Grojkon 6: Zdecydowanie udana wyprawa

grojkon-6

Ciężko jest mi zacząć pisać o Grojkonie bez stwierdzenia jednej podstawowej rzeczy – że dawno tak świetnie nie bawiłam się na konwencie – więc od tej pozwolę sobie zacząć: dawno tak świetnie nie bawiłam się na konwencie. Co prawda w tym roku ominęło mnie kilka równie ciekawych propozycji, takich jak Pyrkon czy Polcon – przez co stwierdzenie to nabiera nieco innego znaczenia – ale tak czy inaczej Grojkon, konwent kompletnie mi nie znany, zapewnił mi masę radochy, przy okazji wywołując we mnie pragnienie roztrojenia się. Tak dużo fajnych rzeczy działo się naraz.

Jak wspomniałam w swojej zapowiedzi, Grojkon 6 był moim pierwszym Grojkonem, ale do tego czasu zdążyłam nasłyszeć się wielu pozytywnych opinii na temat poprzednich edycji. Trudno powiedzieć, czy miałam jakieś konkretne oczekiwania, ale od momentu zgłoszenia swoich punktów i kontaktu z organizacją  byłam już w zasadzie przekonana, że będzie dobrze (na co niemały wpływ miała również silna krakowska ekipa, ale to tak btw). Początki nie były jednak łatwe – najpierw dwa osobne stanowiska akredytacyjne zdążyły skierować mnie do siebie nawzajem po dwa razy, bo członkowie obsługi nie wiedzieli, gdzie i jak zaakredytować twórców programu (okazało się, że wszyscy uczestnicy konwentu akredytowali się jako Uczestnicy), a potem ze zdumieniem odkryłam, że nie wszystkie punkty programu zostały opisane w informatorze – w tym moje Premiery serialowe. To był jednak tylko piątek – sobota okazała się całkiem inną bajką.

Z samego rana – to znaczy jeszcze przed zjedzeniem śniadania w rewelacyjnej stołówce uczelnianej – moja poranna prezentacja o mashupach została przeniesiona na niedzielę, bo organizatorzy potrzebowali bardzo pilnie wstawić wcześniej jakieś warsztaty. Dostałam dzięki temu darmową reklamę na drzwiach kilku sal prelekcyjnych, a do tego mogłam wziąć udział w konkursie Funia Szalony świat 80-tych lat! I 90-tych trochę też, czyli wesołej zgadywance najpopularniejszych utworów wałkowanych na dziesiątą stronę w radiach jak długie i szerokie. Z tymi hitami jednak jest taki problem, że o ile bez problemu potrafię przypomnieć sobie melodię i tekst, tak z pamiętaniem tytułów i wykonawców nie jest już tak różowo. Zabawa była jednak fajna, choć Funio już na starcie nikogo nie oszczędzał: pierwszą konkurencją było wypisanie jak największej ilości wykonawców znanego i lubianego „We Are the World” – z tym, że za każdego poprawnego był plus, za każdego błędnego minus. Konkurs można więc było rozpocząć z niezłym ujemnym wynikiem na koncie. Ostatecznie mojej drużynie udało się wylądować na miejscu drugim, ale to też duża zasługa możliwości przejmowania punktów. Sama zabawa zaczęła się też z ponad półgodzinnym opóźnieniem, bo najpierw sala konkursowa była zamknięta i trzeba było szukać po konwencie klucza, a potem zabrakło w niej podstawowego sprzętu – nie było ani laptopa, ani głośników. Kryzys został oczywiście zażegnany, choć trochę to trwało, ale nie był to niestety ostatni przypadek złej organizacji technicznej.

Darmowa reklama. Przy okazji widać, jak ładnie były oznaczone punkty programu odbywające się w danej sali.
Darmowa reklama. Przy okazji widać, jak ładnie były oznaczone punkty programu odbywające się w danej sali.

Dokładnie ten sam problem, w dokładnie tej samej sali, pojawił się w drugiej połowie dnia, kiedy odbywał się Filmowy Konkurs Muzyczny Mateusza „Cravena” Wielgosza. Bardzo chciałam się na nim zjawić, bo podczas Avangardy pokrywał się z którymś z moich punktów i chcąc nie chcąc musiałam z niego zrezygnować – a jako słuchaczka soundtracków całkowicie odmówić go sobie nie mogłam. Znów jednak nie było laptopa, znów nie było głośników, znów konkurs rozpoczął się z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Entuzjazm zdążył mi opaść (nawet na moment przysnęłam, żeby się zregenerować), a sam konkurs już mi go niestety nie przywrócił. Problem był jeden – zresztą problem, który w konkursach wiedzowych pojawia się zazwyczaj. Zna się cudze odpowiedzi, a swoich nie. Tradycyjnie, nie było możliwości przechwytywania punktów, więc moja frustracja rosła z rundy na rundę, aż w końcu nasza drużyna odpadła i sobie poszliśmy. Większość czasu i tak spędziłam na głębokim wewnętrznym postanawianiu, że jeśli kiedykolwiek zrobię jeszcze jakiś konkurs, nie będzie to już konkurs stricte wiedzowy. Będzie kreatywny, improwizacyjny, kalamburowy, ale element losowej zgadywanki runda po rundzie zostanie wyeliminowany do niezbędnego minimum.

Dla kontrastu, kompletnie dygresyjnie powiem, że najlepszym konkursem w odgadywanie muzyki filmowej, w jakim brałam udział, był konkurs niejakiego Sony’ego, poprowadzonym m.in. FanFeście ze dwa lata temu. Konkurs teoretycznie nie wychodził poza ramy zwykłej wiedzówki, ale miał wyjątkowo satysfakcjonujący system przechwytywania punktów, które zdobyć mógł nie ten, który zgłosił się pierwszy, ale wszyscy uczestnicy naraz. Taki sposób nagradzania cieszył wszystkich, bo w każdej pojedynczej rundzie można było zdobyć dla siebie punkt (razem z jedną dziewczyną, z którą byłam w drużynie, zdobyłyśmy nawet 6 za jednym razem, bo żaden z facetów na sali nie znał tematu przewodniego do Przeminęło z wiatrem). Koniec dygresji.

Jeśli chodzi o punkty programu, na powyższych sobota się dla mnie zakończyła. Nie zdołałam już trafić na żadną prelekcję, bo biegałam pomiędzy swoimi, przy okazji próbując jeszcze czymś się pożywić i zobaczyć tyle, ile tylko się da, ale szczerze – nie żałuję. Nie żałuję głównie dlatego, że najlepszą rzeczą, jaka przydarzyła się na konwencie sobotę bez wątpienia był dla mnie Artemis – symulator mostka statku kosmicznego. Dokładnie tak, symulator mostka statku kosmicznego. Inaczej mówiąc, Artemis to komputerowa gra społecznościowa, w której gracze wcielają się w poszczególnych członków załogi na mostku typowego okrętu kosmicznego. Każdy z nich, a może być ich aż sześć, obejmuje konkretne stanowisko – sternika, oficera naukowego, inżyniera, łącznościowca, operatora uzbrojenia. Mają do dyspozycji osobne konsole, na których w czasie rzeczywistym wyświetlane są aktualne dane dotyczące misji. Na mapie pojawia się wrogi obiekt? Trzeba go zeskanować, zbadać, porozumieć się, ew. wyeliminować (najczęstszy przypadek). Statek został trafiony? Trzeba wyrównać moc. Musimy lecieć do bazy? Trzeba wyznaczyć kurs, etc. etc. Załogą dowodzi oczywiście kapitan, którego zadaniem jest spełnić założenia podzielonych na levele misji. Każdy, kto oglądał Star Treki powinien dokładnie wiedzieć o co chodzi – Artemis jest Star Trekami wyraźnie inspirowany, ale nie tylko. Dzięki możliwości przełączenia napędu warp na napęd skokowy, najlepiej kojarzony z nową Battlestar Galactica, zabawa nabiera znacznie bardziej ryzykownego charakteru. Znacie to uczucie, kiedy najpierw odlicza się do skoku, potem mówi „skok”, ekrany gasną i po pojawieniu się we właściwym punkcie trzeba odczekać, aż wszystko wróci do normy? Nie? To zagrajcie w Artemisa! :D

Jednak co w tym wszystkim było najpiękniejsze to nawet nie gra sama w sobie, ale sposób, w jaki oddziaływała na grających. Gdy po raz pierwszy wkroczyłam do sali z Artemisem, grała tylko garstka, ale patrzenie jak pilnie wczuwają się w role zakręciło mnie w dwie sekundy. Gdy wróciłam tam po południu, symulator miał już nie tylko graczy, ale i widzów żywo zaciekawionych przebiegiem misji. Prowadzący cały tej projekt Seji nawet nie musiał już biegać od konsoli do konsoli, żeby tłumaczyć nowym graczom co jak działa, bo robili to za niego ci uczestnicy, którzy już zdążyli się pobawić. Była nawet jedna ekipa, która nie tylko zdołała wypracować sobie specjalną taktykę (tzw. „nuke and run”), ale miała kapitana wczuwającego się w rolę z zarażającą pasją. Jego motywujące teksty („i tak to się właśnie robi!”) i gorączkowe spacery wte i wewte wyjątkowo podsycały atmosferę, przy okazji dostarczając obserwatorom dodatkowej rozrywki. Wtedy już tylko siedziałam i się przyglądałam, ale ubaw miałam po pachy. Działo się bez przerwy, śmiechu było co niemiara i ani przez moment nie potrafiłam wyjść z zachwytu. Co więcej, Grojkonowi udało się genialnie Artemisa zainstalować, bo udostępniona została mu osobna sala informatyczna (choć może „aula” to lepsze słowo). Na wielkiej ścianie wyświetlany był główny ekran, a poszczególne konsole zostały podłączone do komputerów z dotykiem ekranowym (!), co niesamowicie potęgowało wrażenia. Ogólnie, zabawa była przednia i mam nadzieję, że zobaczę ją jeszcze na jakimś innym konwencie. Dla fanów sci-fi powinno to być istne spełnienie marzeń. Więcej o Artemisie na Grojkonie możecie przeczytać w relacji Seji’ego: Grojkon 2012, a o grze konkretniej tutaj.

A mostek statku kosmicznego wyglądał tak.
A mostek statku kosmicznego wyglądał tak.

Symulator był dostępny wyłącznie w sobotę, ale z racji własnych punktów programu niestety sama się na nim dużo nie pobawiłam. O 14:00, ledwo zdążywszy nakarmić się frytkami i kotletem, pobiegłam zaprezentować Premiery serialowe 2012/2013. Na początek powiem, że sale prelekcyjne w ATH, budynku konwentowym, należały do kategorii sal wykładowych z prawdziwego zdarzenia – z podium na dole, ogromnym ekranem i rzędami siedzeń na podwyższeniu – i w pierwszym momencie poczułam się nieco onieśmielona. Okazały się jednak świetne do wyświetlania trailerów, więc technicznie prezentacja wyszła bez zarzutu. Problem w tym, że pojawiło się niestety mało osób (tak ze cztery), na co wyjaśnień mam dwa: 1) w tym samym czasie miała miejsce druga godzina spotkania autorskiego z Grahamem Mastertonem; 2) opis Premier z jakiś powodów nie został umieszczony w informatorze. Jednak pomijając chwilową niepoczytalność z niemożnością przypomnienia sobie nazwiska Robera Carlyle’a i brak interaktywności, na który liczyłam przy większej ilości słuchaczy, nie było tak źle.

Znacznie lepiej poszło później na drugiej wersji Najciekawszych easter-eggów w filmach science-fiction i fantasy – salę miałam tym razem pełną. Co ciekawe, czy dodałam ponad dziesięć slajdów, czy nie, znów skończyłam w jakieś czterdzieści-kilka minut, a największym zainteresowaniem (czyli śmiechem) cieszyły się easter eggi dotyczące Disneya. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie poprowadzić kiedyś prelekcji o filmach Disneya z defaultu. W końcu kto nie lubi Disneya? Kto?

Sobotę zakończyłam przed planem, ponieważ mój konkurs Czy to Twoja Finałowa odpowiedź… nie odbył się. Jednak w Final Fantasy chyba rzeczywiście mało kto gra, a na konwenty mangowe jeździć nie będę, więc formułę Milionerów zachowam na jakiś inny konkurs, a w Finale grać będę i tak.

Rankiem następnego dnia odbył się za to Wysyp ożywionych klasyków, aczkolwiek darmowa reklama niewiele mu pomogła. Miałam natomiast wsparcie części krakowskiej ekipy, którą pomysł mashupów zdołał rozbawić, więc pomimo niskiej frekwencji prezentację mogę zaliczyć do udanych. Zaraz po mnie prelekcję mieli z kolei Piotr W. i Michał Cholewowie, a pomimo tematu, który w pierwszej chwili nie zapalał mi alarmującej lampki nad głową – Obrońcy królestwa – bitwa pod Trafalgarem – zostałam do końca i muszę powiedzieć, że była to świetna decyzja. Wiedza o historii przekazana w przystępny i pełen humoru sposób to strzał w dziesiątkę, i następnym razem na prelekcję tego duetu pójdę w zasadzie na ślepo.

Panowie w mundurach.
Panowie w mundurach.

W międzyczasie na Grojkonie działo się mnóstwo ciekawych rzeczy, których nie mogłam zaliczyć wyłącznie z braku czasu. Na zewnątrz rozstawieni byli panowie z grupy 1st Marine Division, którzy zapraszali na pokazy uzbrojenia i umundurowania piechoty morskiej Stanów Zjednoczonych. Miałam przyjemność zrobić im tylko zdjęcie, chwilkę pogadać i dodatkowo wyrazić ubolewanie z faktu, że z powodu nie dotarcia pirotechniki pokaz ewakuacji rannego został odwołany. Kawałek dalej rozstawili się kolesie od Laser Army, u których można było postrzelać się na specjalnym poligonie. Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że lazłam wtedy na własną prelekcję. Obok była również wioska fantasy, gdzie można było zjeść ciekawe potrawy prosto z ogniska, a także wypróbować rekonstruowane egzemplarze broni (co jakiś czas przez Grojkon przewijał się wielki huk, kiedy ktoś strzelał sobie właśnie z rusznicy). Z powrotem w budynku mieliśmy jeszcze niemałą sekcję konsolową z prawdziwymi konwentowymi hitami – Tekkenem 3, dwiema częściami Soul Calibura, którymś ze Street Fighterów i jakimś Dragon Ballem. Choć nie udało mi się zagrać w żadną bijatykę, pobawiłam się w kręgle na Wii. Tak właśnie powinna wyglądać konwentowa sekcja konsolowa. W jednej z sal odbywało się też non-stop karaoke, i ogromnie, ale to ogromnie żałowałam, że nie miałam czasu sobie tam trochę pośpiewać (zwłaszcza, że mieli piosenki z filmów Disneya!). Choć osobną kwestią było dopchanie się do mikrofonu… Blok kuglarski widziałam tylko przez kilka minut, przez Games Room tylko się przeciskałam, a noc horrorów chyba nie skończyłaby się dla mnie dobrze. Generalnie – Grojkon był dokładnie takim konwentem, na jakim człowiek nie ma się jak nudzić. Wielki plus za tę moc atrakcji!

A teraz, dla równowagi, trochę narzekań. Wspomniałam wyżej o niedociągnięciach technicznych na konkursach – mnie podobna rzecz przydarzyła się nie tylko w tej samej sali konkursowej, ale również w prelekcyjnej. W niedzielę o11:00 rano, kiedy miałam prowadzić Wysyp ożywionych klasyków, zastałam salę z zupełnie nie podłączonym sprzętem. Kilka minut zajęło mi znalezienie osoby z obsługi, a jeszcze kilka zlokalizowanie osoby z obsługi technicznej. Później wszystko poszło już sprawnie, ale spodziewałabym się raczej, że sala będzie odpowiednio przygotowana na kilka minut przed rozpoczęciem bloku. To największe niedociągnięcie, jakie mogę przypisać Grojkonowi, dla prowadzących dosyć mocno odczuwalne. Pewnym rozczarowaniem okazał się również festiwalowy sklepik, który niestety nie oferował zbyt wiele ciekawych nagród – tak książek, jak i gier i innych zabawek – za wygrane w konkursach gruble. Ci bardziej szczęśliwi mogli dostać fajniejsze rzeczy w dwóch licytacjach, ale jeśli miało się grubli tylko 70, raczej nie było po co się starać (jedyny egzemplarz koszulki z godłem Starków poszedł za 250). Bez przekonania kupiłam więc Pitera z uniwersum Metra 3033, bo może mi się kiedyś przydać jak już przeczytam oryginał, a potem pocieszyłam się sama, na jednym ze stoisk nabywając zbiór opowiadań Zew Chtulhu (przyda mi się akurat na przypomnienie przed Cieniami spoza czasu).

W kwestii noclegów też nie było tak różowo, ale ostatecznie obyło się bez tragedii. Grojkon umożliwiał tanie miejsca noclegowe na pobliskim penkingu, przepraszam, kempingu, w którym wszystko było pięknie i fajnie, z wyjątkiem dwóch rzeczy: domki kempingowe nie tylko nie miały własnych łazienek (bez tego to jeszcze w miarę) ale w ogóle bieżącej wody – obiekt sanitarny znajdował się kilkanaście metrów dalej – a do tego były to letnie domki kempingowe, co w deszczowe wrześniowe noce dało się wyraźnie odczuć. Na szczęście zabrałam ze sobą własny śpiwór, więc jakoś okropnie nie zmarzłam. Ostatecznie nocleg na penkingu, przepraszam, kempingu był i tak lepszy od nocowania w szkole, więc tu na plus (a ja narzekam tylko dlatego, że mogę).

Na Grojkonie ciężko było się zgubić.
Na Grojkonie ciężko było się zgubić.

Za to największą organizacyjną zaletą konwentu był sam budynek ATH i znajdująca się w nim stołówka. Obie rzeczy okazały się największymi hitami Grojkonu. ATH bardzo przypominało budynek konwentowy na Avangardzie 8 – szerokie korytarze, nowoczesna architektura, świetne sale wykładowe, winda (!) – ale był znacznie lepiej pomyślany i wygodniejszy. Przy wejściach na piętra wisiały oznaczenia ze znajdującymi się na nich salami, w widocznych miejscach znajdowały się strzałki, tablice informacyjne były pełne rozwieszanych na bieżąco informacji, a cały rozkład dało się zapamiętać w pięć minut (mi zajęło to z pięć godzin, ale to tylko mi). Na dole znajdowała się oczywiście czynna 24/7 szatnia, a obsługa była w każdej chwili gotowa do pomocy. Wszystko to było bardzo dobrze przemyślane i sprawiało bardzo profesjonalne wrażenie. Do tego furorę zrobiła stołówka z pysznym i tanim jedzeniem na wagę, czynna oczywiście w jak najbardziej odpowiednich porach i dodatkowo z przemiłą obsługą. Warunki idealne, słowo. Właśnie taki sposób dbania o komfort uczestników świadczy dla mnie o ewolucji konwentów w Polsce.

Na koniec pozostaje mi powiedzieć jedno – pierwszy Grojkon, na jakim kiedykolwiek byłam zrobił samemu sobie najlepszą reklamę, jaką tylko mógł. Z pewnością będę chciała odwiedzić Bielsko-Białą również za rok, licząc na co najmniej tak dużą dawkę rozrywki jak teraz. Pomimo jednego dużego niedociągnięcia i kilku mniejszych, bawiłam się znakomicie – i mam wrażenie, że te ponad 800 osób, które go odwiedziło, również. Duży, duży plus – i pozdrowienia dla krakowskiej ekipy ;)

P. S. A na dobre zakończenie weekendu były też dinozaury w Zatorze! Szkoda, że nie dinozaury sci-fi, ale dinozaury tak czy inaczej ^^

  • Część krakowskiej ekipy prosi o powtórkę z rzucania w Janka flamastrami. :>

  • Alqua też wspominał o tym, że na jego prelekcji było mało osób. Może to kwestia RPGowatości konwentu, bo podobno było 800 osób.

    • Ale mnie to właśnie dziwi. Konwenty kreują się teraz na festiwale, zapewniają (a przynajmniej się starają) masę rozrywek dla zwykłego zjadacza fantastyki, a i tak najbardziej kojarzone są z RPG. Ja wiem, że to z tego wyrosło i dla większości uczestników konwentów to własnie RPG stanowi największą atrakcję, ale przy sukcesach takich imprez jak Pyrkon, Polcon czy Falkon wydawało mi się, że ten kierunek się zmienia. Że konwenty wychodzą do ludzi o szerokiej gamie fantastycznych zainteresowań. Więc gdzie oni są? Czyżby Grojkon miał nieskuteczną reklamę, bo sięgała do niewłaściwych ludzi? Obecnie konwenty mają przecież ile więcej do zaoferowania poza samo granie…

      To powiedziałam ja, organizatorka stricte RPG-owego Lajconika ^^

    • Ten komentarz został usunięty przez autora.