Moje geekowe życie nabrało od niedawna całkiem nowych barw. W sumie nie „całkiem”, ale raczej „na nowo”, bo wróciłam do regularnego czytania i już sama nie wiem, jak mogłam dopuścić do przerwy. Obecnie czytam średnio jedną książkę na tydzień i nie tylko cieszę się z nowego repertuaru źródeł popkultury, ale i nauczenia się paru rzeczy o sobie.

Wstyd się przyznać, ale pomiędzy końcem liceum a kilkoma miesiącami wcześniej prawie w ogóle nie czytałam książek. Z jednej strony seriale, z drugiej gry, gdzieś w środku jeszcze praca, zżerająca nie tylko kilka godzin dnia, ale i poświęcane na odpoczynek wieczory, i tak czytanie jakoś samo zeszło na drugi, trzeci, czwarty plan. Miałam zresztą wobec czytania takie poczucie – zrodzone z respektu wobec książek i ich treści – że muszę mieć do niego odpowiednią atmosferę: najlepiej cichy, spokojny wieczór, wygodną kanapę, właściwą muzykę, totalne wyciszenie. Byłam przekonana, że bez tego w ogóle na czytanie nie ma szans, bo a to będę zmęczona, a to coś będzie mnie rozpraszać, a to to, a to tamto. Nawet kupienie mojego pierwszego Kindle’a nie złagodziło sprawy, choć przynajmniej mogłam już przestać martwić się znienawidzonym przeze mnie gnieceniem stron i zaginaniem okładek. Ale kilka miesięcy temu wszystko się na szczęście zmieniło.

Najprawdopodobniej chodzi o to, że zmądrzałam. Zdecydowanie. Choć przeprowadzenie się z centrum na skraj miasta, skąd mam teraz ok. 40 minut jazdy autobusami do pracy też miało coś do powiedzenia. Przydało się również, że mój pierwszy Kindle doświadczył zepsucia ekranu i przy kupnie nowego zdałam sobie sprawę, że przecież bez Kindle’a to jak bez ręki. Od tamtej pory – zmądrzenia, przeprowadzenia i zepsucia – nie rozstaję się z beletrystyką ani na krok. Po kilku miesiącach regularnego czytania mogę Wam powiedzieć, że to jak wkroczenie – ponowne! – w całkiem nowy świat pełen niesamowitych możliwości.

Oczywiście, jest to wstydliwe wyznanie i podkreślam to po raz kolejny, bo naprawdę byłam głupia – ale naprawdę zmądrzałam. Ale chcę Wam też napisać o moich doświadczeniach z czytaniem oraz pokazać, jak wielką radość zaczęło mi je sprawiać w dobie nowoczesnych technologii. Gdyby nie one, prawdopodobnie do dziś czekałabym na ten „odpowiedni moment”, żeby zasiąść do książki bez strachu, że podczas przekładania stron zrobię jej krzywdę.

Po pierwsze muszę zatem głośno i wyraźnie powiedzieć, że czytanie na Kindle’u jest cholernie wygodne. Nie będę rozpisywać się jednak nad zaletami posiadania kilkuset-tomowej biblioteki pod ręką ani wygodzie trzymania płaskiego ekraniku zamiast setek zbitych w oprawie kartek papieru, bo to jest oczywiste. Cudowne, ale oczywiste. Najcudowniejszym za to w czytaniu na Kindle’u jest dla mnie praktycznie dowolny dostęp do dokładnie tych treści, które mnie interesują. Żegnajcie polskie księgarnie z waszymi wydawcami mówiącymi mi, co mogę czytać, a czego nie, bo jest na polskim rynku niedostępne. Witajcie Amazon i księgarnie ebookowe, które dajecie mi niemal każdy tytuł, jaki mi się nagle zamarzy, w dodatku o każdej porze dnia i nocy. Ileż zombie apokalips mam już na swojej liście życzeń, ileż książkowych serialowych pierwowzorów, wirusów, space oper, dystopii i przygodówek. Polskie księgarnie nawet by ich nie pomieściły, jeśli w ogóle chciałyby wystawić je na swoich półkach. E-czytanie dało mi poczucie niezależności, jakie nie śniło mi się dziesięć lat temu, i to na większej ilości poziomów niż jeden. Chcę książkę, to ją mam. I nie muszę czuć się spętana obawą, że zużyję ją aż do zniszczenia.

Innym książkowym cudem na ziemi jest wspomniana ilość materiału. Jakiś czas temu zaczęłam czytać mangi, bo zorientowałam się, ileż wspaniałych historii zostało w nich narysowane. Filmy, seriale czy gry – zwłaszcza poruszające się po konkretnym temacie (jak zombie!) – w końcu się jednak kończą. Jakże fajnie jest wtedy znaleźć nowe źródło, które na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka wygląda na nieskończone. Nie powiem Wam, ile czasu spędzam na Amazonie czy Goodreads skacząc po linkach w poszukiwaniu podobnych lektur, bo sama nie zliczę. Ale powiem Wam za to, że znalezienie kolejnej pozycji, którą chcę-muszę-przeczytać jest jak otworzenie pudełka świeżuteńkich truskawek, kiedy są na świecie rzadkim rarytasem.

Tylko że z tym wiążę się jedna mała przykrostka – jedna książka na tydzień to niby tak dużo, a w rzeczywistości tak mało! To, że tak niewiele ostatnio piszę? To nie przez to, że ciągle gram, tylko przez to, że po podróży autobusem czasem tak ciężko oderwać się od czytnika!

I znów jedną z najważniejszych zalet mojego kindlowania jest wybór języka. Pamiętacie, że nie cierpię dubbingów oryginalnych angielskich ścieżek dźwiękowych? No więc nie przepadam też za polskimi tłumaczeniami powieści. Anglistyczne wykształcenie zrobiło jedno, życiowe zakochanie w języku Szekspira drugie, i w efekcie po polsku czytam tylko malutki procent wszystkich wybieranych lektur (z czego polską fantastykę z jakiegoś powodu (!) bardzo rzadko). Zaletą tego oryginalnego czytania jest przede wszystkim wspomniana już dostępność, ale największą uwagę zwróciłam na to, że kurcze, w tych nieczęstych chwilach przestawienia się na polski aż uderza mnie czasem przesadnie podkolorowana sztuczność naszej literackiej mowy. Kwieciste zdania, wcinające się przecinki, poprawna na baczność odmiana, której brakuje tylko zapiętego pod samą szyję białego kołnierzyka. Czasem się czyta się to fajnie, czasem język łamie się na co drugim zdaniu, a czasem z irytacją zaciskam zęby przegryzając się przed brzydkie i niechlujnie napisanie zdania. Dobre polskie tłumaczenie to loteria – nigdy nie wiadomo, czy uśmiechnie się do ciebie los. To ciekawe, że z angielskim nie mam takiego problemu.

I wreszcie dodam jeszcze dumną cegiełkę – legalne kupowanie elektronicznych książek to dla mnie źródło niekończącej się radości. Naprawdę. Zakup ebooka cieszy mnie tak samo jak zapłacenie w kasie za trzymaną w rękach książkę, bo wcale nie chodzi o żaden papier czy fizyczne posiadanie egzemplarza na półce – ale o własność. Kupuję i jest moje. Nikt się do mnie nie przyczepi, ja sama nie mam wyrzutów sumienia, a przy tym czuję, że dałam coś od siebie. Naiwne? Pewnie tak (zresztą booki mogłyby jednak być odrobinę tańsze), ale czemuś, co lubię, lubię oddać coś w zamian.

A na koniec dodam, że zadziwiłam samą siebie ucząc się, że tak naprawdę mogę czytać wszędzie. Czy to wygodnie rozłożona na kanapie, słuchając w tle kolekcji filmowych soundtracków, czy stojąc ściśnięta pomiędzy pasażerów zapchanego autobusu z Kindlem wciśniętym prawie w nos. Kiedyś powiedziałam tak jednemu panu, który ze zdziwieniem stwierdził, że „pani to chyba nie poczyta”. „Proszę pana, ja mogę czytać wszędzie”. I była to najświętsza prawda.

  • Tores-

    A to ciekawe jest, że tak dostrzegłaś różnicę jakościową w życiu bez czytania i z czytaniem :) Bardzo pozytywne. I jak ja rozumiem tę radość z odkrycia całych mórz nowego dobra do czytania! (Ja akurat mniej więcej rok temu odkryłam w ten sposób seriale… i przez to czytam trochę mniej ;) Natomiast zaskakująca jest dla mnie taka myśl, że do czytania trzeba mieć specjalny czas i miejsce – ale sama czytam bez przerwy od czwartego roku życia, więc ;) Cieszę się, że kolejna osoba odkrywa, i to tak świadomie, że czytać można wszędzie (i że daje temu publiczny wyraz).

    Jeszcze w kwestii kindla, może kogoś zainteresuje (raczej kogoś „niekindlowego”) – popełniłam mały tekst w temacie „papier vs. kindle” z punktu widzenia nałogowego czytelnika, przez większość życia siłą rzeczy korzystającego z papierowych książek, a od paru lat również z czytnika: http://www.kwiatdolnoslaski.pl/2014/04/poka-czytelnika-czytnik-czy-papier.html

    • W sumie teraz mnie to też już zadziwia – do tej pory zawsze czytanie równało się komfort, żeby móc poświęcić się książce całkowicie. Ale na szczęście mi przeszło, bo naprawdę, jeśli książka się podoba, to wciąga bez względu na to, gdzie się jest i w jakiej pozycji się siedzi. Coś jak z grami :P

  • shenmi_meiren

    … dawaj te liste tych zombie apokalips! ;)

    • No więc tak:

      Apocalypse Z: The Beginning of the End by Manel Loureiro
      Critical Dawn
      Contamination Boxed Set by T.W. Piperbrook
      Outpost by Adam Baker
      The Last Town #1: Rise of the Dead by Stephen Knight
      Dead Tide by Stephen A. North
      Feed by Mira Grant
      The Retreat #1: Pandemic by Craig DiLouie, Stephen Knight, Joe McKinney
      Whiskey Tango Foxtrot Vol 1 (Escaping the Dead) by W. J. Lundy, Monique Happ
      Arisen, Book One – Fortress Britain by Glynn James, Michael Stephen Fuchs
      The Remaining by D. J. Molles
      The Apocalypse (The Undead World Book 1) by Peter Meredith

      no i oczywiście już pożąrtą przez mnie serię Purge of Babylon by Sam Sisavath.

      A to tylko tak na dobry początek ;)

      • shenmi_meiren

        …i to jest wszystko „to read”? wow… kurcze. moze cos se zapodam. w sumie jutro pociagiem mam 4,5h jechac…

        • Nom, pretty much. Z czego prawie wszystko ma co najmniej 2 tomy kontynuacji. Ale na pewno będzie przesiew – wszystko zależy od tego, jak spodoba mi się pierwsza część. No i to tylko same zombie – a mam jeszcze inne plany do przeczytania :D

          • shenmi_meiren

            ale wiadomo – zombie priorytet ;)

  • A możesz polecić coś po angielsku na dobry początek? Nie chcę nagle zacząć czytać o przebiegu reakcji rozszczepienia jądra atomów uranu w reaktorze ciężkowodnym ;)

    • Ale z zombie? ;)

      • Ogólnie fantastyka :)

        • shenmi_meiren

          Hamiltona fajnie sie czyta. albo Pratchett, jesli jeszcze nie miales przyjemnosci ;)

        • Ogólnej fantastyki nie czytałam wcale dużo. Z sf to tylko serię The Expanse, z fantasy głównie sagę Martina. Szczerze mówiąc, na tym temacie słabo się znam, ale całkiem prosto czyta się np. trylogię „The Hunger Games” ;)