Podobno Star Wars: The Clone Wars albo się kocha, albo nienawidzi. Tak przynajmniej obiło mi się oczy podczas szukania zachęty, żeby w końcu obejrzeć. Ostatecznie stwierdziłam, że dość tego: przecież kocham świat Gwiezdnych wojen, to i na pewno pokocham Wojny Klonów. No i oczywiście miałam rację.

Zgodnie z przewidywaniami, facebookowe reakcje na ogłoszenie przeze mnie tego projektu podzieliły się na dwa obozy. Jeden zmęczonym tonem twierdził, że wcale nie potrzeba mi więcej Gwiezdnych wojen, jeśli mam je brać w takiej formie. Drugi nie ukrywał zadowolenia z dobrze podjętej decyzji, nie zapominając jednak ostrzec, żebym nastawiła się na bardziej uproszczoną fabułę niż jestem przyzwyczajona. Generalnie, głosy tego ostatniego przeważały – zdziwiłam się jednak, kiedy nie pojawił się trzeci, wpychający mnie w realia animowanych Wojen Klonów zarówno z entuzjazmem, jak i bez zastrzeżeń. Okazało się bowiem, że właśnie do takiego obozu sama bym trafiła. Nieważne, że dla młodszych, nieważne, że animowane, nieważne, że robiło z ówcześnie przyjmowanego EU co chciało. Ważne, że wciągające, bogate i nie tylko niespodziewanie dobre, ale dalej coraz i lepsze – takie okazały się mnie The Clone Wars. I dzisiaj przedstawię Wam wszystkie powody, dla których warto się nimi zainteresować.

Przygodowo-komediowy klimat

Serial – oficjalnie rozpoczynany pełnometrażowym filmem o tym samym tytule – zaczyna się na najlżejszej starwarsowej nucie jaką możecie pamiętać z filmów, a potem robi z niej napełniany helem balonik. Mniej-więcej dwa początkowe sezony to prawie niekończąca się uczta brawurowych akcji, slapstickowego humoru sytuacyjnego i dynamicznych dialogów, które wprowadzają tak luźny, tak komediowy i często tak niemądry klimat, że jeśli podczas oglądania znów poczujecie się dzieckiem, to tym lepiej dla was. Osobiście najwięcej uroku znalazłam w infantylnym zachowaniu separatystycznych droidów bojowych, których ujemna inteligencja i humor rodem z filmów o Flipie i Flapie za każdym razem wywoływały u mnie salwy niekontrolowanego śmiechu. Nie przesadzam pisząc, że w tych częstych chwilach wartkich pojedynków, pościgów, ataków czy ucieczek czułam się jak otumaniona szczęściem. Do tego stopnia, że gdy później robiło się poważniej, zaczęłam tęsknić za tą niezobowiązującą atmosferą z początków serialu. Zdecydowanie nie da się jednak powiedzieć, że akcja i humor są tu tożsame – uwierzcie mi na słowo, dobrych scen akcji, czy to z udziałem Jedi, klonów czy łowców nagród jest tu co niemiara i każdą ogląda się naprawdę świetnie.

Poważna i dojrzała atmosfera

Właśnie tak, Wojny Klonów bardzo szybko dojrzewają, stając się nieraz mroczą, nieraz na wskroś bolesną historią o przyjaźni, zdradzie, powinności, jak i oczywiście o trudach – i brudach – wieloletniej galaktycznej wojny. Przede wszystkim cień kładzie się tu jeszcze przed rozpoczęciem serialu, bo przecież wszyscy wiemy, jak kończy się ta historia, zaś patrzenie i przywiązywanie się do traktowanych po partnersku klonów ściska w gardle od samego początku i ściskać nie przestaje do samego (zwłaszcza!) końca. Żeby tego było mało, niemało miejsca zajmują w serialu wątki polityczne, takie jak zdobywanie sojuszników czy pozyskiwanie funduszy, a te z kolei pięknie podkreślają niewidoczne jeszcze dla bohaterów plany Palpatine’a. W ogóle postać Palpatine’a – z jego serdecznym usposobieniem z jednego strony i przebiegłymi manipulacjami z drugiej – zasługuje na osobne wspomnienie, bo przez cały czas aż chciałoby się krzyczeć z frustracji, że do końca serialu nie można zrobić nic, by go powstrzymać. Wiele co ciekawego dzieje się też w Zakonie Jedi – a przez „ciekawego” mam na myśli niełatwego z moralnego punktu widzenia – a nie można też zapominać o środowisku spoza Republiki, które na temat wojny ma całkiem własne zdanie. Mówiąc ogólnie, świat w The Clone Wars jest tak złożony, że nie uwierzycie, póki się nie przekonacie.

Anakin Skywalker

Pamiętacie tę krótką chwilę, kiedy Anakin był w Zemście Sithów fajny? Początek filmu i wspólna przeprawa z Obi-Wanem przez trzewia niszczyciela, żeby dostać się do hrabiego Dooku – ten moment, kiedy był totalnym chojrakiem żartobliwie kpiącym sobie ze starości swojego mistrza? Pomijając zbolałą twarz Haydena Christansena, to był przecież niezły kawałek starwarsowego kina. Musicie zatem wiedzieć, że Wojny Klonów wzięły z tego Anakina wszystko, co najlepsze, a potem uzupełniły go jeszcze o szczere poczucie odpowiedzialności za swoich, głęboką i nie pozbawioną wad miłość do Padme, silną, męską przyjaźń z Obi-Wanem oraz zestaw kilku czasem niezbyt ciekawych cech, z których można dokładnie przewidzieć, co wyjdzie. Inaczej mówiąc, to postać znacznie bardziej bogata i ciekawsza niż ten nieszczęsny jednowymiarowy nudziarz z filmów, a do tego naprawdę, krótko mówiąc, fajna. Spróbujcie oglądać sceny wojennych potyczek i nie uśmiechnąć się w reakcji na jego cwane komentarze i szalone pomysły – aż można się zdziwić, że się kiedyś Anakina nie lubiło.

Ahsoka Tano

star_wars_the_clone_wars_2008_5060_posterJeśli zetknęliście się wcześniej z jakimiś recenzjami The Clone Wars, prawie na pewno trafiliście na coś w stylu „tylko gdyby nie ta Ahsoka…”, „najbardziej irytująca postać w serialu” czy „o rany, ileż jeszcze można się męczyć z Ahsoką”. Miałam nieszczęście właśnie na takie opinie trafić, instynktownie przygotowałam się więc na wścibską, wszystkowiedzącą nastolatkę, która łokciami toruje sobie drogę na pierwszy plan i wkurza nie tylko nas, ale i bohaterów. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że wcale nie. Owszem, Ahsoka jest nastolatką, ma też gadane i lubi wypowiadać swoją opinię na głos, ale często ma też rację – tylko jest zbyt młoda i zbyt niedoświadczona, by ktoś jej słuchał. Dorastanie i rozwój Ahsoki – z zielonej idealistycznej padawanki w zahartowaną wojowniczkę, liderkę, a do tego młodą kobietę – to jedna z mocniejszych fabularnych stron serialu, którą oglądałam z prawdziwą fascynacją. Świetnie rozegrany jest tu również wątek jej szkolenia i frustracji związanych z byciem niedocenianą przez Anakina, który niby stara się ją uczyć, ale najczęściej albo ma do niej pretensje, albo celowo odsuwa od akcji. Problemy z zaufaniem ciągną się u nich do końca serialu, ale do końca przenika przez niego również głęboka przyjaźń, która – widać to później – bardzo wpłynęła na późniejsze decyzje Skywalkera. A na dodatek to chyba jedyna kobieca bohaterka w całym serialu, która zasadniczo nie wpadła w sidła „serialu dla młodych chłopców”, w których albo trzeba by ją ratować, albo jej ze wszystkim pomagać. W porównaniu z niektórymi innymi paniami, Ahsoka zalicza to duży, wyraźny plus.

Klony

Chciałoby się rzec: obviously, ale wcale nie dlatego, że klony znajdują się w tytule i jest ich pełno w serialu. Też, ale zdecydowanie nie tylko. Wszystko dlatego, że są autentyczną duszą tej opowieści, a każdy z nich to indywidualny, prawomocny człowiek obdarzony własnym charakterem, uczuciami i rozumem. Jak mogliście przeczytać np. tu, klony to nie tylko trybiki w wielkiej machinie wojny, mięso armatnie do rzucenia na pierwszy front bitwy, ale prawdziwi ludzie świadomie kładący swoje życie na szali. Jako profesjonalni żołnierze – więcej, jako żołnierze dosłownie stworzeni do walki – doskonale znają swoje miejsce w świecie, ale nie przeszkadza im to mieć na temat wojny własne zdanie (czasem pozytywne, czasem negatywne). I właśnie ta odrębność, najbardziej wyraźnie okazywana poprzez różne fryzury, tatuaże i oznakowania, czyni z klonów bohaterów, z którymi naprawdę można się związać, w efekcie czyniąc całą wojnę tym bardziej tragiczną i autentyczną. W serialu, teoretycznie, dla młodszych.

Niestandardowa fabuła

Dla osoby nie przygotowanej do wejścia w świat The Clone Wars pewną niespodzianką może okazać ciekawy i oryginalny sposób prowadzenia fabuły. Otóż myślicie, że Anakin, Ahsoka i Obi-Wan, z racji bycia głównymi bohaterami, przodują tej opowieści w każdym odcinku? Tylko się wam wydaje. Serial bez mrugnięcia okiem porzuca swoją trójkę tak często, jak często chce opowiedzieć jakąś konkretną historię, przeprowadzając nas przez tyle wątków, miejsc i problemów, że bogactwo materiału i zasięg tej wojny nabierają niesamowicie żywych barw. Mamy tu misje ewakuacyjne, humanitarne, dyplomatyczne czy szpiegowskie, starcia z łowcami nagród, kosmiczne potyczki, obronę placówek, szkolenia, treningi i sprawdziany, ucieczki, powroty, nie mówiąc o wielkich kluczowych dla losów wojny bitwach czy spotkaniach oko w oko z hrabią Dooku czy generałem Grievousem. Zdarzają się kilkuodcinkowe zamknięte fabularnie story arki – moim zdaniem najlepsza rzecz w serialu – są pojedyncze odcinki o całościowej historii lub pomniejszych bohaterach, są nawet oddalone od wojny historie o całkiem nowych postaciach, będących nowymi puzzlami w wielkiej układance Gwiezdnych wojen. Wszystko to przeplata się wzajemnie wspólnymi twarzami i wątkami, tworząc ciągłą, poskładaną z porozrzucanych kawałków całkiem spójną historię, w której dla każdego znajdzie się coś miłego.

Galeria bohaterów

No tak, a jeśli mamy mnóstwo różnorodnych wątków, to musimy też mieć mnóstwo różnorodnych bohaterów. Poza wymienioną już trójką – z której każdy ma zarówno wspólne, jak osobne wątki, and then some – w The Clone Wars występuje chyba każda starwarsowa twarz widziana w prequelach i nie tylko. Pomijając oczywistości typu Yoda, Mace Windu czy Padme – a z drugiej strony Dooku, Grievous czy Palpatine – nierzadko można spotkać senatora Organę, mistrzów Ploo Koona, Kita Fisto lub Luminarę Unduli, przewijają się także Adi Gallia, Shak Ti lub Aalya Secura; możemy poznać młodsze wersje Mon Mothmy, Tarkina i Boby Fetta, plus oczywiście mamy też niezastąpionych C-3PO i RD-D2, nierzadko w swoich własnych przygodach. Do tego dochodzą postacie pokazane dopiero w serialu, takie jak ambitna uczennica Dooku, Asaj Ventress (jedna z najlepszych tutejszych postaci), oportunistyczny przemytnik Hondo Ohnaka oraz zawzięty łowca nagród Cad Bane. Mamy też Huttów, Gunganów (tak, z Jar Jarem, ale znacznie znośniejszych niż wiadomo gdzie), Mandalorian, dathomirskie wiedźmy, polityków, dyplomatów, szumowiny, droidy – słowem tyle najróżniejszych postaci o najróżniejszych ambicjach, że za pierwszym obejrzeniem nawet nie ogarniecie.

Space marines

Mówiłam już o klonach jako postaciach indywidualnych, ale warto dodać jeszcze, co z tego wynika. W pierwszym momencie pewnie byście nie pomyśleli, ale z The Clone Wars wyszedł bowiem całkiem fajny kawałek space marines, gdzie oprócz efektowych bitew w pancernych zbrojach i wielkich bojowych łazikach, mamy jeszcze przyjacielsko docinających sobie żołnierzy – w trakcie bitew, jak i po – żołnierską obowiązkowość i zaangażowanie w sprawę oraz niemałą ilość świadomych poświęceń. Ponieważ to wojna, dzieją się na niej straszne rzeczy: giną przyjaciele, odnajdują się wrogowie, jest żal, ból i przygnębienie, ale jest tak prawdziwa brać, która na dobre i na złe trzyma się razem. Przeplatające się emocje radości i straty przenikają wręcz poza ekran – nie wiem jak Wy, ale mnie bodła każda scena śmierci nawet nie nazwanego klona. Ta historia jest tak samo opowieścią o szeregowych żołnierzach (poświęcono im kilka odrębnych odcinków, plus chyba najlepszy i najbardziej dojrzały story arc w całym serialu), jak i historią Jedi, Anakina czy upadu Republiki.

Bogactwo gatunkowe

Omówiwszy bohaterów, klimaty i mnogość wątków fabularnych, The Clone Wars szalenie pozytywnie zaskoczyły mnie również jednym: przybliżeniem nam ogromnego potencjału kryjącego się w tym universum poprzez niesamowite bogactwo gatunkowe. Wiadomo, mamy wojnę, jest więc mnóstwo akcji, sporo komedii i naturalnie gigantyczna dawka sci-fi. Ale co powiecie na odcinek detektywistyczny? Albo klasyczny western? Odrobinę horroru? Albo – no nie wiem – starwarsowe ujęcie na Godzillę? Producenci serialu sami przyznawali, że bardzo lubili bawić się gatunkami filmowymi w serialu i widać ewidentnie, że mieli pomysł i postarali się o wykonanie. Bardzo mnie to zaskakiwało i bardzo cieszyło, bo sama uwielbiam poszerzać moje ulubione światy o tematykę na pierwszy rzut oka w nich niewidoczną. Zresztą, odcinek o Godzilli co chwila wymieniany jest w jakiś rankingach top 10, so there.

Nawiązania

Last but not least, a w zasadzie specjalne zostawione na koniec – jakże te Wojny Klonów kipią od wszelakich nawiązań do filmów! Począwszy od standardowego „I have a bad feeling about this„, przez bezpośrednie cytaty z klasycznej trylogii, po rozkoszne foreshadowingi – nie mówiąc o znanych twarzach, o których już wspomniałam – cały serial jest przesiąknięty starą dobrą atmosferą znaną od ponad trzydziestu lat. Znaczy, mogłam się tego spodziewać – ale nie w aż tak cudownej ilości! Praktycznie w każdym odcinku jest jakieś mrugnięcie okiem dla wieloletniego miłośnika, więc animacja czy nie, widać, że stworzyli ją ludzie z pasją – i chociażby za to należy się The Clone Wars szansa.

Bonus: Voice acting

A na dodatek, jeśli jesteście takimi miłośnikami voice actingu jak ja, czeka Was tu prawdziwa gratka. Już w głównej obsadzie znajdują się tacy weterani jak James Arnold Taylor (Obi-Wan Kenobi) i Dee Bradley Baker (klony), towarzyszą im z kolei aktorzy ekranowy, m.in. Matt Lanter jako Anakin i Ashley Eckstein jako Ahsoka – i oboje wypadają świetnie. Dalej: Ian Abercrombie w pewnym momencie wymienił się z Timem Currym rolą Palpatine’a, a w rolach drugoplanowych jest np. Catherine Taber jako Amidala (którą niektórzy z Was mogą kojarzyć jako Mission Vao z pierwszego KOTOR-a), Gideon Emery, Clancy Brown czy Jennifer Hale (!). Są również jedyni i niepowtarzalni Anthony Daniels oraz Ahmed Best. Jakby tego było mało, mamy jeszcze role gościnne, a w nich chociażby Jon Favreau, Seth Green, Mark Hamill, Jaime King, James Marsters, Simon Pegg, Ron Perlman, Greg Proops, Katee Sackhoff, George Takei czy np. David Tennant. Z takimi nazwiskami oglądałabym nawet, jakby to nie były Gwiezdne wojny.

No dobra, oto 11 powodów oglądania. Ale czy to oznacza, że The Clone Wars mają same zalety? Chciałabym, ale nie. Dużo ludzi narzeka np. na animację, która owszem, w pierwszych sezonach jest nieco kanciasta i trzeba się do niej przyzwyczaić, ale w momencie złapania bakcyla przestaje zupełnie przeszkadzać – tym bardziej, że później autentycznie się poprawia. Inni wytykają serialowi infantylność i uproszczenie fabuły, ale tu zgodzę się tylko połowicznie – są odcinki wyraźnie przeznaczone dla młodszych, ale z drugiej strony jest też masa odcinków napisanych dla zupełnie innej widowni. Wspomniałam o śmierciach, poświęceniach, wiszącej nad bohaterami zagładzie? No właśnie.

Jednak najwięcej Wojnom Klonów obrywa się za poszerzenie świata gdzieniegdzie zupełnie sprzeczne z tym, co przez lata wyobrażali sobie miłośnicy Expanded Universe. Widać to zwłaszcza na przypadku Mandalorian, co powinni wyłapać nawet tacy laicy gwiezdnowojennej historii jak ja. Z przynajmniej jedną inną planetą stało się coś podobnego, podobnie z przynajmniej jednym lubianym bohaterem. Na szczęście dla mnie, z tego samych samych braków mogłam oglądać serial całkiem bezstresowo, bo wielu innych przypadków zwyczajnie nie potrafiłabym wyłapać (oczywiście poza tymi, które już pozmieniano w trylogii prequeli). Krótko mówiąc: jeśli potraficie podejść do serialu z dystansem i wybaczyć prequelom bycie prequelami, powinniście umieć rozgościć się w świecie przedstawionym jak w domu. Chyba, że nie – jak wspomniałam, albo się kocha, albo nienawidzi.

A zatem słowo na koniec: oglądać? Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, pewnie, że oglądać!

  • agrafek

    Z Wojnami Klonów jest ten kłopot, że zaczynają się jako serial dla młodzieży (widać to m.in. po większym udziale Jar-Jara w pierwszych sezonach) a kończą jako mroczny i krwawy thiller. Ostatni sezon zaliczam do najlepszych rzeczy, jakie przytrafiły się światu Gwiezdnych Wojen w ogóle (ale warto zauważyć, że dwa ostatnie sezony pisali zupełnie inni scenarzyści niż pierwsze). Nie zmienia to faktu, że gdy kolega, który ten serial puszczał synowi spytał, czy małolat powinien ostatnie sezony oglądać, musiałem odpowiedzieć, że powinien z nimi jeszcze troszkę poczekać.

    Ja ten serial bardzo lubię (ale najbardziej za późniejsze sezony). Jeśli ktoś przerwał na początku zirytowany pociesznością i Jar Jarem, powinien koniecznie zobaczyć całość choćby dla ostatniej mini serii o pielgrzymce Yody. Bo zakończono serial arcywyśmienicie.

  • Na początku oglądałam to trochę jako „100 sposobów w jaki mógł zginąć Anakin, ale niestety się nie udało”, ale potem mnie wciągnął. Nagle okazało się, że te wszystkie papierowe laleczki z filmów mają osobowość, co więcej są bardzo fajne. No i klony! Zawsze im kibicuję.

    Jeśli na coś narzekam, to tylko na straszliwą niekompetencję Jedi, których zdolności bojowe bardzo zależą od Imperatywu Narracyjnego.