Ja też chcę być stewardessą!

pan-am-f

A w zasadzie kiedyś naprawdę chciałam. Szukałam szkół i wypytywałam linie lotnicze o kursy, ale niestety musiałam zmierzyć z brutalną prawdą – i tak nie spełniałabym wymagań (zdrowotnych, wiekowych, „wyglądowych” – za niski wzrost). Mimo wszystko marzenie pozostało. Pozostała także fascynacja podniebnymi podróżami, poznawaniem świata i tworzeniem miłej, uprzejmej atmosfery na pokładzie samolotu. Nic więc dziwnego, że gdy tylko  dowiedziałam się o szykowanym na ten sezon serialu o stewardessach byłam wniebowzięta. Do tego Christina Ricci w jednej z głównych ról, magia lat 60′ w USA i słodka, kompletnie luźna konwencja – i już wiedziałam, że ten serial nie może mi się nie spodobać. Od tej pory wyemitowano cztery odcinki i czuję się jak na głodzie. Więcej!

Niestety, od czasu premiery pojawia się coraz więcej niepokojących informacji. Spadki oglądalności, głosy krytyki, niepewna przyszłość podkreślana przy każdej możliwej okazji, etc. etc. Wszystko to nie tylko mnie martwi, ale i lekko irytuje. W ciągu czterech odcinków zdołałam przywiązać się do bohaterek i ich historii, a przede wszystkim czerpać czystą przyjemność z prostej, niczym nie wymuszonej rozrywki. Pan Am doskonale trafia w moje upodobania dokładnie z tych powodów, które przez innych traktowane jako są wady – bo jest to serial prosty, lekki, luźny, kolorowy i kompletnie oderwany od rzeczywistości. Wiadomo, że nie miał skupiać się na historycznej prawdzie, zadawaniu ciężkich pytań i odzieraniu mitów z ich fałszywości. Nie spodziewałam się niczego się takiego – wręcz było to dla mnie oczywiste. Opowiada za to o codziennych perypetiach, zauroczeniach, przygodach, pokonywaniu mniej lub bardziej zwykłych problemów. Nie ma skomplikowanego wnętrza, żadnych ukrytych daleko pod powierzchnią sekretów, za to jest uroczy i wcale nie udaje, że jego celem jest zmuszenie widza do myślenia. I ja się pytam: czy to źle?

Pytanie powyżej jest retoryczne, bo można na nie odpowiedzieć na milion sposobów. Oglądam jednak wiele seriali, które równie dobrze mogę sklasyfikować jako proste i nieskomplikowane. Dla przykładu Castle, luźny kryminał z zacięciem komediowym, który niemal odcinek w odcinek podąża dokładnie tym samym schematem. Są momenty, kiedy kolejne śledztwo i ciągły brak jakiegokolwiek rozwoju pomiędzy bohaterami zwyczajnie mnie denerwują. Ale nie wyłączam, co tydzień oglądam dalej, bo czuję sympatię zarówno do postaci, jak i konwencji – ot, serial dla odprężenia się. Moje ukochane Rookie Blue – opowieść o policyjnych żółtodziobach, relacjach pomiędzy nimi, związkach, problemach, też nie jest specjalnie odkrywcze. Nie oferuje wiele więcej poza trzymającą w napięciu akcją i jeszcze bardziej napiętymi powiązaniami pomiędzy postaciami – które uwielbiam oglądać. Hawaii Five-0, typowy procedural, tyle że świetnie zrealizowany i pompujący adrenalinę prawie każdą sceną akcji. Ale czy ma za sobą jakąś głębię? Nie bardzo. Fairly Legal – radosna, prawniczopodobna śmiesznostka z niezwykle irytującą bohaterką. Ale śmiesznostka, bądź co bądź, odprężająca. W moich oczach Pan Am różni się od nich tylko tym, że akcja dzieje się na pokładzie samolotu, bohaterki podróżują po świecie, wplątują się w działania szpiegowskie i przeżywają śmieszne perypetie. Aha – no i gdzieś w tle zmagają się z seksizmem, uprzedzeniami i wymogami. I nie zapominajmy o wątkach uczuciowych. Przypuszczam, że miłosne możliwości, które zarysowały się w trakcie dotychczasowych czterech odcinków spodobają się niejednej romantycznej duszy.

Przyznam się jednak, że owszem, widzę czasem dziury w scenariuszu i niewykorzystany potencjał tam, gdzie mógł świetnie nadać się do podgrzania atmosfery. Widzę, że niektóre postacie są słabo zarysowane i w zasadzie niczemu na razie nie służą. Przeszkadza mi trochę, że odcinki potrafią skupiać się na jednych bohaterach, a inne zaniedbywać do poziomu kilku krótko-sekundowych ujęć. Wyłapuję naiwność w kreowaniu wątku Kate, która przez swoje niezdarne działania i bezmyślną samowolę powinna zostać od razu uziemiona. Czuję, że klimat lat ’60 i przede wszystkim kwestia dyskryminacji kobiet powinny być bardziej rozbudowane. Ale potem zadaję sobie pytanie: czy mi to przeszkadza? – i wiem, że nie. Czerpię radość z oglądania tam, gdzie – pomimo innych braków – ją widzę. I to mi w zupełności wystarcza.

Żałuję, że dzisiejsze podejście do seriali druzgocze wszystko, co nie wyróżnia się kolejnym detektywem z kolejną niezwykłą umiejętnością (czy to błyskotliwym pisarzem, doskonałym zmysłem obserwacji czy zdolnością do zapamiętywania wszystkiego) bądź nastolatkiem/nastolatką w nadzwyczajnych okolicznościach. Grupy przyjaciół/lekarzy/pracowników rozwiązujących codziennie sprawy i gmatwających swoje życie osobiste do potęgi n-tej też świetnie sobie radzą. Najwyraźniej takie gmatwanie sobie życia widzom się podoba. Zastanawiające. Jednak najgorsze, czego żałuję, to tendencja do kasowania serialu zaledwie po kilku odcinkach. Dla dobra Pan Am mam nadzieję, że kolejne odcinki rozwiną mu skrzydła – zgodnie z oczekiwaniami osób, które wciąż oczekują ich spełnienia – bo zwyczajnie nie chciałabym poprzestać na jednym krótkim sezonie. Tymczasem mam zamiar delektować się nowymi odcinkami i mile spędzać swoje poniedziałkowe popołudnia.