Hansel i Gretel: Łowcy czarownic: Złapani na klimat

hansel-and-gretel-featured

Dochodzące z kilku frontów doniesienia o nieszczególnej trafności Hansela i Gretel: Łowców czarownic gryzły mnie, jak się okazuje, zupełnie niepotrzebnie. Według wielu opinii film miał być zmarnowanym potencjałem i nieudanym przykładem zabawy konwencją. Trochę się zgadza, trochę nie. Ale ogląda się go świetnie.

Myślę, że w nowoczesnym świecie kina rozpowszechniła się już kategoria filmów głupich, ale fajnych – produkcji czysto rozrywkowych, które bronią się swoistym klimatem i świetnie zgranymi, choć oczywiście absurdalnymi, elementami. Filmów, które pomimo swoich głupot, ogląda się z czystą przyjemnością, bo zostały nakręcone w pewnej łatwo przyswajalnej konwencji. Może to być komediowa gra aktorska, zabawny scenariusz, pastisz, dużo rzeczy. Takim filmom owe głupoty się wybacza, ba – bez nich nie byłoby tak fajnie. W Hansel i Gretel: Łowcy czarownic jest fajnie – właśnie dlatego, że to po prostu strasznie głupiutki film.

Osobom zaznajomionym z pojęciem mashupu – którego przykładem może być niedawna ekranizacja Abrahama Lincolna: Łowcy wampirów – nie trzeba pewnie wyjaśniać, że Hansel i Gretel to wzbogacona o elementy nowoczesnego horroru „kontynuacja” losów znanych z klasycznej baśni Andersena Jasia (Hansel) i Małgosi (Gretel) (polski dystrybutor szczęśliwie zdecydował się nie tykać oryginalnych wersji imion, choć poniekąd skomplikował nieco kwestię odbioru). Bohaterskie rodzeństwo, po spaleniu czarownicy w jej domku ze słodyczy, mimowolnie wkroczyło na wojenną ścieżkę z całym wiedźmim rodzajem. Przemierzając Europę, zyskali sławę i renomę jako najskuteczniejsi w swoim fachu łowcy czarownic. Pewnego razu zostają wynajęci przez burmistrza niewielkiego miasteczka do odszukania kilkorga dzieci porwanych w tajemniczych okolicznościach. Rutynowe zadanie postawi ich naprzeciw potężnej arcywiedźmy (Famke Janssen), której zagadkowe cele zmuszą brata (Jeremy Renner) i siostrę (Gemma Arterton) do zmierzenia się nie tylko z siłami zła, ale i ze swoją przeszłością.

Od tego się zaczyna.
Pożółkłe kartki papieru to bardzo klimatyczna rzecz.

Pierwsza ważna rzecz rzuca się w oczy już podczas samego narracyjnego wstępu, kiedy głos Hansela kolokwialnym językiem stwierdza, że wiedźmom trzeba palić tyłki (burn her ass). Od tego momentu już wiadomo, jaki to będzie film: całkowicie pozbawiony jakichkolwiek pozorów realności, a wręcz przekręcający je ku własnym, zwykle zabawnym, korzyściom. Gdy parę minut później Gretel używa słowa „fucking”, ja wygodniej rozłożyłam się na fotelu. Cokolwiek nie działoby się dalej, dobrze już wiedziałam, jak bardzo nie będzie się dało brać tego filmu na poważnie. Na całe szczęście twórcy dobrze wiedzieli, gdzie należy wyznaczyć pewną granicę, dzięki czemu Hansel i Gretel w swoim przeginaniu nie przegina, w sporym stopniu pozostając wewnątrz ustalonych barier niewiarygodności.

Mamy tu więc zastrzyki z insuliny i nagrania winylowe, kolekcję wycinków z gazet i przenośny elektryczny paralizator, maszynowe kusze i rozwarstwiające się pociski, i oczywiście całe mnóstwo podobnych kwiatków – i jest to jak najzupełniej w porządku. Jeśli zdarzyło mi się w trakcie seansu unieść z zakłopotania brew, bardzo szybko zbywałam ją wzruszeniem ramionami. Znacznie lepiej jest się dać ponieść fali, nie zadając żadnych pytań, których też wcale zadawać sobie nie trzeba. Zdecydowanie pomaga w tym fakt, że świat w Hansel i Gretel został zbudowany w tak prosty sposób, że ani nie musi się usprawiedliwiać, ani nie potrzeba go specjalnie ubarwiać. Wystarczy szczypta magii, odrobina steampunka i kilka fajnych zabawek,, i już można przestać go kwestionować. Nie potrzeba mu żadnych metalowych robotów (Wild Wild West), nagłych mutacji (Van Helsing) czy nie-wiadom0-jak złożonych sytuacji politycznych (Abraham Lincoln: Łowca wampirów) – wręcz przeciwnie, właśnie ich brak świetnie o tym filmie świadczy. Dzięki temu, że elementy fantastyczne są drobne, chociaż liczne, znacznie łatwiej można przyswoić sobie tę konwencję. Nie odwracają niepotrzebnie uwagi od tego, co w tym filmie najfajniejsze, po prostu znikają w tłumie.

Jedna z najbardziej klimatycznych scen w filmie.
Jedna z najbardziej klimatycznych scen w całym filmie.

Tymczasem najfajniejsze w tym filmie niekoniecznie okazuje się samo tłuczenie wiedźm. Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu – bo spodziewałam, bądź co bądź, bezmyślnej młócki – Hansel i Gretel bardzo ładnie poradził sobie z przedstawieniem swoich bohaterów. Już na początku filmu można zauważyć, że rodzeństwo to nie tylko para twardych profesjonalistów, ale również wrażliwych ludzi, którzy pod maską zawodowców skrywają bolesne rany z przeszłości. Zwraca uwaga zwłaszcza Gretel, która szuka odpowiedzi na trudne pytania, ale i Hansel, zamykający się w swoim własnym bólu, nie wypada gorzej. Duże wrażenie zrobiło też subtelne ukazanie ich wzajemnej zażyłości, bo ewidentnie widać, że są sobie bardzo bliscy i bardzo się o siebie troszczą. Co więcej, zarówno Hansel, jak i Gretel są postaciami wyjątkowo wyważonymi. Gretel to więc nie tylko nieustraszona wojowniczka, jakich do znudzenia pełno w podobnych produkcjach, ale jednocześnie kobieta delikatna i świadoma swoich słabości (scena z trollem). Z kolei Hansel, choć szorstki i cwaniakujący, dba o innych i jednocześnie boryka się z własnym przekleństwem. Te ludzkie cechy nadają im znacznie głębszego wymiaru – nawet jak na tak płytki film – szybko pozwalając się z nimi identyfikować. Być może zaskoczyło mnie to tak bardzo ze względu na oczekiwania, które zapobiegawczo przed seansem obniżyłam, ale dość powiedzieć, że była to naprawdę miła niespodzianka.

Podobnych niespodzianek jest tu jeszcze kilka, choć na największą uwagę zasługuje chyba jedna, bardzo wyraźna kwestia techniczna: Hansel i Gretel jest prawie całkowicie pozbawiony CGI. Efekty komputerowe ograniczają się w zasadzie do elementów magicznych (pocisków ciskanych przez wiedźmy, etc); przeważająca większość filmu to miks zdjęć, montażu, kabli i rekwizytów. Fakt ten nabiera dodatkowego znaczenia w przypadku postaci trolla, który został powołany do życia wyłącznie dzięki animatronice, a wyglądający żywiej i prawdziwiej niż każdy inny potwór animowany przez grafików. Z kolei latające na miotłach wiedźmy unosiły w powietrzu stare niezawodne druty. W paru miejscach jest to oczywiście ewidentnie widoczne, ale mówiąc szczerze, kupuję taki efekt nad każde skopane CGI bez mrugnięcia okiem. Co zabawniejsze, reżyser zdecydował się na ten krok ze względu na brak funduszy na sztuczki  komputerowe. Tak czy inaczej, brawa.

Bardzo klimatyczna karczma.
Nie mogło też zabraknąć klimatycznej karczmy.

Tutaj z pochwałami muszę się jednak zatrzymać, bo pomimo swoich wielu zalet, Hansel i Gretel mimo wszystko nieco swój potencjał marnuje. Na tak zgraną parę charyzmatycznych bohaterów pojawia się tu zaskakująco mało dowcipnych tekstów, które często aż cisną się na usta. To pewnie dlatego film może się wydawać zbyt poważny, a jego konwencja bywa błędnie odczytywana. W przeważającej mierze film mówi raczej obrazem niż słowem (zdarza się tu kilka dość ciekawych zgonów, które sporo mówią o przyjętych przez niego normach), ale brakuje do nich jakiś trafnych komentarzy. To największa bolączka Hansela i Gretel, która może go nie burzy, ale z pewnością mu nie pomaga. Druga rzecz to niestety głupie dziury logiczne. Nie mogłam pojąć, czemu wiedźmy latają na miotłach w środku lasu, zamiast nad nim (jak im się raz czy dwa zdarza), dopóki nie zobaczyłam zastawionej na nich pułapki. Oczywiście, latają po lasach po, żeby nadziewać się na pułapki, bo po nic innego. Z innej strony nie do końca było dla mnie zrozumiałe zachowanie Hansela wobec Miny: najpierw nie (dlaczego?), potem nagle tak (dlaczego?). Nie oba pytania nie znalazłam odpowiedzi do końca filmu.

Tak czy inaczej, całościowo była to naprawdę fajna produkcja, przy której bawiłam się radośnie i bez grama nudy, a do tego o wiele lepiej niż się spodziewałam. Jeremy Renner i Gemma Arterton, na których zawsze miło popatrzeć, świetnie wyczuli swoje role w tym scenariuszu, choć Famke Janssen, szczerze mówiąc, trochę ich przyćmiła. Jeśli weźmie się pod uwagę, że to produkcja dla fanów gatunku – horror akcji w klimacie fantasy – powinno się uniknąć rozczarowania. Tym fanom przygodę rodzeństwa zdecydowanie polecam. No i pamiętajcie: cokolwiek by się działo, don’t eat the fucking candy.

Hansel i Gretel: Łowcy czarownic (Hansel and Gretel: Witch Hunters), 2013
Reżyseria: Tommy Wirkola
Scenariusz: Tommy Wirkola, Dante Harper
Obsada: Jeremy Renner, Gemma Arterton, Famke Janssen, Pihla Viitala, Peter Stormare, Thomas Mann
Ocena: 8/10

  • Pusiu

    Wesoła zabawa konwencją, zabawą konwencją, ale ten film jak dla mnie przekracza granicę poza którą już przestaję się śmiać, a zaczynam się głośno zastanawiać „co ja oglądam”. Rennera nie znoszę, pomysł na film mnie odpycha. Pewnie w końcu „Hansel and Gretel…” obejrzę. Ale raczej nie będę przy tym trzeźwa.

  • Guest

    Tak czytam Twoją recenzję i mam wrażenie, że nie tyle oglądałyśmy inne filmy, co miałyśmy do tego samego filmu zupełnie inne podejście. Nie jestem w stanie dokładnie określić jakie, ale może to kwestia wymagań – moje były zawyżone, Twoje obniżone.
    However, fajnie poczytać składną, ładnie napisaną recenzję i poznać Twoje zdanie, które bardzo szanuję. Jednak pozostanę przy swoim. De gustibus, i tak dalej ;)

  • tantilibri

    Hmmm, a mnie zachęciło do obejrzenia. Bo wcześniej, zniechęcony dziełem pt. Bracia Grimm, postanowiłem darować sobie tego typu pomysły. Jak widać, może niesłusznie. Zatem, chętnie obejrzę, zwłaszcza że fajni aktorzy (Hansel, Czarownica).

    http://tantilibri.wordpress.com/

  • Rany, jak to dobrze mieć wreszcie czas odpisać (głęboki oddech ulgi).

    Pusiu, z jednym się zgadzam bezapelacyjnie: jeśli miałabym obejrzeć film, który mi nie leży, a do tego z aktorem, za którym nie przepadam, bez drinka bym nawet nie podchodziła ;) Tak zrobili moi znajomi na „Królu Arturze” – bawiłam się przednio, śmiejąc się z tego filmu do rozpuku ^^

    Myszo, to musi być kwestia nastawienia, w nic innego nie uwierzę :P Choć ciekawa rzecz: mnie akurat „Van Helsing” nie podobał się okropnie i cierpiałam w kinie straszne katusze, bo stopień nieprawdopodobieństw i wyolbrzymień dosłownie mnie powalił. Chciałam obejrzeć film o przystojnym łowcy wampirów, a dostałam jakieś mutujące transformersy. Na dodatek wtedy całkowicie nie cierpiałam Kate Beckinsale i skręcało mnie na samą myśl, że ona w tym filmie gra. Teraz na szczęście mi to przeszło i Kate uwielbiam, dlatego w niedługim czasie planuję odwiedzić „Van Helsinga” jeszcze raz ;) Ale z innej strony: uwielbiałam też np. strasznie kiepściutką „Ligę Niezwykłych Dżentelmenów”. Zobaczę, czy to mi to jeszcze zostało ;)

    tantilibri, cieszę się, że zachęciłam do obejrzenia, mam nadzieję, że film się spodoba. Może bardziej zachęci Cię też to, że „Bracia Grimm” mnie też rozczarowali na całej linii, a na „Hansel Gretel” bawiłam się przednio ;)

    • Van Helsing i mutujące transformersy? Gdzie niby? Oglądałam ten film już z 10 razy i akurat nic mi takiego na myśl nie przyszło nigdy. Wampiry się zmieniały, ale nie było ich na ekranie nie wiadomo ile, żeby aż tak to miało zrazić. No ale ja tam Kate uwielbiałam wtedy i Hugh.. A już sama muzyka w filmie nie pozwoliłaby mi go nie trawić. Ale za to Ligę Niezwykłych Dżentelmenów też uwielbiam ;)