Związki w serialach to niezwykle kruche istoty. Mogą zaczynać się przez dobrych kilka sezonów, drażniąc się z widzami tradycyjnym „will they/won’t they”, by potem gwałtownie zakończyć się w przeciągu następnych odcinków. Albo gorzej – przeciągać się w nieskończoność aż wszystkim przestanie zależeć. Czemu się nie udają i co zrobić, żeby im jednak wychodziło? Dzisiaj kilka dobrych porad.

Ten tekst powstaje ze strachu. Otóż kilka serialowych – jeszcze nie, ale już prawie – par zbliża się do momentu, w którym ich znajomość może przerodzić się w Coś Więcej. I niech się wyrwie: wreszcie. Mówię tu szczególnie o Reginie i Robin Hoodzie z Once Upon a Time, których gorąco chciałam widzieć razem jeszcze zanim mogliśmy zobaczyć jarzące się pomiędzy nimi iskry (no i ten pocałunek!). Żarliwie kibicuję też drugiej bajkowej dwójce – tak zwanym Captain Swan – choć akurat tutaj sprawa jest nieco mniej oczywista. Powoli zaczynam też wyobrażać sobie moją ulubioną parę w The Originals, ale tutaj właśnie zaczynają się schody – bo wiem, że zwłaszcza na The CW związki nie trwają długo. Ciągłe napięcie, dramaty i miłosne turbulencje są ponoć znacznie bardziej atrakcyjne (a.k.a bezpieczne) niż zwykły, „szary” związek, którego scenarzyści często i jakby panicznie się boją – efekt tzw. klątwy Moonlighting (Na wariackich papierach), gdzie zejście się pary bohaterów zaprowadziło niegdyś dobry i popularny serial do grobu. Od czasu do czasu pojawiają się jednak produkcje, które śmiało przełamują tę klątwę, udowadniając, że stały związek może być tak samo fun jak wyłożona przeszkodami ścieżka do niego. Nie wniknę jednak ani w Castle, ani w Bones, którym ponoć świetnie idzie, ale za to – paradoksalnie – w zawsze świeży, zawsze ciekawy i zawsze żywy związek od stacji The CW.

Nikita i Michael, kuloodporna para agentów z reimaginowanej wersji serialu, to mój przykładowy serialowy związek i przy okazji wisienka na torcie i tak cudownego tytułu. Być może to lekki spoiler – na który i tak jest już za późno – ale jeśli tylko obejrzycie choć pierwszy odcinek, i tak stanie się dla Was oczywiste, że ta dwójka do siebie należy. Gdy zeszli się jeszcze przed końcem 1. sezonu, kipiałam ze szczęścia – tylko po to, by zaraz potem zamartwiać się, jak tym razem scenarzyści zepsują bohaterom szczęście. Ku mojemu największemu zdumieniu, okazało się, że nie z Nikitą takie numery. Owszem, związek przechodził swoje wzloty i upadki, było sporo łez, zmartwień i niepewności, ale koniec końców miłość, jaka ich połączyła, do końca pozostała jedną z podstawowych stałych w serialu. Na jej zacnym przykładzie przygotowałam więc kilka cennych porad dla głuchych na moją opinię amerykańskich scenarzystów, tak, żeby nie spieprzyli pięknie zapowiadających się związków w Once Upon a Time i innych serialach:

1. Nie rezygnować z miłości

Wszyscy wiemy, że dreszczyk emocji towarzyszący flirtom, nieśmiałym spojrzeniom, niejednoznacznym gestom, każdej najmniejszej wskazówce, że coś, choćby najmniejszego, się dzieje, potrafi wywołać w widzu niepowtarzalny głód napięcia i przykleić go do serialu na długie tygodnie. Przy właściwych bohaterach, obserwowanie ich rozkwitającego uczucia potrafi nawet przeważyć szalę oceny serialu. Jednak po zejściu się pary, scenarzyści często wydają się spoczywać na laurach, zapominając, co właściwie połączyło bohaterów. Tymczasem wkroczenie w stały, zdrowy związek nie oznacza przecież, że ekscytacja towarzysząca flirtom, spojrzeniom i gestom musi zniknąć – wciąż jest w nim miejsce na romantyzm. Chciałabym zatem oglądać, jak bohaterowie się o siebie troszczą, jak ze sobą rozmawiają, jak ramię w ramię rozwiązują wspólne problemy i jak bardzo wzajemnie się wspierają. Przy odrobinie wysiłku można pokazać, że rozkwit związku może być tak samo fascynujący jak rozkwit uczucia, a kibicowanie bohaterom stanie jeszcze silniejsze.

2. Pokazywać, że związek jest fun

To chyba najtrudniejsza rzecz w tym karkołomnym zadaniu, dlatego rozprawię z nią szybko. Kiedy bohaterowie już wkraczają w ten stały, wypełniony miłością i romantycznością wiązek, wszystko pięknie – tylko żeby nie przesadzić. W dużym stopniu zależy to oczywiście od charakterów postaci i natury serialu, ale jeśli w związku nie dzieje się nic – pomijając oczywiste dramaty – to oglądanie ekranowej pary szybko staje się nudne. Ale codzienność w związku wcale nie musi być nudna. Żarty, droczenia się, niespodzianki, zaskoczenia czy nawet lekka żartobliwa „power play” dodają związkowi pieprzu, nie tylko nie pozwalając mu wpaść w rutynę, ale nadając mu żywych, autentycznych barw. Widok bohaterów świetnie bawiących się w swoim towarzystwie jest o niebo ciekawszy niż dziesiątki cierpień i niepewności, które tworzą z nich emocjonalne wraki.

3. Nie przesadzać z dramatami

No właśnie, cierpienia. Ile razy mieliśmy do czynienia ze zdradami, byłymi kochankami, nowymi konkurentami, tajemnicami z przeszłości, niespodziewanymi ciążami, ukrywaniem prawdy i tak dalej, i tym podobne. Najczęściej można już z góry przewidzieć, co daną parę bohaterów spotka, co bynajmniej nie jest tak zabawne, jakby się wydawało. Piętrzenie przed parą problemów, rozdzielanie ich na poziomie dziennym a potem ponowne schodzenie to jakaś karuzela wydumanych wyobrażeń o pokonywaniu trudności i umacnianiu relacji (a koncept rozbijania związku zaraz po zejściu to już jakaś osobna kategoria). Bo co taki związek udowadnia? Że nie ma w nim miejsca na harmonię, a co za tym idzie – na przyszłość. Nic tak nie wkurza jak wodzenie widza za nos.

4. Doceniać swoich bohaterów

Z wszystkich zasobów podręcznikowego spieprzania serialowych związków, ten wkurza mnie chyba najbardziej: bo jak tu się nie wkurzyć, kiedy bardzo często wystarczy jeden problem – np. jedno spojrzenie na inną osobę – by dla bohatera związku znalazł się powód do zerwania. Nie, że para sobie ufa, nie, że ze sobą rozmawia, nie, że połączyła ich miłość zamiast jakiegoś umownego kontraktu – od razu dochodzi się do pochopnym wniosków i cały sens wejścia w związek można wyrzucić w błoto. Kompletny brak szacunku, zaufania i zwykłej ludzkiej chęci, by utworzony związek miał przetrwać, w żaden sposób nie świadczy o bohaterach dobrze. Co jak co, ale żadnej ulubionej postaci nie życzyłabym partnera, który nie umie docenić tego, co ma.

5. Nie używać związku jako plot device

Najbardziej w serialowych związkach jednak nie cierpię, kiedy dla scenarzystów jest on tylko pretekstem albo do nauczenia bohatera ciężkiej życiowej lekcji, albo, kiedy służy tylko do popchnięcia fabuły do przodu. Jesteśmy wtedy wmanewrowywani w wierzenie w jedno, kiedy tak naprawdę okazuje się zupełnie nie pasujące do naszych wyobrażeń drugie. Rozumiem pomyłki, scenarzystom – nawet tym z dobrymi chęciami – coś mogło pomylić się w obliczeniach, wtedy dobrze byłoby wyjść z sytuacji z twarzą. Ale gdy to zaplanowane działanie, albo gorzej – w ogóle nie zaplanowane, będące tylko zagraniem pod akurat wiejący wiatr, to ja się nie zgadzam. Nie po po kibicuję swojej parze, żeby potem usłyszeć „sorry, taki mamy scenariusz”.

A na deser dodam, że jeszcze jednym najbardziej znienawidzonym z najbardziej znienawidzonych motywów jest niesławne „każdy z każdym”, ale do tego trzeba już odpowiednio abstrakcyjnego serialu…

A jakie Wy macie rady do amerykańskich scenarzystów seriali telewizyjnych?

  • Akedeia

    Ja może dodam jeszcze jeden, w sumie wkomponowujący się chyba w Twoje przemyślania: nie lubię wydumanych problemów, np. ona widziała jego z inną kobietą, więc od razu zakłada, że ją zdradza, a rozwiązaniem całego problemu jest zdjęcie iluzji z jej oczu (w wersji odwrotnej też występuje, żeby nie było). No właśnie, tak jakby wszystkie konflikty były tylko iluzją, którą da się rozwiać szczerą rozmową. A nie ma sytuacji, kiedy np. niektóre pomniejsze zachowania zaczynają denerwować tego drugiego, kiedy w związek wkrada się nuda, kiedy po prostu trzeba popracować nad sobą albo pójść na kompromis. Kiedy widać, że związek jest żywy, a postacie nie są papierowe.
    Po części to właśnie lubiłam w Veronice – miałam duże wrażenie, że Logan i Veronica muszą (w sensie robili to) powoli wypracować swój rytm i dotrzeć do siebie, przejść przez tę próbę charakterów, zanim będą mogli stworzyć coś naprawdę stabilnego. To było fajne :)

  • Mi chyba najbardziej przeszkadza piętrzenie problemów przed bohaterami. Jak tylko widzę na horyzoncie byłą żonę albo byłego chłopaka jednego z bohaterów, zaczynam zgrzytać zębami i myśleć „nie, znowu…”. Pod tym względem bardzo zaskoczył mnie Castle. Już zaczęłam zgrzytać, a tu zaskoczenie, nie będzie wątku tej złej byłej żony, która przypomina sobie o swojej niewygasłej miłości tuż po zejściu się bohaterów.

  • Napisz jeszcze notkę o tym jak nie spieprzyć związku w grze video ;-). Nie jestem specem od serialów, więc nie będę wymyślał żadnych solucji. W serialowych związkach podoba mi się połączenie zwykłości z niezwykłością w rozsądnych proporcjach – lubiłem np. związek Rity z Dexterem. BTW, fajna notka ^_~.

  • rob

    reasumując powinni jak ognia unikać chwytów z soap opery typu Moda na Sukces gdzie wszyscy ze wszystkimi w związki wchodzą przy obowiązkowych amnezjach uznawaniu za zmarłych którzy 5 odcinków dalej takimi nie są itd itd