Hobbit: Niezwykła podróż: Przed tobą droga

hobbit-f

Po obejrzeniu pierwszej części Hobbita nie mam wątpliwości co do dwóch rzeczy: to przepiękny i zachwycający oko film, który samym zabraniem nas na powrót do magicznego Śródziemia zasługuje na wszelkie laurki – ale zarazem ujawnia, że rozbicie króciutkiej powieści Tolkiena na trzy części może okazać się dobrym posunięciem dopiero w kompletnym zestawie.

Powiem szczerze, że na Hobbita nie byłam jakoś straszliwie i szczególnie nastawiona – w każdym razie nie zasadzie pisków, wrzasków i nerwowego zacierania rączek. Byłam za to ogromnie ciekawa, w jaki sposób uda się Jacksonowi powtórzenie tej samej sztuki  po dziesięciu latach od zamknięcia swojej flagowej trylogii. Wszelakie krążące po necie materiały, dzienniki i klipy z planu filmowego omijałam szerokim łukiem, i obejrzałam tylko jeden prześwietny wywiad z Martinem Freemanem. Nawet bilet do kina zarezerwowałam dopiero na kilka dni przed pierwszymi pokazami. To wszystko – te, nazwijmy to, wyciszone oczekiwania – świetnie się jednak na seansie sprawdziły. Nie musiałam myśleć o tym, co ktoś gdzieś przy jakiejś okazji powiedział, za to mogłam spokojnie zastanowić się nad filmem samym w sobie. Standardowo, wyszło mi to na dobre, bo trochę mi się tych myśli nazbierało. Uwaga na drobne spoilery.

Oczywiście, w chwili premiery w Polsce po necie zakrążyły już zagraniczne recenzje, z których jasno wynikało, że coś mimo wszystko jest z tym Hobbitem nie tak. Nigdy do końca nie doczytałam, co dokładnie, ale powtarzającym się stwierdzeniem było, że film się dłuży. Zawsze wolę o takich rzeczach przekonać się sama, ale w zasadzie nie minęła połowa filmu, a już musiałam w geście zrozumienia kiwnąć zagranicznym recenzentom głową. Hobbit: Niezwykła podróż JEST filmem zbyt długim – co w kontekście wstępu do trylogii wcale mu niestety nie pomaga, bo nie nadaje jej odpowiedniego tempa.

Bilbo błyszczy od początku do końca.
Bilbo błyszczy od początku do końca.

Na początek wypada powiedzieć, że Niezwykła podróż sprawia ogromną niespodziankę miłośnikom Władcy Pierścieni – przynajmniej tym, którzy celowo omijali materiały promocyjne i pamiętają pierwszy rozdział Drużyny Pierścienia – zaczynając się blisko przygotowań do przyjęcia świętującego 111-ste urodziny Bilba. To przesłodki akcent, który skradł mi serce i zdobył sobie moją sympatię na dobre i na złe. Późniejszy rozwój wypadków w miarę dokładnie trzyma się pierwowzoru – z krasnoludami zbierającymi się w hobbiciej norze, wyruszeniem na wyprawę i pierwszymi przygodami na drodze – ale pomiędzy te wydarzenia wplecione zostały dodatki. I właśnie w tych dodatkach pies pogrzebany, bo właśnie one pokazują, jaką dokładnie produkcją będzie cała trylogia o Bilbo Bagginsie: nie tylko ekranizacją powieści Tolkiena, ale pełnoprawnym prequelem do filmowego Władcy Pierścieni. Pomiędzy prostą przygodę jednego hobbita w gromadce trzynastu krasnoludów wpleciony został motyw dawno pogrzebanego zła, które budzi się powoli w ciemnościach, chcąc okryć cieniem prosperujące w pokoju Śródziemie. Naturę tego zła nietrudno odgadnąć, ale choć jest to oczywiście przejrzysty łącznik pomiędzy dwiema trylogiami, okazuje się on problematyczny w momencie, w którym zaważa na tonie całego filmu.

Powieściowy Hobbit, jak wiemy, jest tytułem dosyć lekkim, zabawnym i nieskomplikowanym – taki jego urok, skoro był kierowany głównie do młodszych czytelników. Tymczasem Niezwykła podróż usiłuje połączyć ten lekki ton z dojrzałym, mrocznym sekretem ważącym na losie Śródziemia, przez co film przeskakuje z jednej konwencji w drugą i ciężko stwierdzić, czy oglądamy wielką przygodę małego hobbita, czy epickie starcie z siłami zła (początki epickiego starcia z siłami zła, ok). Wszystko byłoby jeszcze w jak najlepszym porządku, gdyby granica pomiędzy tymi motywami była subtelniej zatarta – tymczasem są one wyczuwalnie odmienne i przy częstszych zmianach perspektywy wyraźnie do siebie nie pasują (co widać i w scenariuszu, i miejscami nawet w montażu). Brak synchronizacji pomiędzy jednym i drugim klimatem dosyć mnie rozstrajał i do końca filmu nie wiedziałam, co to właściwie za rzecz: barwna, niezobowiązująca komedia przygodowa, dramat historyczno-psychologiczny, czy epicki film kostiumowy. Ostatecznie uznałam, że najbezpieczniej będzie powiedzieć „fantasy”, bo z moich wstępnych oczekiwań tylko to jedno zostało w stu procentach usatysfakcjonowane.

Środziemie jest absolutnie zachwycające.
Środziemie jest absolutnie zachwycające.

Wobec powyższego wspomniane dłużyzny nabierają dla mnie nieco innego znaczenia. Tam, gdzie natknęłam się na uwagi, że pierwsza połowa filmu się ciągnie, a potem już jest lepiej, ja widzę raczej wtrącenie niepotrzebnych wątków, by nadać całemu filmowi głębszego znaczenia. To, moim zdaniem, zabieg szlachetny, ale nie do końca udany, bo nie takiego Hobbita pamiętam i nie takiego chciałam obejrzeć. Hobbit to naprawdę zabawna, prosta historyjka, która tą prostotą się broni i którą żyje. Tymczasem Niezwykła podróż się rozmywa, bo za wszelką cenę prosta być nie chce. Choć materiał na jej wzbogacenie jest, choć nadanie jej kształtu prawdziwego preludium do późniejszej Wojny o Pierścień to działanie uzasadnione, film jest za długi, bo wydłużają go niekoniecznie niezbędne wątki. Peter Jackson postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i mam jednak wrażenie, że nieco się na tym sparzył. Wszystko może się jeszcze obrócić na jego korzyść, bo to w końcu dopiero jeden film z trzech i nie wiadomo, jak prezentować będzie się całość, ale rozczarowaniem na starcie nie robi niestety aż tak dobrego wrażenia. Pierwsza część Hobbita powinna nas porwać bezdyskusyjnie – a jednak wzbudza wątpliwości. Gdyby od początku do końca trzymała się jednej konwencji – tej, w której jest bezapelacyjnie najlepsza, czyli przygodzie Bilba i krasnoludów – byłby to film zdecydowanie płynniejszy.

Inna rzecz, jaka mnie w Niezwykłej podróży stosunkowo zastanawiała, to pewien brak wyważenia w prowadzeniu fabuły. Pocięcie książkowego oryginału na trzy części sprawiło, że o ile początek i środek filmu grają w pewnej harmonii, tak moment kulminacyjny dosyć ciężko rozpoznać. Trudno było mi przewidzieć, gdzie zakończy się ta część historii, co jest tu finałem i czy już mam zaciskać zęby i tęsknić do kolejnego filmu. Nie pamiętam książkowego Hobbita aż tak dobrze, żeby znać przebieg wszystkich wydarzeń, ale to nawet nie w tym rzecz – od filmu oczekuję pewnej konsekwencji w przedstawianiu wydarzeń, a w Niezwykłej podróży musiałam chwilami przyjąć tę konsekwencję na dobre słowo. Na wyróżnienie zasługuje tu np. motyw Radagasta Burego, do którego akcja przeskakuje w zasadzie bez zupełnego ostrzeżenia. Podobały mi się sceny z osobliwym czarodziejem – nie mogę powiedzieć, że nie – ale wrażenie wtrącenia bez ładu i składu pozostało.

Majestat wcielony.
Majestat wcielony.

Zatem gdy już zrzuciłam, co mi leżało na wątrobie – i zanim wyjdzie na to, że pierwsza część Hobbita mi się nie podobała – przechodzę do rzeczy, za które mogę ją bez skrępowania chwalić. Po pierwsze, wspomniany powrót do Śródziemia to wspaniały prezent dla miłośników tolkienowskiej sagi, bo mało co tak cieszy przy tych filmach oczy, jak przepiękne, dzikie krajobrazy Nowej Zelandii. Nie wiem, czy widziałam w życiu coś bardziej zielonego niż trawa w Shire, bardziej majestatycznego niż baśniowe Rivendell, czy bardziej urokliwego niż przepełniona drobiazgami nora Bilba. Zdarzały mi się podczas seansu chwile, kiedy tak mocno podziwiałam scenerie i rekwizyty, że gubiłam twarze i dialogi. To samo zresztą z kostiumami – dbałość o detale była oszałamiająca i nawet nie będę ukrywać, że bardziej niż samych krasnoludów podziwiałam ich imponujące odzienie (tyczy się to zwłaszcza Thorina, który ogromem swojego dostojeństwa po prostu zwalił mnie z nóg). Odwzorowanie tego nieziemskiego świata to bez dwóch zdań jeden z sukcesów Jacksona, którego żadne niepowodzenia mniejsze i większe mu nie odbiorą – a wchłanianie jego wizji wszystkimi zmysłami to prawdziwa, niezaprzeczalna uczta.

Druga rzecz to oczywiście bohaterowie. Ian McKellen w roli Gandalfa rozumie się sam przez się, ale to było wiadome na długo przed premierą. Ja tymczasem chciałam zostawić Martina Freemana na koniec, jako „last but not least”, ale nie jestem w stanie powstrzymać się przed słowami pochwały najszybciej jak się da. Na pewno już słyszeliście bądź czytaliście, że Bilbo Martina Freemana to taki zwykły, szary człowiek, którego każdy z nas może spotkać na co dzień. Zdecydowanie tak – choć ja dopiero w połowie filmu zrozumiałam, jak genialnie w swojej prostocie jest ten Bilbo zagrany. Nie ma tu żadnych fajerwerków, żadnego przesadnego studiowania, żadnej wyszukanej maniery – za to Bilbo po prostu jest. Jest prostym, zwykłym człowieczkiem, który niczego na świecie nie pragnie bardziej jak żyć do końca swoich dni bez zmartwień i kłopotów, i tyle. I to w zupełności wystarcza. Freeman oczywiście nie jest mi obcy, jego rola w Sherlocku zachwyca mnie nie mniej niż Benedicta Cumberbatcha, ale pomimo pozornych podobieństw pomiędzy Bilbem a Watsonem dokładnie widać różnice w odgrywaniu. Freemanowi poświęcałam nawet szczególną uwagę w scenach, które Bilba miały tylko w tle – po to, żeby zobaczyć jak zachowuje się jego bohater „naturalnie” – i muszę powiedzieć, że naprawdę mi zaimponował. Prostą rólkę zagrał z lekkością, wdziękiem i bez przekombinowania, i ja to kupuję bez mrugnięcia okiem.

Kostiumy. Co tam, że krasnolud.
Kostiumy. Co tam, że krasnolud.

Z krasnoludami jest jednak pewien problem. Przeniesienie na ekran trzynastu postaci odmiennych wyglądem i charakterem to jedno, ale czymś zupełnie innym jest zapewnienie każdej z osobna należącego się jej na tym ekranie czasu. Tymczasem z całej kompanii Thorina, włącznie z Thorinem, wyróżnia się tylko pięć, maksymalnie sześć krasnoludów – pozostałym nawet trudno w trakcie seansu przypasować imię do twarzy (niestety nie zapamiętywałam ich z plakatów). W efekcie świetnie sprawdzają się w grupie – bo i w grupie widać ich najczęściej – ale rozłam jest na tyle duży, że dużą część z nich można zobaczyć w kadrze po dwa, trzy razy na cały film. Najwięcej czasu poświecono, rzecz jasna, Thorinowi, i nie bez powodu, bo historia dumnego, pokonanego księcia to jeden z najlepszych motywów tej długiej i niezwykłej podróży. Ogromna w tym zasługa Richarda Armitage, którego ostra, surowa gra dodaje tej postaci wewnętrznego ognia. Skłamię, jeśli powiem, że nie jestem pod wielkim wrażeniem całej tej postaci – i jej wizerunku, i wykonania. Skłamię też, jeśli stwierdzę, że nie jest to dla mnie najprzystojniejsza i najbardziej męska postać z wszystkich filmów, jakie widziałam w tym roku. No a jak mogę skłamać? Niemniej szkoda, że prezentacja całej gromadki jest tak nierówna, bo połowa obsady po prostu się marnowała.

A jako wisienka na torcie zostaje oczywiście Gollum, bo już, kiedy wydaje się, że Andy Serkis nie może być lepszy, dostajemy dowód na to, jak bardzo możemy się mylić. Gollum pojawia się w Niezwykłej podróży w wiadomym wymiarze, a te kilkanaście minut w jego towarzystwie to bez dwóch zdań najlepsza część całego filmu. Fakt, że poznajemy go od zupełnie innej strony niż jego zdradziecka wersja z przyszłości dodaje mu zupełnie innego wymiaru. Gollum bez zmartwień na głowie, całkowicie wolny i swawolny, jest zaskakująco zabawny jako element wyłącznie komediowy, ale po stracie Pierścienia szybko zmienia się w tragiczną, zrozpaczoną, na wskroś zranioną duszę. Zakres emocji na jego komputerowej twarzy jest wręcz niemożliwy. Zrobiło mi się go tak żal, tak smutno, że mało się w kinie nie popłakałam od samego patrzenia na jego oczy. Niby nie powinno mnie już zaskakiwać, że animacja komputerowa sięgnęła już takich szczytów, że „sztuczne” ludziki wzbudzają emocje nie mniejsze niż prawdziwi ludzie, ale jednak ciągle nie mogę wyjść ze zdumienia. Andy Serkis, Weta Digital, chylę czoła.

Gollum jest zagrany i wykreowany jeszcze lepiej niż we "Władcy Pierścieni"...
Gollum jest zagrany i wykreowany jeszcze lepiej niż we „Władcy Pierścieni”…

Swoją drogą – a propos efektów komputerowych – przez większość filmu w głowie miałam tylko jedno pytanie: „jak oni to nakręcili”? Pościgi przez kopalnię, skakanie po ruchomych górach, potyczka z trollami – słowem, zatrważająca ilość sekwencji, które oszałamiają swoim wykonaniem i wprawiają mózg w osłupienie. Tworzenie właśnie takich technologicznych cudów jak w pierwszej części Hobbita to jeden z podstawowych powodów, dla których kocham kino.

Wracając na ziemię, dwa słowa należą się również muzyce, którą na powrót skomponował Howard Shore – i z którą jednakowoż także mam pewien problem. Nie jest to nic, o czym już nie pisałam, bo tak jak z całą Niezwykłą podróżą, ścieżka dźwiękowa również brzmi dla mnie zbyt mocno jak Władca Pierścieni. I szczerze mówiąc, był to dla mnie największy zawód w kontekście całości. Potrafię zrozumieć, że aby wszystkie elementy układanki do siebie pasowały, nowa (stara) przygoda w Śródziemiu musiała brzmieć podobnie, ale skończyło się na tym, że muzyka w Hobbicie powtarza znane melodie nie dodając od siebie prawie niczego nowego. Słychać, że chce brzmieć odrobinę inaczej, ale usilnie starając się przerobić znane tony zatraca własny charakter. W efekcie jest to muzyka wyjątkowo niewyraźna i nieszczególnie ciekawa – bo nawet rozpoznawalne nuty z „Concerning Hobbits”, „The Ring Goes South” czy „The Bridge Of Khazad Dum” brzmiały mi znacznie lepiej w Drużynie Pierścienia. Nie mogę sobie przypomnieć żadnego oryginalnego fragmentu, który byłby tylko i wyłącznie „hobbici”. Muszę się jeszcze przekonać, jak to wszystko prezentuje się na płycie, ale dość powiedzieć, że w kinie pod wrażeniem nie byłam.

Na koniec nie mogę zapomnieć o swoich trzech groszach w sprawie niesławnego 48HFR. Ile już się naczytałam o diabłach wcielonych i źle wszelakim, to pominę, ale ja stanę tu po zupełnie drugiej strony barykady. Wersja w 48-miu klatkach na sekundę podobała mi się bardzo – do tego stopnia, że nie jestem pewna, czy z taką samą przyjemnością przyszłoby mi obejrzeć wersję standardową. Teatralna jakość obrazu daje fantastyczne wrażenie bliskości, jakby ta historia mogła się dziać zupełnie przed moimi oczami. Biorąc pod uwagę, że klimat Śródziemia w tak dużej mierze budują detale, możliwość podziwiania ich z ostrą jak brzytwa dokładnością jest nieopisana. Nic dziwnego, że tak zachwyciły mnie plenery, rekwizyty i kostiumy – każda klamerka, pasek, czy włoski futra były dokładnie widoczne. Nie za bardzo pojmuję falę agresji wobec tej technologii – nic mi z magii kina 48HFR nie odebrało, wręcz przeciwnie, zdecydowanie wzbogaciło moje wrażenia. Póki co pozostanie to pewnie kwestią gustu (ja zupełnie naturalnie odbieram już 3D), ale ze swojej strony nie miałabym nic przeciwko oglądaniu w takiej technologii więcej tytułów.

... a Galadriela jeszcze bardziej zjawiskowa.
… a Galadriela jeszcze bardziej zjawiskowa.

Tym samym docieram do końca refleksji, w której nie pozostaje mi nic innego, jak zapytać: czy więc Hobbit: Niezwykła podróż jest filmem dobrym? Czy spełnia pokładane w nim oczekiwania? Czy reżyser stanął na wysokości zadania i powtórzył swój sukces sprzed tylu lat? Po pierwsze: tak, Hobbit: Niezwykła podróż jest filmem dobrym – jednak cała rzecz w tym, że „dobry” to nieco poniżej skali oczekiwań (nawet, jeśli się sobie wmawiało – jak ja – że nawet „dobry” będzie wystarczający). Po drugie: i tak, i nie. Oczekiwania spełnia w jakimś stopniu, a do niego bez wątpienia zalicza się powrót do Śródziemia i spotkanie z dzielną gromadą podróżników. Dla mnie nie jest to jednak ten Hobbit, na którego czekałam, bo za bardzo i niepotrzebnie próbuje upodobnić się do Władcy Pierścieni – historii utrzymanej w zupełnie innym klimacie. Gdyby pozostał lekką, zabawną historyjką o niespodziewanym bohaterze, tak jak oryginał, byłby moim zdaniem znacznie strawniejszy. Ostatecznie więc nie zaliczę Jacksonowi pełnego sukcesu już teraz, a poczekam na pozostałe części, by ocenić, czy jego wizja, już w komplecie, rzeczywiście miała sens. Przed hobbitem – tym z małej, i tym z dużej litery – jeszcze droga. Tymczasem film każdemu jednak polecę, bo to przepiękne widowisko, których po prostu nie robi się na co dzień.

Hobbit: Niezwykła podróż (The Hobbit: An Unexpected Journey), 2012
Reżyseria: Peter Jackson
Scenariusz: Fran Walsh, Philippa Boyens, Peter Jackson, Guillermo del Toro
Obsada: Ian McKellen, Martin Freeman, Richard Armitage, James Nesbitt, Ken Stott, Cate Blanchett, Ian Holm, Christopher Lee, Hugo Weaving, Elijah Wood, Andy Serkis
Muzyka: Howard Shore
Ocena: 7/10

  • Tylko i wyłącznie ‚hobbicim’ motywem muzycznym jest oczywiście pieśń krasnoludów!

    • Racja, oczywiście – część honoru więc zwracam, bo mimo wszystko od piosenek wolę muzykę instrumentalną i przez to nie zwróciłam na nie aż takiej uwagi :)

    • Ta melodia pojawia się jako motyw instrumentalny właśnie przez większą część filmu.

      U mnie też była recenzja, nieco inna i krótsza ;)

  • Ne zgadzam się tylko w dwóch punktach- stosunku do 48HFR 3D i ‚niepotrzebnych nawiązań do Władcy’. One były nieuniknione i osobiście bardzo się cieszę,że się na nie zdecydowano. Mnie książka nudziła a tak dostałam lepszą wersję starej historii, która dodatkowo, w ujęciu całościowym [mam nadzieję, ale to jeszcze dwa lata] będzie świetnym preludium do znanej już historii :D Zmiany są dobre :D

    • W zasadzie nie chodzi o to, że w filmie zawarto nawiązania do „Władcy” – bo ja to naprawdę całkowicie rozumiem – ale raczej o sposób, w jakim je ukazano. Te dwie konwencje dosyć się ze sobą gryzą, a na moje gusta Jacksonowi po prostu nie udało się połączyć ich w zgrabny, przejrzysty sposób. Kontrast jest zbyt wyraźny. Oczywiście mam nadzieję, że kolejne części zatrą to wrażenie i rzeczywiście wszystkie elementy układanki będą do siebie prawidłowo pasować – ale póki co jeszcze mi się to nie do końca klei :)

  • Rozumiem, że recenzja swoją długością stosowna do zrobienia Hobbita w 3 częściach?

    • He he – z premedytacją na pewno takiej nie planowałam ;)

  • Anonymous

    Ta recenzja dokładnie oddaje moje uczucia po wczorajszym seansie. Zgadzam się, o dziwo, ze wszystkim, oprócz kwestii muzyki.Jest ona taka sama jak w LoTR, jednak został dodany jeszcze motyw krasnoludów, świetnie napisany – ciemny i głęboki. Ten brak zupełnie nowej ścieżki dzwiękowej nie tyle mi nie przeszkadza, ile jeszcze bardziej sentymentalnie nastraja do ponownej podróży w świat śródziemia. Jestem ciekawa jednej rzeczy – jak oni zrobią jeszcze dwie części tak, żeby to miało sens i było składne? Ciekawe ;)

  • Anonymous

    Dodałam ost. komentarz jako Anonim – Marta, wybacz.

  • Wiedziałam, że nie należy ustępować pola Cydzie i że powinnam była dokończyć swoją recenzję wczoraj – bo napisałaś dokładnie to, co jest w moich notatkach, łącznie z zachwytami na Armitage’em.

    • Zapewniam, że to czysty przypadek ^^ I czekam na Twoją recenzję!

    • Będzie w Nowym Roku.

  • No to ja polecam Ci „North and South” z Riczardem, jeśliś zainteresowana jego innymi ekranowymi wcieleniami. A tak poza tym, to nie wiem,czy w końcu chcę się na to wybierać, bo chyba nic nowego tu nie odkryję-no może z wyjątkiem tego systemu klatek :D

  • Cholera. Muszę przyznać, że miałam straszny problem z tym jaką wersję „Hobbita” wybrać i w końcu słysząc te wszystkie gorzkie żale, zrezygnowałam z oglądania wersji z czterdziestoma ośmioma klatkami. I teraz nie wiem czy była to dobra decyzja. Przekonam się w niedzielę, ale mam nadzieję, że w moim standardowym filmie mnie nic nie ominie.

  • Bardzo fajna recenzja i w większości się zgodzę. Niestety, nie jestem krytyczny ani rzetelny, w takich wypadkach uruchamia mi się mój „fanboizm”, z racji mojej miłości do Trylogii. Motyw przewodni jest dla mnie cudowny, ma w sobie to coś, ale jedyny zarzut – jest krótki. Wychodzi czasem tak, że brzmi jakby leciała pompatyczna nuta i nagle urwało coś. Psuje to efekt. Natomiast co do rozdziabywania filmu na trzy części, jestem zadowolony. Dla mnie to więcej dobrej kina i Śródziemia na ekranie. Jeśli Jackson dobrze wprowadzi te „ukryte” w książce historię, to będzie dobrze.
    Krasnoludy miały swoje osobne show, muszę przyznać. Ale ciężko jest utrzymać większy tuzin krasnoluda na ekranie i każdemu dać swoje pięć minut. Niemniej jednak, Jackson dobrze wyszedł z tego i jakoś bez problemu znałem każdego z imienia i potrafię jako tako opisać każdego. Charakter krasnoludów wyraźnie na plus, każdy jest odmienny.
    A, co do Radagasta – genialnie zrobiona postać, kolejny szalony czarodziej [Gandalf też jako spokojny staruszek nie jest zwyczajny], ale przejścia akcji były okropne. Gdy się pierwszy raz pojawił to miałem w głowie „Co to jest, gdzie są krasnoludy? Co tak długo to trwa?”, a to wszystko przez te nagłe przejście. Wystarczyłoby dać przed tym widok na Mroczną Puszczę, żeby było wiadomo co teraz będzie się dziać.

  • Będąc świeżo po seansie nie pozostaje mi nic innego jak podpisać się pod Twoją recenzją!
    Fakt, opuszczałem kinową salę będąc wprawionym w lekką konsternację, jednak po chwili zastanowienia stwierdziłem, że film jest dobry. Powiem więcej! Najchętniej za kilka dni wybrałbym się na część drugą, gdyż „An Unexpected Journey” pozostawia we mnie, jako fanie Tolkiena, pewien niedosyt.
    Jedyne z czym nie mogę się zgodzić to Twoje zachwyty nad Armitagem i granym przez niego Thorinem. Nie tak wyobrażałem sobie za dzieciaka tą postać i nie kupuję go w tej adaptacji i już!
    Wracając do domu wpadłem na zabawne porównanie trylogii Hobbita do pierwszej (nowej) trylogii Star Wars.
    Na sam koniec dodam jedynie, że cyfrowa wersja 2D nie jest taka zła, ale i tak bardzo chętnie zobaczyłbym w akcji te kontrowersyjne 48fps.

    • Mówiąc szczerze, też inaczej wyobrażałam sobie większość krasnoludów – ale jako kobieta wrażliwa na piękno nie mam absolutnie nic przeciwko doborowi ani Armitage’a, ani jeszcze dwóch szczególnych przypadków ^^