Nareszcie wrócił mój ulubiony serial ostatniego sezonu, obecnego sezonu i możliwie jak największej ilości sezonów w przyszłości. Uwielbiam Agents of S.H.I.E.L.D., mówiłam to już? W 2. sezonie będę uwielbiać ich jeszcze bardziej, bo choć zmaleli ilościowo, urośli jakościowo. W jednym odcinku dzieje się tyle, ile nie działo się przez pół 1. sezonu. I z jakim efektem! I z jakimi zmianami!

Jeśli można o „Shadows” powiedzieć cokolwiek, to na pewno, że był to bardzo wybuchowy odcinek. Począwszy od gościnnych występów, których wszyscy się spodziewaliśmy, przez gościnne występy, których się nie spodziewaliśmy, po akcje, niespodzianki, reveale i kawały, od samego początku do samego końca nie zwalniał tempa choćby nie-wiem-co. Dawno nie przeszłam przez 42 minuty tak błyskawicznie, tak szybko orientując się, że do następnego odcinka teraz tydzień czekania! Bez patyczkowania się jesteśmy od razu wprowadzani w sam środek akcji, a to, czy potem nadążymy to już nie problem scenarzystów – dostarczyli tyle rozkosznej treści, że przez tydzień będę ją rozpamiętywać. Mówiąc krótko, było odjazdowo.

Tak się składa, że nic, co jest odjazdowe, nie może zacząć się źle – Agenci w „Shadows” zaczęli zaś od pokazania nam postaci, na której widok gęba sama mi się uśmiała. Mam oczywiście na myśli Reeda Diamonda, jednego z wielu uwielbianych przeze mnie aktorów whedonowskich, o którym zapomniałam, że tu zagra, a którego skromny niemiecki akcent rozjaśnił mi dzień jak promyczek słońca nad poduszką. Diamond wciela się tu w dowódcę niewielkiej placówki Hydry, którą w 1945 roku dziarsko zamyka agentka Carter wraz z zawsze pogodnym oddziałem Howling Commandos (i prawdziwym Neilem McDonough). Hayley Atwell jest rzecz jasna bezbłędna, pewna siebie i pełna klasy, czyli dokładne taka, jaką wyobrażam sobie w jej późniejszym własnym serialu, a fragment z jej udziałem, choć krótki, doskonale wpisuje się w heroiczną formułę Agentów. Co więcej, dwie epoki bohaterów łączy również tajemniczy artefakt – pierwszy sklasyfikowany w historii obiekt 0-8-4 – który w swoje łapy chce dostać Hydra A.D. 2014. Klamra się otwiera – i to tak szeroko, że za następującymi później wydarzeniami aż trudno nadążyć.

fot. ABC

Przede wszystkim w szeregach bohaterów zaszły wielkie zmiany. Wiadomo było, czego się spodziewać: niestrudzony generał Talbot od miesięcy nie zaprzestaje polowania na ubytki S.H.I.E.L.D., zmuszając wiernych organizacji agentów do życia w ukryciu. Wynika z tego kilka bardzo fajnych motywów: na przykład to, jak bohaterowie muszą trzymać kciuki, aż podczas akcji skapnie im się jakaś nowa zabawka, bo kurczące się zapasy dostępnych technologii nie ułatwiają im wcale życia. Albo to, że zamiast w luksusowym autobusie żyją teraz w piwnicznych podziemiach tajnej bazy. Albo to, jak bardzo muszą się pilnować czy podejmować decyzje, z którymi do końca się nie zgadzają, ale dla dobra grupy nie mają wyboru. Zniknął luźny klimat przemieszczania się to tu, to tam, zastąpiony mocno – i dosłownie – przyziemną walką o przetrwanie. Bohaterów widzimy skupionych, zahartowanych, świadomych zagrożenia – nawet zwykle wyrywająca się z szeregu Skye tłumaczy „nowym”, że lepiej, niech się przyzwyczają. Kilka minut wprowadzenia i już wiemy, że na bohaterów będziemy spoglądać w tym sezonie z bliska, bo ścigani, osłabieni i pozbawieni zwyczajowych atutów są znacznie bardziej ludzcy i przystępni.

Fabuła odcinka skupia się wokół prób pozyskania wspomnianego obiektu 0-8-4 oraz starcia z Carlem Creelem, w marvelowskim świecie znanym jako Absorbing Man. Internet dość zgodnie twierdzi, że wprowadzenie Absorbing Mana wyszło Agentom tak, jak powinno wychodzić im wprowadzanie komiksowych postaci od początku, ale tak naprawdę zarówno artefakt, jak i złoczyńca służą „Shadows” za tło do pokazania nam nowych twarzy starych bohaterów. Najbardziej w oczy rzuca się pod tym względem wspomniana Skye – z wygadanej hakerki przeobraziła się w pełnoprawną agentkę, przeszła szkolenie pod czujnym okiem Melindy May i w pełnej partnerskiej współpracy z drużyną wypadową uczestniczy w akcjach na zewnątrz. Mało tego, bez protestu słucha się rozkazów, a to już ogromny postęp w porównaniu do poprzedniego sezonu. W zasadzie może się wydawać, że wyprasowanie jej krnąbrnego charakteru będzie krokiem wstecz, ale ta nowa „szeregowa” Skye jest wręcz znacznie fajniejsza. Szczególnie ciekawe prezentuje się jej kumpelska, pełna koleżeńskich flirtów relacja z Triplettem (dalej nie będącym w stałej obsadzie!), z którym tworzą zaskakująco świetne dynamiczne duo. Mam ogromną nadzieję, że pociągną ten wątek dalej, bo im więcej w serialu interakcji pomiędzy różnymi postaciami, tym lepsza i pełniejsza zrobi się z nich rodzina. Więc jeśli to była tylko przystawka, to jestem gotowa na danie główne!

Póki co, znacznie istotniejszą fabularnie relację Skye ma w „Shadows” z Wardem, którego Coulson trzyma w specjalnej celi tylko po to, by móc wydobywać z niego kluczowe informacje na temat Hydry. Którymi Ward potulnie się dzieli, ale tylko ze Skye. Chcąc nie chcąc – a doskonale wiedząc, że musząc (widzicie? słucha się rozkazów) – dziewczyna robi, co do niej należy, ale wcale nie ukrywając swojej odrazy. Podobnie Ward wcale nie ukrywa, że zgadza się na takie traktowanie tylko ze względu na nią, usilnie twierdząc, że pragnie jej pomóc. Wyraźnie pokazano, że uczucie (pozostałości uczucia?) do Skye to jedyne, co pozostało mu na świecie, bo odebrano mu nawet możliwość pozbawienia się życia. I znów jest przy tym trzy razy bardziej interesujący niż rok temu, bo w jednej chwili wylewa mu się z ust gorzki cynizm, w drugim kładzie po sobie uszy jak tylko Skye zagrozi przerwaniem rozmowy. W efekcie ciężko stwierdzić, do czego Ward dąży, ale i bardziej chce się wiedzieć, tym lepiej się go ogląda. Poza tym tak samo jak aktorzy dalej ich shippuję – zmieniłam zdanie! – więc damn, jeśli nie zapowiada się to na jeden z lepszych wątków sezonu.

fot. ABC

Tymczasem szef całego tego zamieszania przyjął stołek dyrektorski z całym bogactwem inwentarza, w związku z czym już na początku odcinka dowiadujemy się, że albo wydaje rozkazy z oddali, albo przyjmuje w „biurze” tylko ściśle wyznaczoną garstkę osób. Czuć ochłodzenie i dystans, ale wciąż zaufanie i zrozumienie, choć już od następnego odcinka może okazać się, że podejmowanie trudnych decyzji w końcu odbije się na dynamice w zespole. Coulson nie traci swojego dobrego humoru i wciąż ma asy w rękawie, ale ten beztroski, chłopięcy błysk w oku nie pojawia się już tak często jak wcześniej. W pewnym momencie sam przyznaje, że jest wykończony ciągłym uciekaniem przed Talbotem, ale to wyzwanie to tylko przedsmak nadchodzących batalii, jakie będzie musiał toczyć z własnym sumieniem. Nikt nie powiedział, że przewodzenie ludziom – rodzinie – będzie łatwe, ale wtedy wszyscy zbyt bardzo cieszyliśmy się z jego awansu. Teraz zarówno on, jak i my, poznamy drugą stronę medalu.

Bo widzicie, jednym z punktów zwrotnych „Shadows” jest decyzja Coulsona w sprawie przyszłości Fitza. Nawet niekoniecznie sama decyzja, ale wypowiedzenie na głos tego, czego my obawialiśmy przez kilka miesięcy przerwy, a bohaterowie obserwowali przez kilka miesięcy życia w ukryciu: Fitz nie jest już taki sam. Gdy widzimy go w odcinku po raz pierwszy, otoczonego swoimi zabawkami w laboratorium i pogrążonego w rozmowie z Simmons, wszystko wydaje się takie jak dawniej. Dopiero później dochodzi fakt gubienia przez niego słów czy pocieszającego obejmowania dłoni Gemmy na jego ramieniu. Patrzenie, jak natchniony pomysłem zmaga się z brakiem słów, które zawsze wypluwał z prędkością karabinu jest rozdzierające – a to tylko początek traum… Jeśli pokochaliście Fitza takiego, jakim był, nie wierzę, że nie poruszy Was jego widok „po”…

Z całej grupy najmniej zmieniła się May, ale to chyba dobrze, skoro jest doskonała dokładnie taka, jaka jest. Może troszkę złagodniała w stosunku do Skye, ale w końcu wzięła ją pod swoje skrzydła – i zaraz, zaraz, czy ja widziałam przebłysk matczynej troski? Wierzę też, że poruszy się coś w jej relacji z Coulsonem, bo uwielbiam jej szorstką opiekuńczość i bardzo mnie ta przyjaźń interesuje.

To zostawia nowych – grupę najemników prowadzoną przez Lucy Lawless, z których marudny Lance Hunter dostał się zamiast Tripletta do głównej obsady. Najemnicy są, mówiąc krótko fajni. Tym bardziej fajni, że bez wahania dostają swoje kwestie dialogowe i swobodnymi rozmowami z bohaterami większo-planowymi świetnie ubarwiają kumpelską atmosferę w drużynie. Z kolei sam Hunter to postać, która raczej dużo w dynamice namieszać, bo jako outsider odzwierciedla trochę pozycję Skye z 1. sezonu – a jego doświadczenie bojowe bardziej kwalifikuje go do wskazywania dziur w planie niż młódka-hakerka – a jako nowa twarz z pewnością wniesie nieco świeżości. Co prawda dotychczasowi bohaterowie zmienili się tak bardzo, że poznawanie ich od nowa będzie fascynującym przeżyciem, ale Hunter jest jak na razie całkiem spoko (plus, wydaje się, że będzie też jakaś indywidualna interakcja pomiędzy nim a Skye – interesting!). Serio, myślałam, że będę go nie cierpieć z defaultu, no bo przecież wolę Tripletta, a tu proszę.

fot. ABC

O, i jest jeszcze jeden fany bohater drugoplanowy! Wielgachny mechanik Mack, którego nie mogę doczekać się grzebiącego w bebechach Loli. That will be the day!

Wracając do artefaktu i przeciwnika, za którym ci wszyscy starzy-nowi bohaterowie się uganiają: jak już pisałam, dzieje się to wszystko w tak zawrotnym tempie, że praktycznie kiwałam się do dźwięków tej charakterystycznej, pompatycznej ścieżki dźwiękowej. Przeważają oczywiście sceny wprowadzające w nową atmosferę i sytuację, ale jak przerywa je brawurowa akcja porwania czy wkradania się tam, gdzie się nie powinno, robi się po prostu bosko. Jak zwykle świetną dawkę humoru wprowadzał Patton Oswalt jako Bill Koenig – a najlepszą to już w ogóle w duecie z Coulsonem – a gniewny generał Talbot wyszedł w jednym miejscu aż przekomicznie. Więc nie ma się co martwić (a raczej jest się co cieszyć): ze starych dobry Agentów ostało się wszystko, co najlepsze, plus doszło wszystko, co lepsze. A ta szokująca końcówka? Czyżbyśmy mieli zacząć bawić się w nieprzewidywalne?

Na podsumowanie mogę powiedzieć tylko jedno: wyraźnie widać, że po uporaniu się z linią fabularną Zimowego żołnierza Agents of S.H.I.E.L.D. nabrali wiatru w żagle i nareszcie stali się swoim własnym serialem. W „Shadows” od razu przechodzimy do rzeczy i nie ma litości, czy nadąży się za wydarzeniami, czy nie. Poukrywane w dialogach informacje wyłapywałam jednak z prawdziwą rozkoszą i kurcze, aż czuję, że ten sezon będzie wyzwaniem. Dalej kocham tę flagową dla serialu bezpretensjonalną rozrywkę, ale z niezmierną przyjemnością wybiorę się na głębsze wody.

P.S. Nie chcę słyszeć nic o średniej oglądalności, współczynnikach widowni, przewidywaniach, etc., etc. Lalalala, nie ma, nie słyszałam, udaję, że nie istnieją!

  • ana

    „W efekcie ciężko stwierdzić, do czego Ward dąży, ale i bardziej chce się wiedzieć, tym lepiej się go ogląda. Poza tym tak samo jak aktorzy dalej ich shippuję – zmieniłam zdanie! – więc damn, jeśli nie zapowiada się to na jeden z lepszych wątków sezonu.” Czekaj, czekaj- naprawdę shippujesz Warda i Skye romantycznie? Serio serio?

    Może coś źle zrozumiałam z tego co napisałaś, ale dla mnie byłaby to jedna z najbardziej toksycznych i niewłaściwych rzeczy jaką można obejrzeć w telewizji. Moment w którym Skye i Ward skończą razem będzie momentem w którym przestanę mieć z Marvelem cokolwiek wspólnego.
    A tak z innej strony, sezon zapowiada się świetnie i nie mogę się doczekać następnych odcinków:)

    • No cóż, tak, trochę ich shippuję – ale nie martw się, jestem tym faktem tak samo zdziwiona, ale przede wszystkim rozbawiona :D Nie mam pojęcia, czy to dobrze, czy to źle, jeśli wylądują razem, ale pomiędzy teraz a wtedy jest jeszcze ogromna przepaść fabularna. Ale jestem pewna, że showrunnerzy przygotowali dla nas niezłą jazdę, w tym czy innym kierunku ;)

  • Wstrzymywałem się przed tym serialem, w sumie nie wiem czemu. Może dlatego, że mi go usilnie wciskali w co którymś pełnometrazowym „Marvelu”. No cóż, uległem – dziś zaczynam przygodę. ;)

  • Przemowa Agent Carter na początku skojarzyła mi się trochę z Warehosue 13 :)

    • O rety. Jaka poruszająca końcówka. Simmoms, where are you?! Takiego twista się nie spodziewałam.
      Absorbing Man bardzo mądrze przybrał na końcu formę gumy i się odizolował, ale niech ktoś mi powie – czy to była Księżniczka Xena? Ach, dobra, znalazłam, że tak.

  • Poważnie?

    To znaczy – nie ukrywajmy, jest lepiej, niż w pierwszym sezonie, ale to wciąż jest bardzo przeciętny serial. Odnoszę wrażenie, że producenci spanikowali po krytyce tandetnego, campowego klimatu pierwszego sezonu (szczególnie pierwszej jego połowy) i tym razem przedobrzyli w drugą stronę, przez co serial utkwił w permanentnym kryzysie tożsamości. Zamiast delikatnej korekty kursu dostaliśmy paniczne szarpnięcie kierownicą w stronę „Darker and edgier”. Bezsensowny przeskok czasowy, bezsensowne wprowadzenie mnóstwa nowych postaci, z których większa część nie dożyła końca odcinka, wszechobecne whedniozmy… Oj, coś czuję, że się nie polubimy z tym drugim sezonem.

  • ten wątek z Fitz-Simmons mnie zasmucił :( jeden z fajniejszych serialowych duetów.
    Generalnie serial jest jak dla mnie świetny, wkręcił mnie z powrotem z uniwersum Marvela, pozwolił zauważyć Coulsona, którego jakoś omijałam mimo faktu, że występował w większości filmów :D

    Pierwszy sezon i jego tempo mi się podobały naprawdę, że wątki się rozplątywały w miarę szybko, a nie ciągnęły przez nie wiadomo ile sezonów jak to czasem bywa ;)

    Fajne fajne!
    Hunter jest zabawny! A osobiście jakoś za Trippletem nie przepadam – bo on zarywa do Simmons, a ona ma być z Fitzem przecież ;(