Hitoshi Sakimoto > Nobuo Uematsu

[KGB #2] Odkąd tylko zaczęłam cieszyć się z używania bogatej biblioteki piosenek na Spotify, zaczęłam tak samo narzekać na jego ubogą bibliotekę soundtracków do filmów i gier. Za każdym takim narzekaniem zostaję zalewana kontr-argumentami, że nieprawda, przecież soundtracków jest na pęczki. Za każdym razem mam na to jedną odpowiedź: „jeśli nie ma ani jednego soundtracku z Final Fantasy, to w ogóle nie ma o czym gadać”.

Jakoś tak – całkiem naturalnie zresztą – wyszło, że po latach grania we flagowe gry Square-Enixu (przyjmijmy, że to już Square-Enix), pierwszą myślą wpadającą mi do głowy na dźwięk słów „soundtrack z gry” są ścieżki dźwiękowe z Final Fantasy. Nie zliczę ilości godzin, jakie z nimi spędziłam, w czy poza grami, trudno mi więc znaleźć inny temat do edycji Karnawału traktującej o dźwiękach pikseli. Jak już jednak po tytule widać, nie będzie to tekst aż tak oczywisty. W świecie muzycznych miłośników ostatniej fantazji nie ma bowiem bardziej znanego nazwiska niż Nobuo Uematsu, samodzielnego kompozytora aż 9-ciu soundtracków, współtwórcy wielu kolejnych i człowieka-legendy, bez którego seria nigdy nie sięgnęłaby takich wyżyn popularności. Tymczasem ja, o ile w żadnych wypadku nie umniejszam wkładu ani artystycznej wrażliwości pana Uematsu, znacznie bardziej cenię sobie twórczość młodszego Hitoshi Sakimoto – a w zasadzie jedną twórczość, od której słuchania po dziś dzień jestem niemal uzależniona: soundtracku z Final Fantasy XII. Co idealnie wręcz pasuje do mojego rebelianckiego usposobienia, które lata temu ustaliło, że cała dwunastka jest moją ulubioną częścią serii w ogóle.

Czytając recenzje wspomnianego OST-a, można ustalić dwie podstawowe rzeczy: że brzmieniem i rozmachem muzyka ta przywodzi na myśl bardziej produkcje wielkiego ekranu niż domowo gry video, oraz że pomimo posiadania kilku wyróżniających się kawałków, utwory zbiorowo wzięte nieszczególnie zapadają w pamięć. Z obiema rzeczami zgadzam się w stu procentach i – paradoksalnie – obie poczytuję jako ogromne zalety. Bez obaw, zatem, nie mam zamiaru recenzować soundtracku – tym bardziej, że wcale nie wiem, jak – ani rozpływać się w zachwytach, jak świetnie pasuje on do klimatu dwunastki, jak świetna jest sama dwunastka i dlaczego właściwie tak ją uwielbiam. No dobra, może trochę. Chcę tu przede wszystkim powiedzieć, że słuchanie w kółko tego samego nigdy nie było tak przyjemne, bo tam, gdzie Nobuo Uematsu zaczyna mnie nudzić, tam Hitoshi Sakimoto wciąż oczarowuje.

Rzecz polega na tym, że muzyki filmowej i soundtracków z gier słucham na co dzień. Kiedyś znajomy, któremu pokazałam zawartość mojego katalogu „Musica” – dzielącą się na „Soundtrack” i „Non-Soundtrack”, true story – stwierdził, że słucham tylko dwóch rodzajów muzyki. Nie miałam tu pola do argumentacji, więc z miejsca oddałam sprawę i nawet nie czułam się z tego powodu winna. Wszystko sprowadza się jednak do tego, że potrzebuję muzyki do normalnego funkcjonowania (np. żeby zagłuszała denerwujące mnie odgłosy z mieszkania powyżej, uspakajała zszargane nerwy albo pomagała mi spać), ale jednocześnie umożliwiała skupienie. Pisząc na przykład tekst na bloga, nie jestem w stanie się skoncentrować, kiedy z głośników wydobywają się śpiewane słowa jakiejś piosenki. Gdy tylko słyszę tekst, mogę od razu zapomnieć o kreatywnym formułowaniu treści – myśli mi umykają, męczę się próbując dzielić uwagę, ląduję gdzieś w połowie słuchania i połowie pisania, i nic z tego nie wynika. Ale gdy włączam sobie soundtrack, moja głowa zabiera mnie do krainy jednorożców mlekiem i miodem płynącej.

Jest tylko jeden problem: jeśli soundtrack jest zbyt absorbujący – czyt: zbyt dobry, jak na przykład Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły – najczęściej kończy się tym, że zamiast pisać, dalej tylko słucham. Taką mam już duszę artysty, że obok niektórych produkcji albo pojedynczych kawałków nie jestem w stanie przechodzić obojętnie. Problem jest podobny, kiedy trafi mi się muzyka zbyt monotonna, bo przy takiej zaczynam zwyczajnie tracić energię (a energia jest pisaniu, tudzież pracowaniu, potrzebna jak Bert Erniemu). I właśnie w takich przypadkach lekarstwem na całe zło są soundtracki z Final Fantasy. Melodyjne, wprowadzające w znajomy nastrój, trafiające dokładnie w ten balans, który pozwala słuchać ich tak z przyjemnością, jak i ciekawością, a przy tym zupełnie nieszkodliwe dla zapracowanego człowieka potrzebującego inspiracji. Tyle tylko, że ilekroć spędzam czas przy dźwiękach z Final Fantasy X, VIII albo z rzadka IXVII i poniżej raczej nie słucham, bo mi się prawie w ogóle nie podobają – z prawdziwym utęsknieniem wracam później do Final Fantasy XII.

Prawdopodobnie to kwestia stałego obcowania z soundtrackami filmowymi. Hans Zimmer, John Williams, Harry Gregson-Williams, mój aktualny ulubieniec Michael Giacchino, James Horner, James Newton Howard, Klaus Badelt i inni to stali bywalcy mojej playlisty. Tymczasem wystarczy posłuchać już pierwszego utworu z gry, „Loop Demo„, by dostrzec w kompozycjach Sakimoto rozmach, jakiego brak w klasycznych utworach Uematsu. Słowo daję, gdy po raz pierwszy oglądałam ilustrowane tym kawałkiem intro, ciarki przechodziły mi po plecach, a dziś efekt ten wcale nie odbiega od oryginału. Ludzie mądrzejsi ode mnie porównują „Loop Demo” do fenomenalnego, mocnego otwarcia ósemki, „Liberi Fatali„, i choć absolutnie nie mam zamiaru negować faktów, wprowadzenie w wykonaniu dwunastki jest mi bliższe ze względu na jego przygodowy, heroiczny charakter. „Loop Demo” to utwór, który włączam sobie, gdy potrzebuję motywacji do działania – dwie i pół minuty później czuję, że mogłabym przeżyć największą przygodę swojego życia, przeprawiając się pieszo przez Saharę. Żadne, chociaż najbardziej energiczne battle theme z poprzednich części nie dorasta temu efektowi do pięt.

A to dopiero początek – później następuje prawie 5-cio godzinna uczta pełna najrozmaitszych klimatów, od lekkich i radosnych, przypominających wcześniejszą produkcję Sakimoto, Final Fantasy Tactics Advance („The Royal City of Rabanastre„), przez cięższe i przygnębiające, kojarzące się z mediewalną atmosferą Final Fantasy Tactics („Signs of Change„), po pełne mistycznej energii „Seeking Power” (to akurat panowie Hayato Matsuo i Masaharu Iwata, ale w świetnym stylu) albo złowrogie, głębokie „The Tomb of Raithwall„. Powiecie, że to jeszcze o niczym nie świadczy, bo każdy soundtrack obrazujący gry z serii składa się z dokładnie takich samym elementów. Dla mojego ucha różnica jest jednak kolosalna, bo w porównaniu z utworami Nobuo Uematsu, OST z Final Fantasy XII jest muzycznie znacznie bogatszy, bardziej skomplikowany i, najprościej mówiąc, zdecydowanie ciekawszy.

Prawdopodobnie popełnię tu jakąś herezję i narażę się na skreślenie w oczach zatwardziałych fanów serii – jeśli tacy tego bloga czytają – ale syntetyczne kawałki starszej generacji Final Fantasy swoją sztucznością potrafią mnie aż razić. Nigdy nie słuchałam ich wszystkich w wersjach orkiestralnych, jednak przy oryginałach, które, co jak co, powinny bronić się z same z siebie, zazwyczaj szybko się nudzę. Przez małą ilość zawartych w nich barw – a przez „barwy” mam na myśli zróżnicowany dobór dźwięków – mam wrażenie, że słucham kawałków napisanych na jedną nutę. Choć nie zaprzeczę, że mam swoich ulubieńców, którzy z łatwością przywołują na mojej twarzy uśmiech – na szczególną uwagę zasługują tu „SeeD” z ósemki, „You Are Not Alone” z dziewiątki czy „People of the North Pole” z dziesiątki – słuchanie całych ścieżek staje się na dłuższą metę monotonne. Tymczasem Hitoshi Sakimoto i jego kompozycje do dwunastki za każdym razem pozwalają mi na całkowicie swobodny relaks, bo pomimo przesłuchania na dziesiątą stronę mam pewność, że będą tak samo atrakcyjne. Oczywiście, to też jest muzyka syntetyczna, słychać to wyraźnie, ale w obrębie jednego kawałka można znaleźć nie tylko pojedynczą melodię, ale i towarzyszące jej zróżnicowane tło muzyczne. Nie będę nawet próbować nazywać instrumentów, których można się tam dosłyszeć, bo jak widać po jakości tego tekstu, na opisywaniu muzyki kompletnie się jednak nie znam, więc tyle powiem, że to do mnie po prostu skuteczniej przemawia.

Wspomniałam jednak, że brak konkretnej charakterystyki albumu jako całości odczytuję jako zaletę. To prawda, że tak jest. Jak na osobę, która tak sobie ten soundtrack ceni, nie byłabym w stanie rozpoznać nawet jednej czwartej kawałków po tytule. Ale jako osoba, która słuchała tej muzyki setki razy, nawet jednym uchem, praktycznie każdy utwór, który wejdzie mi na playlistę, w dowolnej chwili mogę bez trudu skończyć w pamięci. W ten sposób Final Fantasy XII staje się soundtrackiem „all in one”: mam w nim nie tylko wciągającą muzykę, którą znam, lubię i doceniam, ale również muzykę zupełnie nieinwazyjną, która może mi grać w słuchawkach jako tło podczas gdy ja zajmuję się pisaniem, albo dajmy na to, spaniem. Tak. Soundtrack z dwunastki to pierwsza rzecz, po którą sięgam, gdy czekają mnie długie godziny wytężonej pracy umysłowej albo umilona drzemka. Nic tak nie regeneruje moich udręczonych komórek, jak drzemka przy lekko ściszonej muzyce.

Wszystko powyższe jest oczywiście z pominięciem technikaliów, kulis i mniejszym lub większym ominięciu historii. Nie wiem nic o technice nagrywania, ograniczeniach sprzętowych, inspiracjach, powiązaniach pomiędzy twórcami – chociaż naturalnie wiem, że OST-a do dwunastki Sakimoto nie pisał zupełnie sam – zawsze bowiem uważałam, że muzyka powinna mówić sama za siebie. Absolutnie nie jestem też wrogiem twórczości Nobuo Uematsu, choć jak dla mnie dosyć się już wypalił (podobnie zresztą jak John Williams). Podsłuchuję sobie na przykład ścieżki dźwiękowej do Final Fantasy XIV: A Realm Reborn i nawet, jeśli słychać zdecydowaną różnice w jakości, obcowanie z nią poza grą nie jest aż tak przyjemne. W efekcie mam niestety niemiłe wrażenie, że od 2006 roku muzyka do serii obrała kierunek w dół – bo pozycja z trzynastki też mnie za gardło nie złapała. To by się nawet zgadzało, skoro sama seria nie może się jeszcze w powrotem wygrzebać na szczyt. Ale właśnie w takich chwilach jeszcze bardziej cieszę się, że zawsze będę mieć Final Fantasy XII. Takiego soundtracku mogłabym ze świecą szukać.

 

  • Twój tweet o trudach pisania o muzyce to kwintesencja mojego podejścia do tematu. Fajnie się słucha, koszmarnie się pisze. Tak więc jak to się mówi w pewnych kręgach – szacun :)

    • Dzięki :D

      Nie wiem, czy bloger powinien się do takich rzeczy przyznawać, ale w połowie tekstu przestałam rozumieć, co chcę napisać, więc nie zdziwię się, jeśli tego tekstu nie będzie dało się czytać. Ale najważniejsze, że przetrwałam :D

  • Łukasz Pilarski

    Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja mam problem z pisaniem (i w sumie tylko z nim), gdy w tle leci wokal. I w sumie to ciekawy argument z zaleta „nijakości” muzyki. Będę musiał przyjrzeć mu się w wolnej chwili.

  • Noobirus

    Aż musiałem odsłuchać osta z dwunastki, bo w ogóle go nie kojarzę. Chyba rozumiem w czym problem, utwory Sakimoto nadają się świetnie jako tło dla całej rozgrywki, przez to ich słuchanie jest dość odprężające. Za to Nobuo (http://youtu.be/CjT-Kx3LFqk?t=1h19m25s) wg. mnie robił raczej energiczną muzykę „samą w sobie”, która stała w centrum wydarzeń, przez to jej ciągłe słuchanie jest dość męczące, jeśli nie widzimy akcji na ekranie. Czy jakoś tak… nieważne, dzięki za wpis ;-)

  • No, i jakoś poszło z tym pisaniem ;)
    Mam wrażenie, że pisanie o muzyce, szczególnie instrumentalnej, jest trudniejsze, bo wymaga od gryzipiórka nie tylko kilku „fachowych” słówek ułatwiających wymądrzanie się. Poza tym trzeba trochę otworzyć serduszko na tłum i publikę, bo przy pisaniu o muzyce (nie mówiąc już o odbieraniu jej) większy udział mają emocje niż głowa. Dlatego trzeba być w tym trochę poetą. Jednak.
    Taka teoria.

    Grzebię w móżdżku i zastanawiam się, czy mam taką ścieżkę dźwiękową, którą włączam przynajmniej raz w miesiącu… I chyba nie. Ale ja za dużo ich mam do przesłuchania i wszystkich słucham na raz. (:

    Choć chyba potrafiłabym ułożyć listę składającą się z 5/10 ścieżek mojego życia.

  • Mateusz Leżaj

    Świetny tekst! Jesteś jedną z niewielu osób, które rozumieją moją miłość do OST ;) A Spotify u mnie został zdyskwalifikowany w ten sam sposób – soundtrack do FF był drugą rzeczą, którą wpisałem do wyszukiwarki, niestety z marnym skutkiem. A co do archaiczności muzyki ze starych FF – polecam soundtrack z Final Fantasy VII: Crisis Core , czyli prequela siódemki na PSP. Stare motywy (i sporo nowych) podane w „dzisiejszy” sposób – warto sprawdzić (http://www.youtube.com/watch?v=RAd9rOO2KMU).

    • O, dzięki, dzięki – i fajnie poznać muzykalnego fana FF-ów ;)

      Do „Crisis Core” próbuję się zebrać od miesięcy, bo jakoś nie lubię słuchać soundtracku z produkcji, w którą nie grałam/nie oglądałam – ale już nie pierwszy raz słyszę, że muzykę to ma wartą uwagi. Przyjdzie czas ;)

  • Pingback: Miałkość nad miałkościami i wszystko miałkość - Bobrownia()