Haven: Serial o dobrych chęciach

haven-emily-rose

Haven – serial o małym miasteczku w stanie Maine nawiedzanym przez nadnaturalne zjawiska – to ciekawy przykład na to, jak dobry pomysł może skutecznie bronić średniego wykonania. Ta całkiem sympatyczna produkcja, inspirowana opowiadaniem Stephena Kinga, której jedynym błędem wydaje się brak doświadczenia.

Prawdę mówiąc, zabrałam się za Haven jeszcze przez zabraniem się za Buffy – tylko że no właśnie, zabranie się za Buffy mogło skończyć się tylko w jeden sposób. Premiera trzeciego sezonu jednak już za nami, więc chętnie polecę go akurat na czas. Polecę tym bardziej, że sama przed obejrzeniem podchodziłam do Haven bardzo sceptycznie – zdążyło mi się nie raz i nie dwa obić o uszy, że jest raczej średni i że w sumie nikt mu sukcesu nie wróży. W tym „średnim” nie ma w zasadzie przesady, ale jest za to jedno małe ratujące go „ale”. I właśnie tym „ale” chciałabym się zająć.Ale zanim, to od początku.

Główną bohaterką Haven jest Audrey Parker (Emily Rose) – agentka FBI całkowicie oddana swojej pracy, tak bardzo, że sama stroi sobie ironiczne żarty ze swojego braku związku, przyjaciół i hobby. Przełożony wysyła ją do małego miasteczka w stanie Maine, gdzie ma zbadać śmierć więziennego uciekiniera. W efekcie dziwnego wypadku poznaje Nathana Wournosa (Lucas Bryant), syna szefa miejscowej policji, który cierpi na niezwykłą przypadłość – nie posiada fizycznego czucia. Nie czuje bólu, ale nie czuje również dotyku, smaku czy zapachu. Ścieżki Audrey krzyżują się również Duke’em Crockerem (Eric Balfour), okolicznym „niegrzecznym chłopcem” zarabiającym na życie na różne szemrane sposoby. Tymczasem śledztwo zabiera ją na niezbadane dotąd tory, kiedy okazuje się, że w śmierć jej uciekiniera wplątują się tajemnicze zjawiska pogodowe. Jednak dopiero gdy odnajdzie kilkudziesięcioletnią fotografię, na której widnieje kobieta łudząco podobna do niej, podróż do Haven nabierze dla Audrey osobistego znaczenia. Wierząc, że dzięki tej fotografii będzie mogła odnaleźć matkę, której nigdy nie znała, postanawia zostać w Haven – ale to dopiero początek tajemnic skrywanych przez tą małą miejscowość.

Audrey, Nathan i tło.
Audrey, Nathan i tło.

Można powiedzieć, że powyższy wstęp jest jedną z największych zalet tego serialu. Zawarta w pilocie historia i przedstawieni w niej bohaterowie szybko przypadli mi do gustu, a nakreślona tajemnica skutecznie zapowiedziała ciekawy rozwój wypadków. Największe wrażenie już na starcie zrobiła na mnie sama postać Audrey – głównie dlatego, że sprawiła mi świetną niespodziankę przez złamanie stereotypowego wizerunku agentki FBI. Wiele dotychczasowych seriali – już nie mówiąc o tym sztandarowym o agentach FBI – przyzwyczaiło mnie do bohaterów, którzy na wszelkie zjawiska nadnaturalne reagują charakterystyczną alergią. Wszystkiemu, co dziwne, nietypowe i trudne do wyjaśnienia od razu przypinają racjonalne łatki, i wykłócają się o swoje racje choćby im potwór z Loch Ness przeleciał przed nosami. Audrey Parker – nie. Wręcz przeciwnie, nieszablonowe okoliczności nie tyle jej nie dziwią, co sama je szybko podłapuje. Dzięki temu w mig odnajduje się w nawiedzanej przez dziwne zjawiska mieścinie, a widzowie mogą w pełni oddać się oglądaniu zagadek z supernaturalnego punktu widzenia (bo o tym Haven w końcu jest). Do tego Audrey ma dystans do świata, nie daje sobie w kaszę dmuchać, kiedy trzeba tnie językiem i twardo trzyma się swoich ideałów. Polubiłam ją od razu i nie zaprzeczę, że jest jednym z podstawowych czynników wpływających na moją sympatię wobec tego serialu.

Drugim całkiem mocnym punktem Haven jest element supernaturalny. Dziwne rzeczy dziejące się w miasteczku są wynikiem tzw. Kłopotów (Troubles), które można określić jako „negatywne przypadłości” poszczególnych mieszkańców. I tak Kłopotem Nathana jest brak czucia, cokolwiek stanie się rysunkom pewnej dziewczyny zdarzy się naprawdę, tutejszy burmistrz roztacza wokół siebie aurę nienaturalnego uwielbienia, maszyny ożywają z zazdrości, rośliny wypełniają wolę wieloletniej klątwy, dzieci rodzą się w kilka dni, a przez to wszystko przewijają się shapeshifterzy, dublerzy, oszuści i praworządni pastorzy – i nie tylko. Haven jest bowiem – jak sama nazwa wskazuje – bezpieczną przystanią dla ludzi dotkniętych Kłopotami, ponieważ w jakiś sposób neutralizuje negatywne skutki ich przypadłości. Albo raczej: neutralizowało je przez ponad dwadzieścia lat. Wraz z rozpoczęciem serialu Kłopoty powracają, a wraz z nimi tajemnica dotycząca samej Audrey. O co jednak chodzi, że Kłopoty są mocnym punktem serialu? Bo są – jeśli nic innego – dosyć oryginalne. Scenarzyści bardzo mocno popuścili wodze fantazji, przez co do samego końca nie wiadomo, co, jak i właściwie dlaczego powoduje problemy. I choć czasami Kłopoty są aż nadto oryginalne, momentami ocierając się o granice niedorzeczności, odcinki cały czas trzymają dzięki nim w napięciu. A to, przy wielu innych brakach, ostatecznie wyprowadza Haven na plus.

Od razu widać, kto jest najfajniejszy, no nie?
Od razu widać, kto jest najfajniejszy, no nie?

W to wszystko wpleciona jest oczywiście głębsza intryga. Stara fotografia staje się punktem wyjścia do chowania i wyjawiania kolejnych sekretów, a wszystko, co można było brać za pewnik prędzej czy później zostanie postawione pod znakiem zapytania. Intryga rozwija się niestety wolno, ale po początkowej czkawce w pierwszym sezonie nabiera tempa w drugim. Nie za bardzo, ale dostatecznie wyraźnie, by końcowy cliffhanger wzbudził odpowiednie reakcje. Tak naprawdę Haven wciąż jeszcze czeka na złapanie wiatru w żaglach (jestem pewna, że bardzo niedawno użyłam tej samej metafory, ale nie chce mi się jej teraz szukać i poprawiać), ale premierowy odcinek trzeciego sezonu daje spore nadzieje, że tak się właśnie stanie. W dwóch dotychczasowych sezonach widać spory potencjał, choć jednocześnie widać też zaprzepaszczone szanse. Stąd własnie moje wrażenie, że serial ma dobre chęci, ale nie do końca wie, jak sobie z tą opowieścią poradzić. Biorąc pod uwagę, że duet twórców nie jest szczególnie znany, a na koncie mają tylko po dwa (te same) odcinki i, jakoś szczególnie mnie to nie dziwi, ale mogę im życzyć tylko większej odwagi.

Jednak to wcale nie słabo rozwijająca się intryga jest dla mnie największą bolączką Haven. Otóż serial bardzo kiepsko radzi sobie z życiem prywatnym bohaterów. Albo lepiej (gorzej) – nie tyle z ich życiem prywatnym, co z relacjami pomiędzy nimi. Mamy tu naprawdę klasyczny trójkąt – grzeczny chłopiec, ona, niegrzeczny chłopiec – ale wszelkie komplikacje uczuciowe albo są płytkie, albo niedostateczne, albo wręcz całkowicie ignorowane. O ile da się dostrzec, kto się komu podoba, to o rozwinięciu tych uczuć można tylko pomarzyć. Kilka odcinków dalej mogą już być w ogóle zapomniane. Jest to tym bardziej frustrujące, że to nie wina aktorów, tylko prowadzonego w ten sposób scenariusza. Na pierwszy plan zawsze wysuwa się bieżące śledztwo, a dziesiątki okazji, które można wykorzystać w międzyczasie są kompletnie zaprzepaszczane. Bardzo mnie to męczyło, bo możliwości są tutaj oczywiste, a różne stopnie znajomości pomiędzy całą trójką aż się proszą o zaplątanie. Żeby być sprawiedliwą powiem, że w drugim sezonie coś się w tej kwestii ruszyło – wprowadzono postać sympatii dla Audrey (swoją drogą bardzo fajnie zagraną przez Jasona Priestleya) – ale, choć było słodkie, skończyło się w dość nieprzekonujący sposób, i to by było na tyle. Wciąż czekam, aż wszyscy się w końcu ockną, że współpracownicy i znajomi nie służą tylko do rozwiązywania zagadek.

Panorama miasteczka. I woda.
Panorama miasteczka. I woda.

Wszystko powyższe sprawia, że Haven jest chwilami drętwe, niezgrabne i wyblakłe. Dobrego wrażenia nie robią też co bardziej skomplikowane efekty specjalne (robią wręcz wrażenie całkowicie złe) i niektóre występy gościnne. Mimo wszystko muszę powiedzieć, że oglądało mi się całkiem sympatycznie i wcale nie żałuję poświęconego na niego czasu. Główna tajemnica, nawet jeśli nie wchodzi za mocno w życie bohaterów, dosyć mnie wciągnęła i ze szczerą chęcią dowiem się, co będzie działo się dalej.

Na koniec wypada jednak powiedzieć coś dobrego, więc powiem, że wspomniana wyżej premiera trzeciego sezonu rozbudza nadzieje na realną poprawę. Kto oglądał, może bez problemu przeczytać moje wrażenia na Serialowej, bo niestety zawarłam spoilery (nie mogłam się powstrzymać, tak się z tego odcinka ucieszyłam). Koniec końców Haven jednak polecam – zwłaszcza, że dwa dotychczasowe sezony to tylko 26 odcinków. Nie jest wcale tak słaby, jak można przeczytać w necie, a nawet może zaskoczyć. Poza tym ma miasteczko w stanie Maine – małe, kingowskie miasteczko w stanie Maine, z całym swoim zmęczonym urokiem, odrapanymi budynkami i przebrzydłym portem. I jest fajnie. 7/10 (byłoby 6, ale ze względu na te dobre chęci dodatkowe 1).

  • Już od dawna czaję się na ten serial, ale jakoś nie mogę znaleźć czasu:/ Kusi mnie ta inspiracja twórczością Kinga.

    • Z tego, co wiem (a wiem niestety niewiele, bo nie czytałam opowiadania) inspiracja jest raczej dosyć luźna, ale za to pojawia się wiele smaczków i easter eggów z innych tytułów Kinga :) Nie wiem, czy to wystarczy, ale wprawne oko na pewno wyłapie co trzeba :)

    • Nie opowiadanie, a mikropowieść „Colorado Kid” – bardzo sympatyczny i klimatyczny utwór, który wszakże nie ma wiele wspólnego z serialem. Choćby z tego powodu, że nie rozgrywa się Haven (zresztą, książkowe Haven leży w głębi kontynentu – patrz „Stukostrachy” – i nie ma nic wspólnego z serialowym miasteczkiem). Smaczki są, ale naprawdę bardzo luźne i trzeba mieć sporo dobrej woli, by w ogóle uznać je za smaczki.

    • No niestety, całą swoją opinię opieram na serialu samym w sobie, więc trudno mi oceniać powiązania ze źródłem, fakt – aczkolwiek sama do tej inspiracji podchodziłabym ostrożnie. To się zwykle lepiej sprawdza niż nastawianie się na udane adaptowanie książkowych oryginałów w ogóle :)

  • Lubię książki Kinga ale rzadko kiedy są dobrze przenoszone na ekran. O tym serialu podobnie jak Ty słyszałem opinie, że jest średni dlatego odpuściłem ale teraz chyba jednak dam mu szansę :)

  • Fka

    Haven – kolejny serial który oglądam, chociaż nie z zapartym tchem :) Nie widzę tutaj wielu powiązań do „Colorado Kid”, które czytałam dawno temu i pamiętam przede wszystkim to, że mi się nie podobało. Jeśli chodzi o serial, główna bohaterka to jedna z niewielu serialowych kobiecych postaci, która mnie do siebie przekonała. Zwykle sympatyzuję z męskimi bohaterami ;) Nie przeszkadza mi natomiast słabe rozwinięcie wątków uczuciowych. Nie widziałam jeszcze najnowszego odcinka i muszę to szybko nadrobić :)

  • osobiście lubię ten serial. oczywiście, zadka nie urywa, a staniki nie latają. w temacie paranormalnych zjawisk i tak w czołówce są Supernatural oraz Fringe. W Haven znajduję dokładnie te same zalety co Ty, a także te same wady. Mnie tematy paranormalne zawsze strasznie kręcą, a tutaj zostają bardzo ciekawie połączone z życiem bohaterów. wiele odcinków trzyma w napięciu, jednakże jak przechodzi do jakichkolwiek dramatycznych rozważań na temat człowieczeństwa konkretnych postaci to zaczyna wiać nudą. No, ale skoro twierdzisz, że nowy sezon daje nadzieję, to wyczekuję z niecierpliwością, kiedy obejrzę premierowy odcinek. Żałuję tylko, że premierę przesunięto z wakacji na jesień, ech…

  • oj próbowałam, ale zaniechałam oglądania mniej więcej po 4 odcinkach, pomysł ciekawy, masz rację, ale nie wystarczająco by zatrzymać mnie przed ekranem ;)

    • Pierwszy sezon rzeczywiście potrafi przynudzać, ale na szczęście w drugim znacznie się poprawił – potem już było z górki ;)

  • Demencjusz

    Przeczytałem i obejrzałem. I zdecydowanie wolę to co obejrzałem. Po 4 sezonie Haven muszę zdecydowanie powiedzieć, że serial jest naprawdę dobry. I nie brakuje mi w nim zawikłanych problemów męsko-damskich trójkątów zapętlonych w emocjonalny węzeł gordyjski. Oczywiście Haven to nie Buffy. Zupełnie inna kategoria i zupełnie inne priorytety. Ale jak zawsze kwestia tego co kto lubi. Dla mnie głównym atutem serialu są właśnie „Kłopoty” i wiele ciekawych i zaskakujących zwrotów zarówno w wątku głównej fabuły jak i w wątkach poszczególnych odcinków. I szczerze mówiąc ciekaw jestem bardzo, co jeszcze kłębi się w głowach scenarzystów.
    Serial gorąco polecam

    • No, ja wytrwałam do końca 3. sezonu, który już i tak mocno podważył moją wytrwałość. Niestety, wydarzenia szybko zaczęły mnie nudzić, a fakt, że Audrey jest usilnie pchana w ramiona Nathana – którego szczerze nie cierpię – zdecydowanie nie pomaga. Obejrzałam jeszcze premierę 4. sezonu, ale nie mogę się zmusić do nadrobienia reszty. Niestety, nie zagrało :)