Dawno dawno temu zobaczyłam trailer serialu sf dla nastolatków, który wypuścił swoich bohaterów na Ziemię i roztańczył ich przy dźwiękach ostrej popowej muzyki. Pomyślałam sobie „rany boskie, to najdurniejsza rzecz, jaką w życiu widziałam”. Ale potem przegrałam walkę ze słabością do postapo i tak oto zaczęłam oglądać The 100. And I am not even sorry.

Kurcze, powinnam się już nauczyć. Naprawdę. Załapać wreszcie, że to silniejsze ode mnie i przestać hamować się uprzedzeniami, których nawet nie spróbowałam rozwiać. Niby lubię dawać szanse i sprawdzać wszystko na własnej skórze, a sama potrafię powiedzieć „nie” nie znając choćby połowy faktów. Nic tylko palnąć się w łeb i z pokorą pochylić głowę. Bo widzicie, lubię postapo. Cholernie lubię postapo. Ale The 100 odrzuciłam na bazie samego trailera, będąc pewną, że nie znajdę w nim nic prócz wkurzających nastolatków i logiki zachowującej się z gracją słonia w składzie porcelany. Cóż, na swoją obronę powiem, że miałam do takiego myślenia pełne prawo – i że nie pomyliłam się nawet o kilka stopni. Na szczęście dla serialu, on na swoją obronę ma co najmniej trzy fakty, które czynią tę dziurawą, wyssaną z palca i do cna pozbawioną wiarygodności historyjkę nie tylko znośną, ale i całkiem wciągającą.

Koncept The 100 jest tak samo obiecujący, jak przeciekający. 97 lat temu Ziemia została zniszczona przez wybuch nuklearnej wojny, która zostawiła planetę niezdatną do życia. Resztki ocalałej ludzkości schroniły się wśród gwiazd na dwunastu stacjach kosmicznych, złączonych później w jedną – Arkę – pod przywództwem demokratycznie wybranego Kanclerza. Życie na Arce to wieczny taniec pod dyktando surowych zasad i przestrzegania litery prawa co do joty. Każde najmniejsze przewinienie karane jest śmiercią przez wyrzucenie w przestrzeń kosmiczną – chyba, że skazany nie dożył jeszcze swoich 18-tych urodzin. W takiej sytuacji znajduje się Clarke Griffin (Eliza Taylor), 17-letnia córka naczelnej lekarki stacji. Sytuacja ulega jednak zmianie, gdy okazuje się, że systemy podtrzymywania życia Arki są w stanie krytycznym i gwarantują przeżycie co najwyżej dwóch następnych miesięcy. Decyzją Kanclerza, stu nastoletnich skazańców zostaje wysłanych na Ziemię, by ocenić, czy powierzchnia planety znów nadaje się do zamieszkania. Zdani tylko na siebie, staną naprzeciw zagrożeniom tak z zewnątrz, jak i z samego środka.

fot. The CW

Pierwsza rzecz: jeśli chcecie wysyłać ludzi, żeby wykonali dla was tak ważne zadanie, drodzy włodarze Arki, może byłoby lepiej, gdyby wybór nie padł na setkę rozchwianych nastolatków, którzy pałają do waszych rządów płomienną nienawiścią? Tak się składa, że komunikacja pomiędzy setką a stacją siada niemal natychmiastowo, więc nawet, gdyby dzieciaki chciały, to i tak nie mają jak przekazać informacji na górę. A że nie chcą, staje się oczywiste prawie od razu po (twardym) lądowaniu. Po co mają się przejmować jakąś tam puszką, która zamknęła ich w celi, kiedy na powierzchni mogą robić co im się tylko żywnie podoba? Prowokowani przez charyzmatycznego Bellamy’ego Blake’a (Bobby Morley), mającego z rządem swoją prywatną scysję, jeden za drugim ściągają bransoletki transmitujące ich sygnały życiowe w kosmos (zapewne na Arce skończyły się wszczepy podskórne) i zamiast szukać wody czy pożywienia lub budować schronienie, robią sobie imprezy przy ognisku. Standard. Niestety, po 7-miu odcinkach widać, że The 100 na więcej stać nie będzie, więc od razu można zacząć się przyzwyczajać.

Na szczęście tutaj wkraczają owe trzy zalety, które autentycznie balansują mi siadającą logikę i bezbrzeżną głupotę bohaterów. Pierwszą i podstawową z nich jest Clarke Griffin, postać w dużej mierze przedstawiana jako główna, i rany boskie, na całe szczęście. Clarke to jedyna osoba w całej setce nie pozbawiona oleju w głowie, przez co myśląca, działająca, aktywna i na dodatek refleksyjna. Ma silną psychikę – nie daje się zastraszać innym, kontrującą Bellamy’ego charyzmę – powodując interesujący konflikt charakterów, oraz, przede wszystkim, zdrowy rozsądek, dzięki któremu grupa – a przynajmniej ci na tyle mądrzy, by za nią podążyć – mogą liczyć na sukces. To jej pierwszym odruchem jest zadbanie o zapasy, to ona porusza niebo i ziemię, by ratować rannego kolegę, to dzięki niej ludzie na Arce mają jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Powiem szczerze, w tak bezsensownym serialu nie spodziewałam się tak sensownej bohaterki i ten fakt nie tylko nad wyraz mnie zdumiewa, ale niezmiernie satysfakcjonuje. Co jak co, ale jeśli ktoś spodziewał się typowej wkurzającej nastolatki, to The 100 z zadowoleniem rozczarowuje.

Inna sprawa, że Clarke jest oczywiście wplątana w miłosne perturbacje, bo przecież jakżeby inaczej, ale po pierwsze, trafia jej się fajny koleś, a po drugie, lada moment trafi jej się kolejny i nie wiadomo, który lepszy. Przełykam to bez skrzywienia, bo w serialu dzieje się naraz tyle rzeczy, że nastoletnie romanse to tylko drobinka w morzu wątków. Słowo, tempo The 100 jest niesamowite, jakby goniła go jakaś zagłada. Oh, wait!

Drugą zaletą – i przy okazji kolejną, której się kompletnie nie spodziewałam – jest wątek rozgrywany na Arce. Jak na serial o nastolatkach próbujących przetrwać na radioaktywnej Ziemi, solidny kawałek jego akcji dzieje się w kosmosie. Jednak aż nie opiszę, jak zbawienne okazuje się robienie sobie przerw od bandy niedojrzałych idiotów na powierzchni i choć chwilowe zatopienie się w odrobinę bardziej dorosłe sprawy. „Odrobinę”, bo niestety nie będzie to poziom Battlestar Galactiki i nawet nie ma sobie po co robić nadziei. Akcję na stacji śledzimy oczami dr Abigail Griffin (Paige Turco), matki Clarke, radnego Kane’a (Henry Ian Cusick!), prawą rękę dowódcy, oraz Kanclerza Jahy (Isaiah Washington), dowódcy, zaś dominującym wątkiem są intrygi, spiski, kłamstwa i próby manipulacji – pardon – kontrolowania pozostałej populacji. Wszystko teoretycznie w dobrej wierze, teoretycznie również w próbie pokazania ciężaru odpowiedzialności, ale „teoretycznie” dlatego, że choć serial wyciska emocje i buduje napięcie, robi to w sposób wątpliwie racjonalny. Inaczej mówiąc, dzieją się tam rzeczy, które wciągają, ale w podstawy których zazwyczaj nie da się za grosz uwierzyć. Mimo wszystko badassowa mama bohaterki to kolejny jasny punkt w serialu (niemal tak jasny jak oślepiające lens flare używane tu na potęgę), a wgląd w dystopijne życie na stacji i tak dodaje serialowi wymiaru.

fot. The CW

Trzecia zaleta powinna być z kolei oczywista dla każdego, kto lubi postapo. Nie ma oczywiście mowy o skażonym powietrzu i niezdatnej do picia wodzie, ale są zmutowane zwierzęta, bioluminescencyjna roślinność i toksyczne mgły. Mamy też pozostałości dawnej cywilizacji w postaci stuletnich samochodów czy schronów atomowych, a także pozostałości ludzkości w osobach tzw. „grounders„, bardziej dzikich tubylców niż rozwiniętych resztek ziemskiej populacji. Szkoda, że serial nie wkracza w bardziej naukowe rejony, starając się wyjaśnić, w jaki sposób ludzie i natura przeżyli i przystosowali się do nowych warunków, ale spodziewam się, że po wylądowaniu dorosłych jakieś odpowiedzi zostaną nam dane. Szkoda też, że serial nie przywiązuje większej wagi do kwestii samego pobytu na Ziemi czy też prób zbadania nowego terenu, zamiast tego niemal priorytetowo skupiając się na bohaterach. W normalnej sytuacji bardzo bym się z tego cieszyła, jednak setting The 100 jest na tyle fascynujący, ale na tyle marginalizowany, że ciekawość sama się we mnie rozwija. Mimo tego tło serialu to niewątpliwa zaleta, bo ileż lepiej ogląda się teen dramy w środku tętniącego życiem lasu niż w korytarzach amerykańskich liceów.

Co ciekawe, w serialu nie ma też definitywnych czarnych charakterów. Są bohaterowie nadużywający władzy, nie myślący perspektywicznie i ambitni ponad miarę, ale w gruncie rzeczy całkiem ludzcy i błądzący. Pomijając, że na przestrzeni kilku odcinków charaktery potrafią zmienić im się o 180 stopni, to niemal każdy posiada jakąś cechę balansującą ich wady. Przy czym nie twierdzę, że przestają zachowywać się jak banda bezmózgich tępaków – bo rany boskie, nie przestają – ale zdarzają im zaskakujące chwile klarowności umysłu.

W tym momencie zapytacie pewnie, „no to jak to jest, dobre to czy niedobre”. Niby narzekam, ale chwalę, niby wytykam, ale uznaję. Szczerze Wam powiem, sama nie wiem. Z jednej strony to serial ewidentnie nie kręcony pode mnie, z drugiej ma wszystko, czym mogę nakarmić się w każdym odcinku. Zaskakuje mnie na każdym kroku to wątkiem, to postacią, a do tego ciekawi i angażuje tak fabularnie, jak emocjonalnie. Po 7-miu odcinkach nie potrafiłabym powiedzieć, na jakich zasadach działa organizacja w obozie, ale chcę się przekonać, co spotka jego mieszkańców dalej. The 100 to jeden wielki bałagan, ale być może na tyle artystyczny, bym czuła się w nim jak u siebie w domu.

  • Marcin Segit

    Zrzucenie na Ziemię nastolatkow mozna by jeszcze jakos obronic (silne organizmy, zmniejszenie przeludnienia, pozbycie sie najbardziej problematycznych wiezniow – z drugiej strony jest to durne wywalenie w nieznane zrodel odbudowy populacji). Jakby wycieli romanse to by sie ogladalo o wiele lepiej. No i popychali akcje do przodu, zamiast robic odcinki o niczym. Wiem, ekspozycja postaci, ale przez pol sezonu skladajacego sie z 12 czy 13 odcinkow? Bez sensu. Ogladac sie da, jak sie przewinie fragmenty z Bella i Edwardem. ;)

    • Paweł Zarzycki

      Ja tam obstawiam, że wzorem „minimalnego zwiadowcy” Sheckleya celowo wybrano najmniej odpowiednich ludzi do testowej kolonizacji. Jeśli nawet oni przetrwają to inni tym bardziej. Wtedy rzeczywiście, wysłanie bandy nastolatków da się obronić. :D

  • Jestem po 3 odcinkach, zapowiada się całkiem nieźle – będę teraz mogła wybierać, czy chcę teen dramę w klimacie postapo, w XVI wieku (Reign), amerykańskim high school (Awkward.) albo śpiewającym Nowym Jorku (Glee).

  • rob

    przypomina mi to parę tu powinno paść słowo na A ;) serii które widziałem gdzie był podobny schemat czyli ludzie rzuceni w postapokaliptyczny świat w wyniku spisku albo hibernacji która miała trwać parę lat a trwała dekady ( nie mówię o seksmisji ;) )