Halo 4: Forward Unto Dawn: Naprzód ku uznaniu

halo-4-tom-lasky

Halo 4: Forward Unto Dawn to najlepsza rzecz, jaką obejrzałam w tym roku. Bezsprzecznie obejrzę w nim jeszcze mnóstwo innych rzeczy – o większym lub mniejszym rozmachu – ale szczerze wątpię, żeby coś zaskoczyło mnie bardziej. Inteligentnie napisane militarne science-fiction nie rosną w końcu jak grzyby po deszczu.

Halo 4: Forward Unto Dawn to kilka rzeczy w jednym. Przede wszystkim to serial internetowy nakręcony w 2012 roku w ramach kampanii reklamowej przed premierą Halo 4, czyli czwartej części popularnego shootera na platformy Microsoftu. Jeśli jednak martwicie się, że brak znajomości gier miałby okazać się barierą nie do przejścia, powinniście odetchnąć z ulgą: powstaniu serialu przyświecała myśl o poszerzeniu widowni dla serii, tak więc wydarzenia w nim opisane są praktycznie niepowiązane z jej główną linią fabularną. Po drugie, Halo 4: Forward Unto Dawn to twór z gatunku militarnego science-fiction, więc jeśli lubicie space marine’sów i ich duże giwery, to propozycja idealna dla Was. Po trzecie, Halo 4: Forward Unto Dawn jest również dramatem rozgrywającym się w głowie głównego bohatera, który nie potrafi znaleźć dla siebie miejsca w odwiecznej wojnie z nieprzyjacielem – i dlaczego. A po czwarte, jeśli to wszystko zgrać w jednym scenariuszu, przyprawić dobrym aktorstwem,  genialnymi zdjęciami, rewelacyjną muzyką i wiarygodnymi efektami, a na deser wyraźnie widoczną wizją reżyserską, to wychodzi produkt, który z niszowego gatunku potrafił wyciągnąć maksimum formy i treści. Nic dziwnego, że dopiero co wygrał tegoroczne Streamy Award, czyli nagrodę za najlepszy serial internetowy.

Prawdopodobnie nie usłyszałabym o Halo 4: Forward Unto Dawn, gdyby właśnie nie te nagrody. Seriale internetowe wciąż są mi jeszcze obce, a i z serią nie miałam wcześniej do czynienia, dlatego dopiero news na Serialowej wzbudził moje zaciekawienie. Moją uwagę od razu przyciągnęło nazwisko Anny Popplewell, dobrze znanej z dwóch pierwszych ekranizacji Narnii. Uznałam, że coś musi być na rzeczy. Ale że było co najmniej trzy razy więcej, niż się spodziewałam, przekonałam się już w pierwszych pięciu minutach.

halo-4-01

Akcja Halo 4: Forward Unto Dawn dzieje się w roku 2525, w akademii wojskowej zajmującej się szkoleniem dzieci wpływowych dygnitarzy. Świat pochłonięty jest długoletnią wojną z tzw. powstańcami (insurrectionists, „innies”) – terrorystami walczącymi przeciwko aktualnemu ustrojowi. Wiara w słuszność wojny z powstańcami jest siłą napędową społeczeństwa, a służba wojskowa dla wielu młodych to nie tylko szansa na karierę, ale i zaszczyt. Jednak Thomas Lasky, syn zasłużonej pani generał, pragnąłby innego rozwiązania – takiego, które byłoby pozbawione niepotrzebnego rozlewu krwi. Wahanie i brak wiary w sprawę odciskają piętno na jego szkoleniu i wciąż zaniżają wyniki jego drużyny. Nie ciesząc się popularnością, szuka pocieszenia w nagraniach przysyłanych przez brata. Na domiar złego, cierpi na wyjątkowo rzadkie uczulenie, które może zaważyć na jego całej karierze w wojsku. Zanim jednak jest mu dane podjąć jakąkolwiek decyzję, planeta, na której znajduje się akademia zostaje zaatakowana przez obce istoty. Rozpoczyna się walka o przetrwanie, w której dotychczasowe rozterki przestają mieć znaczenie.

Jak widać, scenariusz opiera się na bardzo klasycznym schemacie – miotający się bohater w nagłym chaosie odnajduje w końcu sens – ale w dużej mierze unika popełniania wielu klasycznych błędów. Nie tylko unika, co widać, że myśli odrobinę poza schematem. Można to zauważyć już na samym początku, kiedy w pierwszych scenach następuje przedstawienie bohaterów: dostajemy skrót najważniejszych faktów, ale zamiast głosu narratora czy standardowego tekstu na czarnym tle mamy do czynienia z wywiadami, w których bohaterowie biorą udział przed niewidzialną kamerą. Pokrótce przedstawiają siebie, swoje opinie na temat wojny i swoje miejsce, jakie w niej widzą, a to bezbłędnie kształtuje ich charaktery jeszcze zanim pada jakakolwiek linijka dialogu. A co lepsze, to świetne startowe wrażenie nie znika, bo im dalej w fabułę, tym bardziej staje się jasne, że Halo 4: Forward Unto Dawn nie będzie podawać wszystkiego na tacy.

Przede wszystkim to kwestia narracji. Historię Lasky’ego – jego odizolowania, prób odnalezienia sensu w wojnie i swojego miejsca w grupie – obserwujemy w kawałkach, które niespiesznie, nie mówiąc wielu rzeczy otwarcie, budują obraz jego wewnętrznego rozdarcia. Tutaj od razu zaznaczę, że serial widziałam już w całości, więc jak to się rozkłada na poszczególne odcinki niestety powiedzieć nie umiem. Jestem za to przekonana, że na tak poprowadzonym scenariuszu mógłby się oprzeć niejeden film kinowy, którym w wielu miejscach Halo 4: Forward Unto Dawn depcze po piętach. Język serialu używa do opowiadania przede wszystkim obrazu (wspomniałam już o genialnych zdjęciach, nota bene również nagrodzonych Streamy Award?) Mamy tu więc zbliżenia na twarz, ujęcia na wprost, dalekie plenery podkreślające „małość” postaci, wszystko, co wyłącznie w sposobem ilustracji potrafi zawrzeć wyraźnie czytelną treść. Dodajmy do tego surowość akademii, panujących w niej zasad i nawet i jej wystroju, i obraz duchowego zagubienia, przez pryzmat którego poznajemy historię głównego bohatera, jawi się czysty jak łza. Nie potrzeba tu już żadnych wyjaśnień, które łopatologiczne wyjaśnią sprawę „na wszelki wypadek”. Wielu rzeczy, choć nie wypowiedzianych, można się oczywiście domyślić, ale zanim to nastąpi zdążą już wzbudzić gdzieś pod czaszką nurtujące wątpliwości. Bo czy aby na pewno dobrze się nam wydaje? Myślenie, do jakiego serial zmusza – mimowolne – nie pozwoliło mi oderwać się od ekranu.

halo-4-05

To ostatnie jest widoczne zwłaszcza w pierwszej połowie całości, bo zupełnie donikąd się ona nie spieszy. Spokojnie buduje podwaliny pod dalsze wydarzenia, i nie ma tu sceny, która później okazałaby się nie mieć na Lasky’ego dalszego wpływu. Wiele podobnych historii boryka się z problemem wiarygodnego przejścia od „zera” do „bohatera”, ale w Halo 4: Forward Unto Dawn jest ono prawie bezbolesne – bo krok po kroku dostajemy wszystko, czego potrzeba do właściwego odzwierciedlenia jego perspektywy. W drugiej części akcja przeskakuje już na inną płaszczyznę, wszystko zaczyna dziać się o wiele szybciej i bardziej chaotycznie, ale na już zbudowanych fundamentach charakter i decyzje bohatera stają się znacznie bardziej czytelne. To w zasadzie podstawowa zaleta, która tak mnie w tym serialu oczarowała – konsekwentnie i wyraźnie zarysowana charakterystyka bohatera, z wykorzystaniem szerokiego spektrum środków dostępnych w kinematografii.

Tutaj pojawia się jednak problem, ponieważ Lasky bynajmniej nie jest jedynym bohaterem Halo 4: Forward Unto Dawn. W zasadzie jest to jeden z dwóch wyraźniejszych problemów, jakie w serialu dostrzegłam, który w trakcie oglądania specjalnej różnicy mi nie robił, ale już po zastanowieniu się nie daje o sobie zapomnieć. Bo o co chodzi: jako główny bohater, Lasky ma w scenariuszu centralne miejsce – to jest jego historia, on ma z niej wyjść zwycięsko – w efekcie czego reszta postaci robi dla niego za tło, których rolą jest w zasadzie tylko spełnienie określonego zadania. Ich charaktery są w dużej mierze jedynie zaznaczone, przez co bardzo jednowymiarowe, co z kolei uniemożliwia nawiązanie z nimi jakiejkolwiek głębszej relacji. Nawet przyjaciółka Lasky’ego, bez wątpienia mająca na niego kluczowy wpływ, nie wyróżnia się niczym więcej poza stanowczym usposobieniem i niezłomną wiarą w słuszność sprawy. Koniec końców, gdy w trakcie ataku jesteśmy świadkami kolejnych śmierci, ciężko wykrzesać z siebie jakieś głębsze odczucia i żal. Żeby tego było mało, serial naszkicował wiele wątków pobocznych dotyczących dynamiki w drużynie – jak np. tradycyjny rywal – z których ostatecznie wcale nie skorzystał. Trudno wykrzesać z 75-ciu minut pełnię scenariuszowego szczęścia, wiadomo, ale trudno też nie dostrzec, że w tej fabule kryło się odrobinę więcej.

A drugi problem? Coś, co sfabularyzowaną militarną tematykę dotyka niemal w każdym medium, przez jakie się przewija, czyli niestety pewną dawkę patosu. Uwaga, nie jest źle, możecie mi wierzyć. W kulminacyjnych momentach pod koniec – kiedy pojawia się Master Chief i następuje heroiczny ratunek – wizerunek wojska, właśnie w osobie Master Chiefa, jest jednak wyraźnie idealizowany. Master Chief może praktycznie wszystko, niczego się nie boi i z narażeniem życia chroni słabszych od siebie, a to nieco się kłóci z mętnym przedstawieniem służby w pierwszej połowie (moralnie niejednoznacznym, przynoszącym cierpienie  i wątpliwości na różnych poziomach, etc.). Wraz z  pojawieniem się Master Chiefa, Halo 4: Forward Unto Dawn zmienia się w zasadzie w nieco inny serial – naładowany akcją, przez co dający bohaterowi kluczowy bodziec do działania, ale już w bardzo prostolinijnej formie. Na szczęście końcówka – zwłaszcza pewna scena w transportowcu – przywraca na pożegnanie to początkowe uczucie niepokoju, praktycznie w pełni wynagradzając fakt, że scenariusz zgubił gdzieś na kilka minut drogę. Zadowolony uśmiech sam wypłynął mi na twarz, słowo.

halo-4-03

A skoro jesteśmy przy akcji, absolutnie nie można zapomnieć o pochwałach wobec efektów, kostiumów i rekwizytów. Budżet serialu wynosił prawie 10 milionów dolarów (sami twórcy określają go jako „najdroższy serial internetowy na świecie”, „porządny pilot telewizyjny ze średniej półki” albo „super-tani film niskobudżetowy”), a to pozwoliło na stworzenie naprawdę imponującego zaplecza. Większość finansów poszła oczywiście w efekty komputerowe, ale od razu widać, że były to bardzo dobrze wydane pieniądze. Postacie obcych – choć nigdy tak naprawdę nie do końca widoczne  – to profesjonalne wykonane CGI, które nie zbudza w zasadzie żadnych wątpliwości. Świetnie zanimowane, naturalnie wchodzące w otoczenie, pozbawione rażącej w oczy sztuczności, niczego więcej chcieć nie trzeba. Fakt, że ze względu na ograniczenia, obcy pojawiają się tylko tu i tam, a na dodatek znikają w mgnieniu oka, wpłynął na wytworzenie odpowiedniej atmosfery, przy okazji pokazując, że wcale nie potrzeba w tym celu zalewać ekranu armią kosmitów – a w pewnych przypadkach wręcz lepiej takich środków unikać (czemu dowodzi klasyczny przykład Bruce’a, sztucznego rekina ze Szczęk). Dla mnie to jak nic dowód na to, że Halo 4: Forward Unto Dawn skupił się przede wszystkim na fabule, i chwała mu za to. Przy okazji od razu nasuwa mi się porównanie z Battlestar Galactica: Blood & Chrome, z którego ten drugi pod wieloma względami zwycięsko na pewno nie wychodzi.

Z drugiej strony są kostiumy, rekwizyty, wystrój – zbroje wojskowe, zbroja Master Chiefa, uzbrojenie, mundury – no i przede wszystkim pancerny Warthog skonstruowany przez samą Weta Workshop. Może zaczynam być drobiazgowa, ale jak już zaczęłam oglądać i dostrzegłam, że wszystko w tym serialu było tego oglądania warte, zachwyty nad szczegółami przychodziły same z siebie. Choćbym chciała, nie mam się do czego przyczepić, po prostu mucha nie siada.

A teraz się przyznam – powiedziałam nieprawdę. Bo tak naprawdę miałam wcześniej do czynienia z Halo: w postaci komediowego serialu sieciowego od Rooster Teeth, Red vs Blue. Serial z serią ma w zasadzie tylko jeden wspólny mianownik – wykorzystuje postacie i środowisko generowane przez grę, ale tworzy swoją własną, zupełnie absurdalną, przezabawą i wielowątkową historyjkę (wieloodcinkową i wielosezonową też), przy której swego czasu zrywałam boki. Przyznaję się akurat w tym miejscu, bo wspomniałam o Warthogu, czyli pancernym pojeździe wojskowych oddziałów w Halo. Jeśli ktoś tak jak ja Halo kojarzy wyłącznie z Red vs Blue, to wierzcie mi, usłyszenie nazwy „Warthog” w całkowicie poważnym kontekście, w jakim zostało użyte w Halo 4: Forward Unto Daw, jest naprawdę naprawdę zabawne. Nie dałam rady powstrzymać wesołego parsknięcia, które wyrwało mi się z ust.

halo-4-04

No i teraz pytanie – jak to się właściwie stało, że ten serial aż tak się udał? Otóż jakiś czas temu studio 343 Industries, odpowiedzialne w Microsofcie za universum Halo, wypuściło w obieg dwa krótkie filmiki – The Life (aktorska reklama) i Landfall (kompilacja aktorskich trailerów). Pierwszy z nich wyreżyserował Rupert Sanders (który później nakręcił Królewnę Śnieżkę i Łowcę), drugi Neill Blomkamp (znany głównie dzięki Dystryktowi 9). Obie rzeczy powstały z myślą ewentualnego zainteresowania studiów filmowych wyprodukowaniem filmu pełnometrażowego. Studia ostatecznie projektu się nie podjęły (choć były plany), ale filmiki spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem. Idąc ich tropem, 343 Industries postanowiło stworzyć serial, który wprowadziłby nie-fanów do ich universum, pozwalając poznać je bez konieczności grania w gry. Na reżysera wybrany został Stewart Hendler, który nakręcił wcześniej dwa horrory, Ty będziesz następna (Sorority Row) i Zabójczy szept (Whisper), a do tego siedzi przy internetowym hicie H+: The Digital Series. Hendler z kolei na reżyserię by się nie zgodził, gdyby nie chodziło własnie o Halo, którego od dawna był wielkim fanem. Tymczasem scenarzyści zostali wybrani w drodze eliminacji; ostatecznie robota przypadła duetowi braci  Helbing – Aaronowi i Toddowi (współtwórcom Mortal Kombat Legacy) – którzy wykazali się wyjątkową znajomością klimatu serii. Więc jak to się stało, że Halo 4: Forward Unto Daw okazał się takim sukcesem? Bo zadbał o właściwe osoby na właściwych stanowiskach. Utalentowana ekipa składająca się z fanów, którzy doskonale umieją poruszać się po świecie swojej ulubionej serii, to nie łut szczęścia. To konsekwentnie realizowana wizja, która odbija się niemal w każdym kadrze.

To samo dotyczy się zresztą obsady. Poza wspomnianą wcześniej Anną Popplewell, główna obsada była mi całkowicie obca, ale szybko okazuje się, że wyłowiona zdecydowanie trafnie. Pomimo niewielkich dorobków na koncie, widać, że nie wzięli się z ulicy, a już na pewno uznanie należy się Tomowi Greenowi, który postacią Lasky’ego mógł przecież położyć cały serial. Nie położył – zagubienie jego bohatera było naprawdę widoczne, bo nie ma chłopak problemu z oddaniem wrażliwości. W kilku miejscach pojawiają się oczywiście problemy – mniej więcej w tych samych, w których scenariusz odrobinę zbacza z toru – ale w kontekście całości nie było to naprawdę nic, co psułoby mi zabawę. Szkoda tylko, że większość aktorów nie dostała szansy na lepsze wykreowanie swoich bohaterów, bo naprawdę kryło się z nich zdecydowanie więcej potencjału. Największego zgrzytu doświadczyłam za to słuchając głosu Master Chiefa, który sam w sobie jest niczego sobie, ale zbyt wyraźnie słychać, że był nagrywany w studiu. Darth Vader też był nagrywany w studiu, ale jakoś brzmiał jak człowiek. I stosownie do sytuacji.

Za to największą niespodzianką dla geeka, który ogląda strasznie dużo rzeczy z tego samego gatunku, była obecność dwóch, jakże doskonale rozpoznawalnych już twarzy, bowiem w Halo 4: Forward Unto Dawn w epizodycznych rolach pojawiają się Mike Dopud i Ty Olsson. Widuję ich co jakiś w tym czy innym serialu sf, ostatnio widziałam ich razem w Battlestar Galactica: Blood & Chrome. Za jednym razem to szansa, za drugim zbieg okoliczności, jak zobaczę ich razem w trzeciej produkcji, uznam to za wzór i wezmę ich pod lupę.

I na koniec wreszcie pytanie: czy wszystko powyższe wystarczy, żeby zachęcić Was do obejrzenia tego tytułu? Bo wierzcie mi, wystarczy, że będziecie fanami dobrego science-fiction, które każe Wam nieco pomyśleć, nakarmi efektownymi sekwencjami akcji i na deser pokaże, że wszystko to zrobiło w oparciu o scenariusz. Jak pisałam – to najlepsza rzecz, jaką obejrzałam w tym roku. Po prostu. Zobaczymy, czy coś ją jeszcze pobije.

Halo 4: Forward Unto Dawn, 2012
Reżyseria: Stewart Hendler
Scenariusz: Aaron Helbing, Todd Helbing
Obsada: Tom Green, Anna Popplewell, Enisha Brewster, Osric Chau, Kat De Lieva, Daniel Cudmore, Mike Dopud, Masam Holden, Ayelet Zurer, Iain Belcher
Ocena: 9/10

P.S. Jak już będziecie oglądać, zostańcie do końca napisów. Trust me.

  • Pusiu

    Jestem zapaloną Xboxiarą, ale nigdy mnie do „Halo” nie ciągnęło Nie grałam, nie znam i nawet z ręką na sercu muszę przyznać, że bardzo słabo orientuję się w tym uniwersum. Po gry pewnie już nigdy nie sięgnę (w każdym razie na pewno nie w tej generacji konsol), ale filmowi dam szansę skoro nie wymaga ode mnie znajomości serii, a Ty go tak zachwalasz. Wątpię jednak czy przebije moje ulubione BSG.

    • Hmm, ale które „BSG”? Bo jako militarny serial SF ogólnie u mnie też nie ma sobie równych, ale na pewno z wyłączeniem „Blood and Chrome” ;)

      • Paweł Zarzycki

        Obejrzyj „Space:Above and Beyond” jeśli jeszcze nie widziałaś. Jeżeli lubisz „militarne SF” to się spodoba.

        • Oglądałam, oglądałam, w dodatku bardzo mi się podobało – ale oglądałam w latach tak dawnych (kiedy leciał na Polsacie), że dzisiaj naprawdę boję się do tego wrócić. Próbuję zmusić się już od jakiegoś roku i jeszcze mi to chyba zajmie ;)

          • Goon

            Trochę się wizualnie zestarzało, ale dalej daje radę (jakieś półtora roku temu po raz kolejny widziałem).

  • Goon

    Dzięki wielkie za recenzję,powiem szczerze, że byłem dość sceptycznie nastawiony co do tego serialu i nie za bardzo brało mnie na sięgnięcie po niego, szczególnie że również w 2012 roku wyszła książka „Halo: Upadek Reach”, która moim zdaniem była dość słaba – sprawiała wrażenie dodatku wyprodukowanego dla stałych fanów serii. A tu proszę, kawał fajnego żołnierskiego SF przypominającego trochę „Space Above and Beyond” i to jeszcze na bazie shootera ;)

    Ps. Sztuczny głos Master Chiefa to prawdopodobnie zamierzony zabieg – brzmiał niemal identycznie jak w grze. [Nerd mode]Poza tym koleś był zapakowany w dobrze zaizolowaną zbroję, więc głos mógł dochodzić z zewnętrznego zestawu głośników[/Nerd mode]

    • Głos był na pewno dubbingowany, bo Master Chiefa grało dwóch aktorów – jeden fizyczny (Daniel Cudmore), drugi właśnie jako głos (Alex Puccinelli). O brzmieniu w grze się nie wypowiem, po prostu moim zdaniem w serialu nie wyszło to tak naturalnie :)

      Co jednakowoż nie zmienia faktu, że serial dobry, nie? ^^

      • Goon

        2 x tak :) Poza tym fajnie by było gdyby nakręcili jakiś ciąg dalszy, może już nawet jako normalną produkcję, dobrego SF nigdy dość ;)

        • Goon

          Ps. Jeszcze jedna rzecz bardzo mi się spodobała w tym serialu – winda kosmiczna, rzadki widok w produkcjach SF (ostatnio coś takiego widziałem w którymś odcinku ST „Voyager”), a bardzo lubię jak pojawiają się wynalazki, o których na ogół tylko czyta się w książkach popularno-naukowych.

  • Seji

    Toż wspominałem, że H:FUD jest fajne jakieś pół roku temu. ;) Przy okazji, zobacz Starship Troopers: Invasion. Animacja nieco drewniana, a fabuła ma w sobie dziesiątki głupot, ale to całkiem fajny film o pancerzach wspomaganych i robalach z Klendathu. :)

    • Pamiętam wzmiankę o „Starship Troopers: Invasion” i polecankę „Space: Above and Beyond”, ale o „H:FUD” ani słowa. No ale jak widać, powinnam słuchać starsz… e, bardziej obeznanych ^^

  • Paweł Zarzycki

    Mi się w tym filmie szalenie spodobał pomysł, że przeciwnik ma w hełmach nadajniki pozwalające go wykryć. :D

  • Jaxa

    Czy BSG to mSF to kwestia dyskusyjna… jeżeli już to raczej wczesne niż późne odcinki :P
    Królem mSF pozostaje Starship Troopers – Roughneck Campaign – starenki serial 3d-animowany na bazie ST.
    Wing Commander ktorego nikt tu nie wymienil dzielem wybitnym nie jest ale rade daje :P
    (zwlascza jak ktos sie na WC wychowal)
    Co nie zmienia tego ze Halo sobie obejrze