Jeśli śledzicie choć trochę problematykę prezentacji i reprezentacji postaci kobiecych w popkulturze, na pewno zwróciliście uwagę na swoiste uczulenie przejawiające się, gdy dana bohaterka jest zbyt skąpo ubrana, pełni rolę dopełnienia dla postaci męskiej albo popada w krzywdzące stereotypy. Dla niektórych to przesada. Dla innych? Wyznaczanie granic.

Dla osób śledzących światek growy nie jest tajemnicą, że po latach obietnic, zapowiedzi i przygotowań szykuje się nam wreszcie kolejna pełnoprawna część Final FantasyFinal Fantasy XV. Dla osób nie śledzących: to teoretycznie wielkie wydarzenie, bo po ostatnich, delikatnie mówiąc, nieudanych tytułach fani spragnieni są czegoś naprawdę wielkiego. Teoretycznie zaś dlatego, że lata oczekiwania, ciągłe odkładanie premiery i skąpe informacje docierające do świata zewnętrznego stosunkowo ochłodziły entuzjazm fandomu – niektórym po prostu odechciało się czekać. Machina promocyjna zaczyna jednak powoli się rozkręcać, i tak do sieci trafiła niedawno informacja, że klasyczna finalowa postać – zawsze o tym samym imieniu – czyli Cid, w tej części… będzie kobietą! Oczywiście ucieszyłam się niezmiernie, bo to dla serii kamień milowy, znak nowych czasów i wielka ewolucja, a sama bohaterka, mechaniczka (!) o imieniu Cidney, na pierwszych screenach wyglądała wręcz przesympatycznie. Następne screeny niestety natychmiast wyhamowały mój rozpędzający się entuzjazm pokazując mi, jak Cidney jest odziana. Pierwsza reakcja? Złość, rozczarowanie, agresja. Jak zwykle w takich sytuacjach, wyładowałam te emocje na Twitterze, gdzie w odpowiedzi szybko usłyszałam, że „przesadzam”. Normalnie taki komentarz strasznie by mnie zdenerwował (od razu zaznaczę, że nie mam nic do osoby komentującego, ale do powszechnego sentymentu zawartego w komentarzu), ale w tym przypadku wcale się jakoś nie napuszyłam – stwierdziłam za to, że może faktycznie. Tylko że jeśli przesadzam – to w czym? W tym, że nie podoba mi się seksualizowanie kolejnej bohaterki, czy w tym, że oceniam grę jeszcze przed jej premierą?

W kontekście Final Fantasy XV to ostatnie to dość drażliwy temat, z mojej perspektywy przede wszystkim dlatego, że w głównej obsadzie gry znajdują się same postacie męskie. Niemal każdy trailer, zapowiedź czy opis dotyczą osoby głównego bohatera podróżującego w towarzystwie trójki swoich kumpli. Z informacji do tej pory podanych do wiadomości wynika, że istotne dla fabuły będą tylko trzy postacie kobiecie, z których jedna – wspomniana Cidney – niegrywalna. W normalnej sytuacji takie odsunięcie przedstawicielek płci żeńskiej na dalszy (a w każdym razie: mniejszy) plan zirytowałoby mnie jak zawsze, ale do piętnastki mam dwukrotnie większy żal: bo seria Final Fantasy praktycznie od zawsze miała w obsadzie ważne i wartościowe pierwszoplanowe postacie kobiece. Dlaczego brakuje ich tutaj? Jest to tym bardziej zdumiewające w świetle ostatnich informacji o tym, jak pięknie Square Enix (studio twórcze i wydawnicze serii) potraktował Life is Strange, decydując się wydać produkcję bez zmiany płci głównej bohaterki. Tymczasem spójrzcie na obrazek w tytule – dwanaście postaci, dwie kobiety. Dysproporcja much?

Ten przypadek to żadna odosobniona sprawa – przeciwnie, nieproporcjonalna ilość postaci kobiecych wśród wszystkich głównych postaci danego tytułu zdarza się w popkulturze często i gęsto, w różnych mediach, na przestrzeni wielu dziesięcioleci wstecz. W ostatniej dekadzie czy półtorej zauważalnie widać sporo pozytywnych zmian na lepsze (yay zmiany!), ale to tylko dolewa piętnastce oliwy do ognia. Mam wrażenie, że z jakiegoś powodu cofamy się tu z powrotem do lat 90-tych i drużyn złożonych z odmiennych charakterologicznie protagonistów – w tym jednej „dziewczyny”, tzw. Smerfetki. Albo gorzej: bohaterki czekającej na bohatera za murami wież czy domów. ALE – niezależnie od ilości wylewanych żali, w głowie i tak przewija mi się jedno pytanie: czy to oznacza, że Final Fantasy XV będzie złą grą? Czy niezadowolenie wynikające ze znajomości wyciętych z kontekstu fragmentów pozwala przewidzieć, że gra będzie mi się nie podobać? I w końcu czy fakt seksualizowania bohaterki sprawi, że będzie ona kiepską, niewartościową postacią-dodatkiem?

Dużo pytań, wiele odpowiedzi, ale po kolei. W tej chwili swojego geekowego życia, czuję względem piętnastki niesmak. Nie podoba mi się wiele rzeczy, które o niej słyszę, bo mam takie a nie inne opinie na ten i inny temat, i naturalnie wysuwają się one na czoło. Ale z drugiej strony cały czas chcę w nią zagrać – bo jednak od lat lubię serię i chcę przynajmniej wiedzieć, jak będzie mi się podobać ta jej odsłona (i to nie tylko w warstwie fabularnej). Na dodatek tak naprawdę nie wiem, jakie role odegrają w niej postacie kobiece, przez jaką część gry będą obecne albo czy będą fajnymi, ciekawymi bohaterkami. Wiadomo: nie dowiem się, póki sama nie zagram. Do tego czasu mogłabym w ogóle się nie odzywać, nie reagować na zapowiedzi i w ogóle cierpliwie czekać, aż dostanę grę w swoje łapki. Problem (nie dla mnie, dla tych od „przesadzania”) w tym, że mam ją już teraz – a opinia, zwłaszcza taka, która zwraca uwagę na problem – ma zasięg. Tym większy, im więcej zniesmaczonych głosów ją poniesie.

Przypuszczam, że na tym etapie czytania niektórym już podniosło się ciśnienie, że „znowu”, „ile można”, „dajcie spokój”, „gender”, „feminazizm”, i tak dalej, i tym podobne. Spoko, rozumiem – mnie też podnosi się ciśnienie, kiedy czytam, że ktoś ma to gdzieś, bo tak było zawsze i świata się nie zmieni. Ale to jest bardzo prosta sprawa: naprawdę lubię swój wycinek popkultury. Dzień w dzień czerpię z niego nieopisaną radość przez sam fakt, że jest, że mi się podoba, że do mnie przemawia. Uwielbiam Final Fantasy i całej serii życzę tylko jak najlepiej. Ale to nie oznacza, że muszę bezkrytycznie przyjmować na klatę wszystko, czym we mnie rzuci, zwłaszcza, jeśli dotyczy tematu bliskiego memu sercu. Owszem, nie wiem jak w rzeczywistości będą prezentować się bohaterki w grze, ale już teraz przeszkadza mi myśl, że mogą być niedoreprezentowane, zmarginalizowanie i pełniące rolę ładnie wyglądającego dodatku. Dlaczego? Bo to zbyt aktualna i ważna dla mnie kwestia, szczególnie w dobie przemian, jakie przechodzi dzisiejsza popkultura. To właśnie teraz te głosy są najważniejsze, bo to właśnie teraz mają szansę coś zmienić. Jeśli nie będzie się ich podnosić, równie dobrze można cofnąć się dziesięć lat wstecz i czekać, aż przełom zdarzy się sam.

Więc to moja pierwsza granica – wolności słowa. Czy potępiam (niewydaną) grę pisząc, że nie podoba mi się jej podejście do postaci kobiecych? Nie. Ale akceptuję, że nie wszystko złoto, co się świeci, i nie wszystko błoto, co się lepi.

Nieco inna sprawa tyczy się seksualizowania. Przypadek odzianej w krótkie szorty i wyzywający dekolt Cidney (pomijam fakt jej modelowej figury, bo Japończycy są pod tym względem niereformowalni – oraz samego obrazu skąpo odzianej kobiety i samochodów) nie jest jeszcze jakiś totalnie ekstremalny, więc podam inne. Niedawno pojawiła się zapowiedź, że stacja CW Seed (oddział The CW) szykuje nowy serial rozgrywający się w universum Flasha i Arrow: animowany Vixen opowiadający o superbohaterce o tytułowym imieniu. Jeśli popatrzycie na plakat i jesteście tak wyczuleni, jak ja, na pewno dostrzeżecie kostium niefortunnie oblepiający biust bohaterki. Niefortunnie, bo w prawdziwym życiu piersi w obcisłym kostiumie tak nie wyglądają. Wystarczy jednak zestawić ten plakat z kontrowersyjną, szeroko omawiają (byłą) okładką do Spider-Woman #1, a można wyłonić dość istotny fakt: tylko jedna z bohaterek jest narysowana w sposób ewidentnie seksualizowany.

Inny przykład: jak wiecie, jestem wielką miłośniczką zombie. Od pewnego czasu czytam też mangi. Jedną z nich jest polskie wydanie Highschool of the Dead, mangi o epidemii zombie posiadającej dość charakterystyczny styl rysunkowy: bohaterki mają ogromne piersi, totalnie nie odzwierciedlające prawdziwej rzeczywistości. Obok niechęci, kręcenia nosem i wytykania palcami od złego przykładu traktowania postaci płci żeńskiej szybko pojawiło się jednak uznanie wobec dobrze pomyślanej fabuły. To po prostu niezła historia o epidemii zombie. Czy przestałam widzieć te ogromne, wciskające się wszędzie piersi i pupy? Nie. Nie przestały mi też przeszkadzać. Ale mimo wszystko dostrzegłam w tej historii coś poza nimi.

Jeszcze inny? W zeszłym tygodniu obejrzałam fajny film anime, Expelled from Paradise, który jest niezłą postapokaliptyczną dystopią zadającą parę trudnych pytań. Problem? Główna bohaterka paraduje w kostiumie bojowym składającym się z wszystkiego, tylko nie spodni. To naturalnie prowadzi do kilku specjalnych shotów służących tylko temu, by podkreślić jej kształty, ale z drugiej strony shotów wcale jakoś specjalnie nie przesadzonych. Oczywiście lepiej bym się czuła bez nich – wiadomo – ale cieszę się, że obejrzałam ten film nawet w takiej wersji.

Spójrzcie teraz na swoje seriale, gry, komiksy: ile razy zdarzyło się Wam zetknąć z podobnym przesadzeniem? I ile razy udawało się Wam cieszyć opowieścią nawet pomimo niego? Są tylko ekstremalnie złe przypadki, kiedy danego tytułu nie tknę kijem, bo w przegięciu nad „zachwytem” kobiecym ciałem dają wyraz jedynie swojemu brakowi szacunku. Jednym to przeszkadza mniej, jednym bardziej, innym w ogóle, a inni wręcz się tego domagają – ale ja, jako osoba, której to przeszkadza, chcę się czasem zastanowić, co mi się bardziej opłaca: dobra historia czy foch. Fakt odziania bohaterki w ten czy inny kostium, fakt prezentowania jej pod tym czy innym kątem, czy fakt wciskania jej w ten czy inny stereotyp nie oznacza jeszcze, że pod tymi warstwami znajduje się zła i niewartościowa postać. Nie chcę więc skupiać się wyłącznie na fizycznych aspektach wyglądu, bo ten wygląd wcale nie musi (że nie powinien, wszyscy wiemy) decydować o charakterze, zdolnościach czy predyspozycjach bohaterki. Źle jest dopiero, kiedy decyduje – ale podnieść alarm warto na dobre i na złe. Na złe? Wiadomo. Na dobre? Bo jeśli coś robi wyraźny krok w przód, to ważne, by wypchnąć go na języki i zrobić z niego przykład dla nowych przedsięwzięć.

I nie chcę myśleć, że wypełniając kieszenie twórców kupieniem danego tytułu zgadzam się na wszystko, co ten sobą prezentuje, bo to nieprawda. Chcę jednak docenić zalety tam, gdzie im się należy, i wytknąć wady tam, gdzie wytknąć je trzeba. Bez skrupułów. To moja druga granica – ta ekstremalnie zła, pozbawiona szacunku przesada, która uniemożliwia mi wszelką i jakąkolwiek radość z odbioru danego dzieła. Jak długo dane dzieło się w niej mieści, tak długo ma u mnie szansę.

  • Super notka, masz ode mnie dużego plusa.

    Co mnie uderzyło w prezentowanej wyżej grafice z twarzami postaci z FFXV to, że panie mają na niej nieskazitelną cerę. W końcu to kobiety, więc muszą być estetyczne jak porcelanowa zastawa stołowa, nie mogą mieć interesujących, indywidualizujących wygląd niedoskonałości.
    (also – co tam robi Ezio Auditore?)

    • Łukasz Pilarski

      Przynajmniej nie skończyły jak panowie, wszyscy co do jednego pomarszczeni na gębach i z podkrążonymi oczyma.

    • Jak dojdziesz do trzynastki, złapiesz się za głowę jeszcze gorzej niż tutaj. Bohaterki tam to chodzące patyczki, każda jedna o tej samej figurze…

  • Nigdy nie byłam zwolenniczką teorii „jak Ci się nie podoba ubiór kobiecej bohaterki to zagłosuj portfelem i nie kupuj”. Dla mnie to droga donikąd, bo tylko zapoznanie się z grą pozwoli mi tę bohaterkę w pełni ocenić. Zresztą, nawet w dziele kompletnie beznadziejnym w jednym aspekcie można znaleźć coś wartościowego.
    Poza tym może jestem naiwna, ale wydaje mi się że taki głos podsumowujący plusy i minusy już po zapoznaniu się z jakąś produkcją liczy się zdecydowanie bardziej, bo wyrzuca nas ze zbioru nieokreślonych krzykaczy, a zamienia w świadomych konsumentów. Ale możliwe, że jestem naiwna.
    A panią mechanik mogłabym znieść takiej formie gdyby był to jej strój „off hours”. Jeśli w tych kusych szmatkach naprawia dajmy na to bolidy i nie boi się pobrudzić ani pokaleczyć to brak mi słów.

  • pigwa22

    Ale jakby… To jest gra m.in. na rynek azjatycki (Japonia, Korea) i z niego się wywodząca. Tam, jak chcą sprzedać coś kobietom to wrzucają dużo ładnych bishów (a jak facetom to odwrotnie). Nie można tego przedkładać na mentalność zachodnią i krzyczeć ‚brak reprezentacji, hańba’ i jeszcze kilka innych.

    Kto tam np. jest głównym autorem i odbiorcą yaoi/s-ai, mang/anime gdzie kobiety, jeśli występują to w ilości jedna, dwie? Kobiety.

    • No dobrze, ale nawet jak FF-y powstają w Japonii, to są jednocześnie mainstreamowymi tytułami światowymi. Nie kwestionuję wymogów rynków typowo azjatyckiego, akceptuję, że jest jaki jest jest – a wszyscy wiemy, że jest specyficzny i ma swoją własną grupę odbiorców, dlaatrgo najczęściej wcale do niego podchodzę. Ale jeśli tytuł wydany jest na świecie i dostępny dla szerokiego grona odbiorców, to jak każdy inny może podlegać interpretacji.

      • pigwa22

        Interpretować oczywiście możesz, ale to nic nie zmieni. Tamten rynek jest dość specyficzny i dla Europejczyka być może nie do zrozumienia, a oni nie zmienią strategii marketingowej tylko dlatego, że kilka kobiet na dalekim kontynencie się poczuje niedoreprezentowanych. Przykładanie do tego zachodnich standardów nie ma sensu, bo nie znajdują one tutaj zastosowania, to inny krąg kulturowy, o zupełnie innych korzeniach i działający na innych zasadach. Nie widzę też sensu domagania się, żeby Japończycy, czy Koreańczycy się dostosowywali do zachodnich wyobrażeń o tym jak powinna wyglądać reprezentacja, oni nie narzucają tym z zachodu swoich zwyczajów.

        • No i właśnie o tym jest m.in. ten tekst – że jedni nie widzą sensu, a jedni widzą, i mało tego, chcą o tym pisać. I nieważne, czy chodzi o konkretną grę z Japonii, przykłady z Zachodu, czy narzucanie innym kulturom dostosowanie się do czyichś prywatnych wyobrażeń – chodzi o nasz własny głos w sprawie, która (jeśli) jest dla nas ważna.

          • hihnt

            Ja tam nie mialbym nic przeciwko narzuceniu Japonii dostosowania sie do pewnych standardow „Zachodu”, takich jak rownouprawnienie i lepsze traktowanie kobiet. Watpie zreszta zeby w jakikolwiek sposob wplynelo to na sposob pokazywania bohaterek (tzn, dekolty i inne rzeczy), bo w bardzo podobny sposob traktuje sie tam i bohaterow plci meskiej. Ot, inne podejscie do seksualnosci i nagosci.
            Natomiast ciekaw jestem, czy jest jakies wyliczenie pokazujace ile w ktorej czesci FF bylo kobiet? Gralem tylko w VII i skutecznie przekonalo mnie to, ze jRPGi nie sa dla mnie :)

            • pigwa22

              Eh… Aż mnie czasami trzęsie na taką ‚moralną wyższość’, którą w swoim mniemaniu mają Europejczycy albo Amerykanie. To jest bardzo wysoko rozwinięte społeczeństwo, o kompletnie innej mentalności, w żadnym stopniu nie zbliżonej do zachodniej. O państwowości sięgającej czasów jak w Polsce śmigały po drzewach jakieś plemiona koczownicze.

              Niby jakiej racji ktoś x tysięcy kilometrów dalej dobie rości prawo do tego, żeby mówić co oni jako społeczeństwo mają robić? Póki co zresztą chyba ich model społeczny sprawdza się lepiej niż nasz, bo Japonia jest państwem daleko bardziej rozwiniętym i nieporównanie bogatszym od Polski.

  • Sporo racji jest w tym, co piszesz o Final Fantasy XV. Nie jestem fanatykiem serii FF, grałem w mniej więcej połowę odsłon. Pamiętam (dobrze) m.in. Garnet z dziewiątki, Rinoa’ę Heartilly i Lightning z ósemki, Aerith, Tifę i Yuffie z siódemki, Yunę, Lulu i Rikku z dziesiątki, Lennę i Faris z piątki oraz Terrę z szóstki. Wszystkie te heroiny czymś się wyróżniały, znalazły sobie miejsce w jakichś moich wspomnieniach. Z drugiej strony seria zatrzymała się dla mnie na X… choć grałem chwilę w nowsze części, to miałbym problem z wymienieniem lub ze zidentyfikowaniem bohaterek w nich występujących.

  • Aos

    Bardzo ciekawy wpis. od kiedy pamiętam zawsze w FF był taki sam rozkład płci i chyba dopiero przy FF7 zaczęło to mieć realne znaczenie (zupełnie inne podejście do szkicowania linii psychologicznej postaci). Chyba większym WOW jest ta wiadomość – https://www.youtube.com/watch?v=Kznek1uNVsg – niż jakiekolwiek tam wymuskane screany z XV :)