, skoro mechaniczne różnice między narodami (nawet nie rasami) zdarzają się całkiem często – a kobiety zazwyczaj fizycznie w niczym facetom nie ustępują z mechanicznego punktu widzenia.

    A pozostawiając na moment problem tego, gdzie szukać źródeł niedoboru protagonistek (lub możliwości wyboru płci bohatera). Ogólnie wydaje mi się, że możliwość wyboru jest jednak coraz częstsza – towarzysząc ogólnemu trendowi umożliwiania personalizacji postaci. Niestety, na trendzie owym często cierpi zanurzenie postaci w świecie gry. Ciężko zrobić wyraźnie inną wersję gry dla każdej kombinacji rasy, profesji i płci bohatera, więc cRPG muszą zepchnąć te aspekty postaci na dalszy plan (a niektóre całkiem je ignorują, pozostawiając jedną unirace-unisex wersję). A szkoda. Bo o ileż ciekawiej gra się elfem, którego ktoś nie znosi za bycie elfem. Kobietą-wojowniczką, której ktoś nie potraktuje poważnie ze względu na płeć. Facetem, któremu trudno będzie zdobyć jakieś informacje, bo kluczowe źródło jest płci pięknej, miało kiepskie doświadczenia i teraz nie ufa mężczyznom.

  • W zależności od źródeł – wśród graczy 40-48% stanowią kobiety. Działa tu ta sama zasada co w kinie – kobieta obejrzy film o facecie, bo jest przyzwyczajona, że mężczyzna=człowiek. Facet niechętnie idzie na film o kobiecie, bo zakłada, że jak główną bohaterką jest kobieta, to pewnie komedia romantyczna albo romans. Szkoda tylko że w grach, w których jednak jest większa możliwość kreacji postaci, zakłada się z grubsza to samo.
    Natomiast znak naszych czasów – mój 15-letni brat grał w Skyrima kobietą i miał kobiecego „przydupasa”, a w dodatku jeszcze ożenił się z kobietą ;) Więc może przyszłość w grach należy do kobiet ;)