Help me [wstaw tytuł filmu], you’re my only hope

leia-r2

Generalnie rzecz biorąc, wszyscy oglądamy filmy – w świecie popkultury to chyba najbardziej bezpieczne założenie. Jedni oglądają ich więcej, drudzy oglądają ich mniej, jedni bardziej, drudzy luźniej, ale praktycznie zawsze, nawet jeśli w tle. Każdy z nas ma swoje gusta, przyzwyczajenia, podejście, każdy z nas czego innego w filmach szuka, i wszystko ok. Tym bardziej ok, że nowych filmów ciągle przybywa, więc prawie zawsze jesteśmy w stanie znaleźć tytuł w sam raz dla siebie. Prawie.

Bo co, kiedy akurat mamy ochotę obejrzeć dobry film – taki, który nie zmarnuje naszego cennego, krwawicą wypracowanego w harmonogramie wieczora – a przed nami same nieznane tytuły, które mogą, ale wcale nie muszą, okazać się tego czasu warte? Nie jesteśmy wówczas pozbawieni nadziei – zawsze możemy wrócić do tych filmów, o których doskonale wiemy, że nas nie zawiodą.

Sytuacje z rodzaju „obejrzałabym coś, ale nie wiem co” zdarzają mi się wbrew pozorom całkiem nierzadko. Wszystko przez to, że mam stosunkowo konkretne gusta i doskonale wiem, czego w filmach, w zależności od gatunku, poszukuję – i na co w filmach, w zależności od gatunku, mam ochotę. Wartką przygodę z gromadką dogadujących sobie postaci? Krwawy horror o uciekających wycieczkowiczach? Soczyste sci-fi z potworami polującymi na grupkę ocalałych? Nie wiem, czy ktoś z Was dobiera filmy w podobny sposób, ale ja bardzo często mam ochotę na konkrety – i dlatego bardzo często mam problem z trafnym doborem nowego, nieznanego tytułu. Wielka niewiadoma najczęściej okazuje się dla mnie zbyt wielkim ryzykiem, a nie jestem typem filmowego ryzykanta (jeśli już, to w ramach wyjątku potwierdzającego regułę). Coraz częściej zdarza mi się więc długo dany tytuł kontemplować, po trzy razy oglądając trailery, w kilku źródłach sprawdzając oceny i porównując internetowe opinie, żeby przypadkiem nie spędzić kilkudziesięciu ciężko wypracowanych minut na nudzeniu się jak mops albo pluciu ze złości. Potrafię w ten sposób zmarnować całą cenną godzinę, jeśli nie więcej. Czasem, owszem, trafiam na perełki (jakiś czas temu udało mi się tak odnaleźć Rogue o australijskim krokodylu-zabójcy). Ale znacznie częściej wybieram sprawdzone, niezawodne lekarstwo: wkładam do napędu wirtualną płytkę ostatniej nadziei i bawię się dokładnie tak jak chciałam, po raz n-ty oglądając jeden z moich ukochanych filmów wszech czasów.

Dzisiaj będzie zatem o filmach, które nigdy mnie nie zawiodły, które zawsze spełniają wszystkie pokładane w nich nadzieje i które za każdym razem kolorują mój filmowy świat na żółto i na niebiesko. Inspiracją do tekstu jest niedawna akcja na io9: Which movie is your happy place?

help-me-01

Zacznę od największej oczywistości, czyli kina science-fiction. Jeśli miałabym zliczyć wszystkie filmy sf, które przez lata odcisnęły na mnie swoje radosne piętno, musiałabym napisać tekst wyłącznie o nich. Prawda jest jednak taka, że istnieją przede wszystkim trzy, które niezmiennie, bez względu na warunki, stoją u mnie na podium, a każdy z nich dostarcza mi zupełnie innego rodzaju rozrywki. Najważniejszym jest wśród nich Obcy: Decydujące starcie, wersja reżyserka. Policzmy: oddział zżytych ze sobą marines: jest; krwiożercze potworki polujące na ocalałych: są; ciężki klimat zaawansowanego technologicznie świata: jest; przytłaczające, klaustrofobiczne miejsce akcji: jest; barwne, zapadające w pamięć postacie: są; główna, silna bohaterka: jest; zwierzątko, które nie ginie: jest; akcja, tempo, napięcie: są. Zresztą Obcego 2 nie ma co bronić, bo broni się sam za siebie. Od scenariusza, przez aktorstwo, realizację i reżyserię, aż po to niemierzalne coś, które scala go jako perfekcyjną całość – gęstą atmosferę zamknięcia, pułapki, przetrwania – wszystko sprawia, że Obcy: Decydujące starcie gra na kilku poziomach i na żadnym nie zawodzi. Świetnie zrealizowany horror akcji science-fiction, w którym grupa dogryzających sobie przyjaciół, którzy przy okazji są żołnierzami, ucieka przed potworami na nieznanej zamkniętej przestrzeni? Nie ma innego filmu, który w tak idealny sposób łączyłby te kilka gatunków w jedno, i nie ma innego, który w jednym dostarczałby mi tak wielu z moich ulubionych filmowych motywów. Niezapomniane sceny, niezapomniane dialogi, niezapomniane wrażenia są tak nie do zapomnienia, bo wciąż i wciąż chce się do nich wracać.

Ale Obcy 2 to nie jedyny Obcy, którego lubię sobie od czasu do czasu odświeżyć. Z oczywistych powodów najlepszym Obcym jest ten pierwszy (czy może raczej „ósmy”), ale o ile mroczny horror w czerni kosmosu działa na mnie wyraźnie i niezaprzeczalnie, tak znacznie częściej wracam do powszechnie znienawidzonego Obcego: Przebudzenie – z powodów bardzo podobnych jak przy dwójce. Znów jest to horror akcji science-fiction z uciekającą grupą ocalałych, ale w znacznie luźniejszej i swobodniejszej interpretacji. Obcy 4 raczej nie miał wyjść jako pastisz, ale przez swą nieskrępowaną fantazję momentami tak go właśnie odczytuję. Pistolety-wszczepy, szajbnięci naukowcy, ekscentryczne kadry przywodzące na myśl kalejdoskop, mnóstwo drobnych absurdów, wszystko osobno i razem wzięte sprawia, że trudno brać ten film na poważnie. Ale mimo wszystko uważam Obcego 4 za film niezwykle klimatyczny. Brzydka, bezduszna, połykająca wszystko stacja kosmiczna, rozklekotany stateczek bohaterów, banda brudnych najemników, no i ten polujący na nich potworek. Strasznie dużo rzeczy poszło w tym filmie nie tak, na tyle dużo, że całkowicie zgadzam się z nurtem wykluczania go z grona zasłużonych części w serii, ale z drugiej strony nie umiem oprzeć się urokowi kosmicznego horroru monster attack. Monster attack to jeden z moich ulubionych rodzajów horrorów, a Obcy 4 pod tym względem spełnia niemal wszystkie moje wymagania – i jeśli niczym więcej, to monster attackiem jest zdecydowanie udanym.

Podobną rozrywkę w lekkim wydaniu zapewnia mi również mój ulubiony ze wszystkich Star Treków, Star Trek J.J. Abramsa. O moim uwielbieniu wobec niego pisałam już wcześniej, ale ponieważ to stary tekst i nie musicie go czytać, skrótowo powiem tylko, że absolutnie podoba mi się w nim jego tempo, bohaterowie, humor, sposób, w jaki odświeża skostniałe universum i w jaki oddaje hołd klasykom, a także, nie oszukujmy się, jak bardzo cieszy oczy. Najpiękniejsze jest jednak to, że w rebootowanym Star Treku działa wszystko. Jest to tak wariacka, kolorowa i zabawna przygoda, a przy tym nie tylko nowoczesna i efektowna, ale i niegłupia, że całkowicie zapominam przy niej o całym świecie. Oglądając Star Treka cieszę się z samego faktu, że go oglądam – a właśnie o to w niezawodnych filmach chodzi.

Jako czwarty film sf mogłabym jeszcze dorzucić Serenity – bo pełnometrażowe spotkanie z załogą najfajniejszego statku we wszechświecie to absolutnie radosne przeżycie – ale to taki samowyjaśniający się bonus.

help-me-02

A skoro science-fiction, to również fantasy, i tutaj niepodzielnie królują nie potężny, epicki Władca Pierścieni, nie Harry Potter (i Czara Ognia), nie Labirynty (choć czasami też), nie Zaklęte w sokoły (które mnie nudzą) czy Narzeczone dla księcia (których nie oglądałam), ale Willow, Gwiezdny pył i Książę Persji: Piaski Czasu. Trzy cudownie przygodowe produkcje, które zabierają bohaterów w klasyczne podróże ich życia, ale z domieszką prawdziwej, niezaprzeczalnej chemii. O Willow i Księciu Persji pisałam już przy okazji nieśmiertelnego kina przygodowego jako o tytułach, które absolutnie nie muszą udawać, że są czymś innym – i które właśnie dlatego tak świetnie się ogląda – tymczasem Gwiezdny pył podchodzi u mnie pod nieco inną kategorię, którą najprościej ująć jako przygodową komedię fantasy. Element komediowy nie jest obcy ani filmom przygodowym, ani filmom fantasy, ale tutaj wysuwa się zdecydowanie na czoło – tym bardziej, że na dobrą sprawę pasuje mi tu też komedia romantyczna. Fajtłapowaty bohater, wyszczekana bohaterka, rozterki sercowe, pomyłki, nieporozumienia, zabawne sytuacje – są? Są. Jednak niezależnie od kategorii, to film przede wszystkim szalenie pozytywny. Bohater, poprzez przygody i napotkanych ludzi dorasta, bohaterka akceptuje zmiany, o których w głębi serca marzy, a wykreowany świat (np, poprzez rewelacyjną postać kapitana Shakespeara) pokazuje, że nie należy oceniać ludzi po pozorach. Słowem, emocjonująca jazda przed krainę magii, męstwa i miłości w towarzystwie sympatycznych postaci, świetnej muzyki i pokładów dobrego humoru. Film jasny jak gwiazdka na niebie.

Idąc dalej, gatunkiem blisko-fantastycznym i zarazem jednym z moich ulubionych (do tego stopnia, że potrafię przez kilka tygodni nie oglądać niczego innego) jest horror. Z horrorem jednak jest taki problem, że jest bardzo mocno rozdzielony gatunkowo – survival horror, ghost horror, teen slasher, animal attack, torture porn, zombie horror, etc. etc. – a zdecydowana większość propozycji to śmieciowe tytuły niewarte nawet rzucenia na nie okiem. Wydobycie z nich filmu dobrego, a w dodatku dobrego w odpowiednim typie, to niekiedy horror sam w sobie. To właśnie dobór horroru jest dla mnie najbardziej kłopotliwy, i to właśnie dobierając horror najczęściej polegam. Na szczęście są dwa filmy, które za każdym razem przywracają mi wiarę w gatunek, z czego jeden podchodzi pod horror akcji w klimacie science-fiction, a drugi to klasyczny slasher/survival horror, którego żaden do tej pory jeszcze nie przebił.

Pierwszym filmem jest Resident Evil – pierwsza, oryginalna część serii nakręconej na bardzo luźnej podstawie jednej z mojej ulubionych gier. Nie będę wnikać, co się stało z Residentami po 2002 roku, najważniejsze, że jedynka okazała się świetną niespodzianką, która przede wszystkim w zgrabny sposób poradziła sobie z elementem zombie (element zombie jako sposób, w jaki zagrożenie zombie oddziałuje na bohaterów). Pamiętam, że idąc do kina bardzo cieszyłam się na myśl o ekranizacji, ale jednocześnie nie chciałam mieć żadnych oczekiwań, ani tym bardziej złudzeń, że będzie to ekranizacja dobra. Tymczasem film, choć bardzo mocno odstawał od klimatu znanego gier – czego w gruncie rzeczy wcale nie mam mu za złe – w tym braku złudzeń i oczekiwań bardzo mi zaimponował stosunkowo poważnym podejściem do tematu. Akcja rozwija się w sensownym tempie, w powietrzu wisi tajemnica, bohaterowie po drodze dokonują poświęceń i w całym trudzie nawiązują się pomiędzy nimi silne relacje. Już sama nie wiem, czy podskórnie spodziewałam się po Resident Evil bezmyślnej młócki, ale w jakimś stopniu pewnie tak, skoro ostateczny obraz zrobił na mnie tak odmienne wrażenie. Żałuję, że późniejsze części straciły ten ludzki element – coś, co w horrorach uwielbiam najmocniej – ale jedynkę pamiętam już jedenaście lat i nic nie wskazuje na to, by miało się to zmienić.

help-me-03

Natomiast niepodzielnie panującym slasherem/survival horrorem jest dla mnie Droga bez powrotu – film, który spełnia wszystkie standardowe założenia swojego gatunku, ale który wyróżnia się dobrym aktorstwem, dobrą reżyserią i dobrym scenariuszem. W morzu podobnych mu tytułów zwróciłam na niego uwagę z powodu osoby Elizy Dushku, bardzo lubianej przeze mnie aktorki, ale nie minęło piętnaście minut, a już zakochałam się w całej pozostałej obsadzie: Desmondzie Harringtonie, Emmanuelle Chriqui i Jeremym Sisto. Świetnie zbudowana pomiędzy tymi postaciami chemia bardzo szybko mnie z nimi związuje, przez co każda śmierć za każdym razem wywołuje we mnie emocje – a nie ma nic gorszego niż slasher, w którym śmierć bohaterów jest nam kompletnie obojętna. Droga bez powrotu wyróżnia się również końcówką (komuś znany jest koncept final girl?), jak i oczywiście wykonaniem – przy czym nie mam na myśli scenografii czy charakteryzacji, ale umiejętnego budowania klimatu. Wszystko w podsumowaniu buduje obraz idealnego slashera, w którym praktycznie wszystko układa się tak, jak tego chciałam. Mowa o spełnianiu oczekiwań? Za każdym razem.

A skoro przechodzimy do bardziej przyziemnych tytułów, dwa słowa na temat filmów akcji. Akcję w filmach można znaleźć bez specjalnego szukania, ale jeśli ma się ochotę na film o kuloodpornym bohaterze, które ratuje świat przed globalną zagładą, nie trzeba szukać dalej niż Szklana pułapka. Ale znowu haczyk – moją ulubioną Szklaną pułapką nie jest ani jedynka, ani dwójka, ani trójka, ale czwórka. Ogromnie lubię tę serię, zresztą nie ma w niej czego nie lubić, ale czwórka ma tę zaletę, że gra w niej Justin Long i opowiada o komputerowych czary-marach. Uwielbiam komputerowe czary-mary, tak samo jak uwielbiam ciapowate postacie, które wyciągają ze swojej ciapowatości wszystko, co najlepsze, by wyjść zwycięsko z każdej sytuacji. Identyfikuję się z takimi „ciapami” – z magnesami przyciągającymi kłopoty, które w życiu nie miały w ręce pistoletu, ale których wiedza i osobowość stanowią klucz do sukcesu. Duet McClane-Farrell pięknie pokazał, jak można się uzupełniać, przy okazji dostarczając masę humoru i pazura. Wystarczy przyprawić go dużą ilością widowiskowych wybuchów, szalonych pościgów i dynamicznych scen walki i już ma się zapewniony pełen wrażeń wieczór.

Całkiem podobna w swoich założeniach jest też również nowa Drużyna A, która podczas dotychczasowych dwóch seansów rozbawiła mnie niemal do łez, ale pozostaje mi jeszcze sprawdzić, czy sprawdzi się tak samo przy kolejnych.

Z kolei zupełnie inny typ kina akcji, znacznie mniej bujający w obłokach, reprezentuje cała Trylogia Bourne’a, poniekąd założyciel swojego gatunku. Moją ulubioną częścią jest chyba ostatnia, Ultimatum Bourne’a  – przez wzgląd na rozwinięcie mojej ulubionej postaci, bohaterki Julii Stiles – ale wszystkie trzy filmy to fantastyczna mieszanka nowoczesnego thrillera z kinem szpiegowskim wywodzącym się od Jamesa Bonda. A właściwie – kinem szpiegowskim tak przeciwstawnym starym filmom o Jamesie Bondzie jak to tylko możliwe. Trudno mi powiedzieć, jak przed Bournem wyglądał ten gatunek w pominięciu coraz bardziej fantazyjnych przygód agenta 007, bo go po prostu nie oglądałam – gwiazdy pokroju Van Damme’a, Stallone’a czy tym bardziej Seagala kompletnie mnie nie interesowały – ale od 2002 roku moje stanowisko zupełnie się zmieniło. Dziś nie ma to jak dobry film szpiegowski z mnóstwem rewelacyjnych scen akcji i bohaterami z krwi i kości, którzy zamiast twardych piąch i twardych serc posiadają też miękkie, podatne na zranienia wnętrze. Bo czasami wcale się nie chce przedawkowywać abstrakcyjnych poziomów filmowych rzeczywistości, czasami trzeba wchłonąć odrobinę zwykłości.

help-me-05

Ale wracając do zwykłości, jednym z moich absolutnie ukochanych filmów jest produkcja z 1996 roku, którą ciężko zamknąć mi w określonych ramach. Teoretycznie podchodzi pod kino katastroficzne, w dodatku bardzo przygodowe, ale gdy po niego sięgam, aspekt katastroficzny spada na dalszy plan. Mowa o Twisterze z Helen Hunt i Billem Paxtonem. Czy ktoś urodzony w latach 80-tych nie zna Twistera, szalonej opowieści o łowcach tornad prześcigujących się w testowaniu nowego sprzętu? Mam wrażenie, że to jeden z tych filmów, który w latach młodzieńczych oglądał każdy z nas, bo niczego takiego wcześniej nie nakręcono – no i ma latającą krowę, o której swego czasu gadały wszystkie szanujące się magazyny filmowe. A dlaczego tak trudno mi go sklasyfikować? Właściwie nie trudno, ale nie wszystkim może być to łatwo zrozumieć. Widzicie, to kwestia ukazanej w filmie grupy zapaleńców, którzy znają się od podszewki, mają milion własnych dziwactw, kochają swoją robotę i wykonują ją z taką pasją, że gdyby tu i teraz zaproponowali mi gonienie za tornadami, nie wahałabym się ani sekundy – ja, uwielbiająca domowe ciepełko i wszelkie związane z nim komforty. Ta nieskrępowana pasja, ta wolność w byciu sobą, w zachowywaniu się w tak szalony i bezwstydny sposób to kwintesencja wszystkiego, co kocham w byciu geekiem. Niektórzy z Was pewnie kojarzą piękny cytat Simona Pegga, że bycie geekiem to przełamywanie barier i nie okazywanie strachu, że kocha się coś gorliwie i bez wstydu. W 1996 roku nie miałam jeszcze pojęcia, że jest na to osobne słowo, ale patrząc wstecz – i nadal patrząc dzisiaj – widzę, że to właśnie Twister definiuje mi tę miłość. I dlatego ze wszystkich jest dla mnie najbardziej nieśmiertelny.

A pozostając przy pasjach (i katastrofach), wtrąciłam już w kilku wpisach moje umiłowanie do klimatów wodnych. Dwóch filmów, o których zaraz tu napiszę z całą pewnością nie da się zaliczyć w poczet zasłużonych, ale z całą pewnością nie da się im odmówić ilości wody. Pierwszym z nich jest katastroficzny Posejdon, remake klasycznej Tragedii „Posejdona”, który w pewnych kręgach lepiej przemilczeć. Prawdopodobnie gdyby nie był remake’em, można by przyczepić mu łatkę niewyróżniającej się niczym specjalnym produkcji o tonącym statku, ale ja nie będę ukrywać, że nowoczesna, zamaszysta otoczka techniczna zrobiła na mnie duże wrażenie. Oczywiście obejrzałam później oryginał i doskonale wiem, że pod względem kreacji bohaterów te dwa filmy różnią się od siebie jak niebo i ziemia, ale przyjemna obsada (serio, prawie same nazwiska, które lubię) i dużo wody zapewniają mi dokładnie ten rodzaj rozrywki, przy jakim lubię i chcę się odmóżdżyć. Trafiony, zatopiony.

I Wodny świat. Absolutnie, beznamiętnie uwielbiam ten kiczowaty, absurdalny i dziurawy jak szwajcarski sen wodny świat. Uwielbiam katamaran Żeglarza, uwielbiam pływające miasta, uwielbiam atak Smokersów, uwielbiam muzykę, uwielbiam zdjęcia, uwielbiam ten nieskończony błękit nieskończonego oceanu. Uwielbiam to wszystko na tyle, że choć im jestem starsza, tym więcej głupot dostrzegam, to wciąż i wciąż chcę do Wodnego świata wracać, choćby tylko po to, by patrzeć, w jaki sposób Żeglarz obsługuje swoją łódź. Można powiedzieć, że mam małego bzika na punkcie sprzętów i środków transportu – fascynuje mnie głównie sam koncept okiełznywania przez człowieka swoich wynalazków – stąd też cała techniczna konstrukcja tego świata ogromnie oddziałuje na moją wyobraźnię. Człowiek vs natura, człowiek vs przygoda, człowiek vs postapokalipsa. Fabuła? Niech będzie. Niedorzeczności? No cóż. Woda? Yes, please.

Inną pasją, którą dzielę tym razem z milionami osób na świecie, jest muzyka. Ogólnie nic specjalnego, dobrej muzyki w filmach jest po brzegi. Ale dobrych filmów muzycznych? Takich, które nie są zbyt specyficznie połączone z epoką, w jakiej powstały, a przy tym pozostają zabawne nie będąc slapstickowymi komediami? Bo z komediami w dzisiejszych czasach to osobna sprawa. Odpowiedź: Blues Brothers. Jedyny film, przy którym wybucham śmiechem patrząc na niezmiennie bezwyrazowe twarze dwójki głównych bohaterów. Ten film to totalny odjazd na całego. W chwilach, gdy wszystko inne zawodzi, sprawdza się najlepiej na świecie, bo poziomem nieprawdopodobieństw, absurdalnie poważnych wygłupów i całkowitego odrealnienia potrafi wymazać z pamięci wszystko, co złe, brzydkie i wkurzające. A przy tym jaką ma muzykę! Na samą myśl o „Everybody Needs Somebody to Love„, „Theme from Rawhide” czy niezbędnym, nadającym rytm „Peter Gunn Theme” chce mi się tańczyć i śpiewać, a tańczyłam przy nich i śpiewałam już dziesiątki razy. Takich filmów i takiej muzyki w filmach już się nie robi, a przy całym moim uwielbieniu do efekciarskiego kina nowoczesnego czasem tylko powrót do klasyków potrafi zapalić światełko w ciemności.

help-me-06

A na koniec – obiecuję – dwa filmy animowane, które są moją ucieczką w krainę geekowatości, acz każdy z dwóch zupełnie innych powodów. Co prawda trudno podejrzewać stajnię Disneya o powszechną geekowatość i tworzenie filmów dla takowych, ale nie ulega chyba wątpliwościom, że Król Lew filmem kultowym bezwzględnie jest. Kiedy więc czuję, że chcę doładować swoje poziomy radości oglądając tytuł, który mnie wzruszy, rozbawi i skończy się szczęśliwie, a w bonusie dostarczy cudownych tekstów, wspaniałej muzyki („The Lion Sleeps Tonight”, anyone?) i przezabawnych bohaterów, nie sięgam daleko jak ponownie po Króla Lwa. Albo – i tu zachodzi konflikt – po Lilo i Stitch. Bo tak się niestety składa, że nie mam ulubionego filmu Disneya – mam ich dwa, i nigdy nie umiem się na żaden definitywnie zdecydować. Lilo i Stitch zgadza się z Królem Lwem niemal we wszystkim jak leci. Ta sama radość, to samo ciepło, te same emocje, tak samo genialne teksty i całe pokłady geekowego humoru. Tyle, że pod względem ogólnego klimatu to dwa zupełnie różne filmy. Lilo i Stitch ogląda się jak abstrakcyjne odcinki Looney Tunes. Niemal surrealistyczny humor (rybka Pandzia?), niepoprawnie nieznośny bohater (Stitch), niesamowicie bezpośrednia mała dziewczynka („daj mi tu umrzeć”) łączą się w opowieść praktycznie tak oderwaną od jakiekolwiek rzeczywistości jak wspomnieni wyżej Blues Brothers. Szczerze mówiąc, ze wszystkich wymienionych filmów to właśnie Lilo i Stitch widziałam najwięcej razy (nie pamiętam, ile, ale jestem gotowa się założyć, że najwięcej) i nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że będę się na nim bawić tak samo świetnie jeszcze dwa lub trzy razy tyle.

I tym samym dochodzimy do kwestii ostatecznej: czy 18 filmów to wszystkie, na jakie mogę w stu procentach liczyć? Oczywiście, że nie, ale nie zliczę, do ilu filmów i dlaczego akurat do nich często wracam. Nie wiem, do ilu nowych będę chciała wrócić w przyszłości. Wiem natomiast jedno: zamiast marnować czas na szukanie, denerwowanie się i liczenie na cuda, opłaca się czasem poświęcić go na reset przy filmie, który właśnie w tej, a nie innej chwili uratuje wszystkie Wasze marzenia. Świat staje się wtedy choć na chwilę piękniejszy.

A jak jest u Was? Jakie filmy nigdy Was nie zawiodły i dlaczego?